Chciałem zrobić coś dla Mistrza Młynarskiego - mówi Jacek Bończyk

poniedziałek, 02 luty 2015
O spektaklu z piosenkami Jacka Kaczmarskiego i Festiwalu Twórczości Wojciecha Młynarskiego z Jackiem Bończykiem rozmawia Teresa Drozda:

- Ostatnio należy Cię przedstawiać jako: aktora, wokalistę, dyrektora, reżysera...


- Z nazywaniem mnie może rzeczywiście być kłopot, bo robię dużo rzeczy. Zamiast określenia, że jestem np. człowiekiem renesansu wolę mieć świadomość, że spełniam się jako artysta.

- Najgorętszą sprawą ostatnich tygodni jest spektakl "Jacek Kaczmarski – Lekcja historii", którego premiera odbyła się 22 listopada 2014 w Teatrze Ateneum w Warszawie. Na przedstawienie składa się kilkanaście piosenek Jacka Kaczmarskiego zainspirowanych obrazami, do których odnosił się w swojej twórczości. Zainspirował Cię Wojciech Kościelniak?

- Jak się okazało, w twórczości Kaczmarskiego maczam palce od 30 lat. Policzyli to młodzi aktorzy: Julia Konarska, Wojtek Michalak i Wojtek Brzeziński, których zaprosiłem do współpracy. Spektakl poprzedziło wiele spotkań, podczas których opowiadałem im o Kaczmarskim. Prosiłem by odrzucili wszelkie skojarzenia i pierwowzór, by podeszli do utworów po swojemu. Podczas jednego z tych spotkań Jula zapytała, kiedy po raz pierwszy słyszałem Kaczmarskiego. Wyszło mi, że miałem wtedy 17 lat. Rachunek zrobił się sam. Przez moment poczułem się jak dziad z brodą, dość "łyso".
 
Niesamowita jest świadomość, że mam w domu właściwie wszystko co nagrał Kaczmarski, co zostało wydane, ale nie zdążę już "przerobić" wszystkich tekstów, bo jest ich bardzo dużo. Biorę antologię Jacka, bądź album, na podstawie którego zrobiłem spektakl i mogę w tym siedzieć non stop. Tylko, że nie mam na to czasu.
Wspomniałaś o Kościelniaku. Jego spektakl z 2004 roku zatytułowany "Galeria", był galą lub jednym z ważniejszych koncertów Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Wtedy Wojtek pokazywał utwory, które wybrał aktorom i dla nich często to była nowość. Ja znałem wtedy wszystko od dechy do dechy, bo siedziałem w tym już długo.
Teraz mocnym imperatywem do tego, bo wziąć się za spektakl było to, że któregoś dnia zadzwonił do mnie dawny znajomy, z mojego rodzinnego Wałbrzycha, o którym wiedziałem, że ma swoje wydawnictwo gdzieś pod Warszawą. Powiedział tylko: "Cześć Jacku, nie będę ci zawracał głowy. Powiedz tylko, gdzie mogę ci coś zostawić, co na pewno sprawi ci przyjemność." Poprosiłem, by zostawił przesyłkę na portierni w teatrze. Tydzień później otworzyłem pudełko, w którym był album "Lekcja historii – Jacek Kaczmarski". Składają się na ten album przepięknie zebrane obrazy, którymi inspirował się Jacek, analiza malarstwa i same teksty Jacka. Pomyślałem, że mam w rękach coś, czym bardzo chętnie bym się podzielił. Wiem, że album rozszedł się bardzo szybko i z całą pewnością dotarł do niewielkiego grona osób. Wszystko dzisiaj dzieje się skrótowo. Pomyślałem, że gdyby w tych niesamowicie zabieganych czasach, znaleźć w teatrze półtorej godziny skupienia i przyjrzeć się obrazom, a następnie wsłuchać się w tekst, zebrać razem bogactwo języka i doznań, to byłbym wtedy naprawdę zadowolony i szczęśliwy. Jakieś dwa lata temu zacząłem planować taki spektakl. Byłem z tym pomysłem w paru miejscach i w efekcie prawie po dwóch latach na współpracę zdecydował się dyrektor Teatru Ateneum - Andrzej Domalik, za co mu chwała.

- Wspomniałam o "Galerii", ponieważ tam też były pokazywane obrazy, śpiewane były piosenki i był komentarz, napisany przez Jacka Kaczmarskiego.


- Uczestniczyłem w tym koncercie. Wojtek Kościelniak pokazywał mi listy, które pisali ze sobą. To nie był komentarz odnoszący się bezpośrednio do obrazów. Wojtek, wtedy gdy robił wybór do Galerii, kierował się utworami-tekstami. Sam wiem, że czasem obrazy nie były tam specjalnie ukierunkowane. Szukaliśmy wtedy obrazów, które mogą znaleźć się w spektaklu. Tutaj, w Ateneum, robota była trochę odwrotna. Najpierw patrzyłem na obrazy, które robią na mnie wielkie wrażenie. Rozczytywałem piosenki Jacka, słuchałem jak można je zrobić muzycznie i przedstawiałem je Fabianowi Włodarkowi, który robił aranżacje. Pod tym kątem konstruowałem spektakl.

- W spektaklu jest 16 piosenek. Jak już powiedziałeś, śpiewa je trójka młodych ludzi. Ty jesteś trochę z boku, siedzisz lekko skulony przy gitarze. Siedziałam z tyłu i prawie Cię nie widziałam, domyślałam się raczej, że tam jesteś.

- Jest coś na rzeczy. W wypadku tego spektaklu chętnie pozostaję w cieniu, bo nie chodziło mi o mnie. Zależało mi na tym, by pokazać piosenki i obrazy, żeby pokazać ludzi, którzy się nad tym napracowali. Mam nadzieję, że to ich rozwinie. Wiem, że twórczość Kaczmarskiego strasznie ich zakręciła, więc ta misja została spełniona. A ja sobie tam jestem. Dla mnie ważne jest to, że musiałem się zmierzyć z niektórymi piosenkami np. nigdy nie śpiewałem "Stańczyka". To piekielnie trudny utwór, który musiałem bardzo mocno w sobie przepracować. Po 10 latach zmierzyłem się powtórnie z "Autoportretem Witkacego". Najpierw stanowczo odmówiłem śpiewania tego utworu, a potem pomyślałem przekornie, czy jeszcze potrafię to uśpiewać? Okazało się, że mam to inaczej w tej chwili poukładane w głowie, niż wtedy, gdy grałem to w 2004 roku. To był bardzo ważny moment w moim życiu. Myślę, że wtedy ustawiłem sobie pewne tory i ścieżki, którymi chciałbym pójść. Dzisiaj śpiewając Witkacego wiem o wiele więcej, więc jest to też ciekawa wycieczka dla mnie.

- Wojtek Brzeziński śpiewa od kilkunastu lat, Kaczmarskiego też już śpiewał. Jest pomiędzy Tobą a najmłodszą dwójką wykonawców. Skąd oni się wzięli?


- W momencie, gdy wiedziałem już, że będę robił ten spektakl, postanowiłem obejrzeć aktorów Teatru Ateneum. Poszedłem na kilka spektakli i po "Niech no tylko zakwitną jabłonie" zdecydowałem, że zaproszę tę parę. Wydali mi się interesujący. Od kilku lat reżyseruję spektakle i jako aktor wiem, czy znajdę u kogoś zrozumienie, czy znajdę ten błysk w oku, czy znajdę w jakiejś zaśpiewanej frazie to, czego będę potrzebował, byśmy się potem dopełnili. Chodziło mi o to, by stworzyć zespół, który będzie różnorodny, który wypełni wachlarz możliwości i głosów. Tak właśnie wyszło i bardzo się z tego cieszę. Dla nich Kaczmarski to historia, ich rodzice być może słuchali jego piosenek. Ty i ja, mamy to w sobie, ale dla tak młodych ludzi Kabaret Starszych Panów, to w ogóle prehistoria, a jeszcze starsze sytuacje, jak międzywojnie, to odległa galaktyka. Cieszę się, bo na przedstawieniach jest komplet. Przychodzą zarówno ludzie młodzi jak i dojrzali widzowie chcący usłyszeć naszą wersję Kaczmarskiego, którą znają z płyt i kaset.

- Zaczęliśmy rozmawiać o tym, jak to przedstawienie jest przyjmowane. Ja czułam, że nie jest ono trochę dla mnie, ale czuję, że może być pożyteczne jako lekcja, którą ma w tytule. Zastanawiam się, czy tytuł miał być tylko ukłonem w stronę albumu, wyraźnym sygnałem, że do tego wydawnictwa się odnosisz?

- Jestem idealistą. Tak mam. Pomyślałem, że nazwę to lekcją, by dać jasny komunikat, że pracujemy nad czymś bardzo wartościowym.

- A nie bałeś się, że to będzie zniechęcało?


- Jest tylu kaczmarofilów, że pomyślałem, że to raczej ich zaciekawi. Wiadomo, że nie posadzimy ludzi w ławkach i nie będziemy odmierzali czasu dzwonkiem. Oczywiście jak zawsze w teatrze, każdy człowiek odbiera spektakl inaczej. Ktoś powie, że opisy obrazów czytane przez narratora - Pana Piotra Fronczewskiego są dla niego zbędne, ale wielu ludzi podchodzi i mówi: "Nie wiedziałem, że tak to można przeczytać." Przyznaję się, że nie jestem pasjonatem malarstwa. Nie znam się na tym w ogóle. W każdym muzeum gubię się. Wiem, że należałoby obrazom poświęcić więcej czasu, znaleźć ich znaczenie. Dzięki opisom, które znalazłem w wydawnictwie, pootwierało mi się drugie, trzecie, czwarte, piąte dno, jak w tekście Kaczmarskiego. Wiem, że ludzie, którzy przychodzą do teatru, mogą zobaczyć Rejtana, Stańczyka, którego widzieliśmy w podręcznikach jako małą rycinkę. Sposób w jaki opisał te obrazy Kaczmarski robi na nich niesamowite wrażenie np. Rejtan przedstawiony jest z perspektywy ambasadora rosyjskiego, który stoi obok na balkonie. Kaczmarski mówi jego myślami. To jest niezwykłe.

- Jak publiczność przyjmuje tę Waszą lekcję?

- Za każdym razem jest inaczej. Przyznaję, że gdy pewnego wieczoru pojawiła się młodzież gimnazjalna, nie byłem pewien jaki będzie odbiór. Znam w życiu sytuacje, kiedy młodzież jest nieskupiona, zaczynają się żarty, docinki, telefony, batony, szeleszczenie. U nas się to nie wydarzyło. Mówię o tym z wielką przyjemnością, ale nikt nam jeszcze tego spektaklu od strony widowni nie zepsuł i błagam, proszę nie próbować. Cieszę się, ponieważ często jest tak jak było na premierze, że po każdej piosence słyszymy brawa. Zdarzył się już też spektakl niesamowicie skupiony, na który czekałem. Mówiłem młodym aktorom, że zdarzą się sytuacje, kiedy nie będzie żadnej reakcji, ponieważ publiczność będzie chciała nam pomóc skupić się na graniu, a brawa rozlegną się na końcu. Był właśnie już taki spektakl, magiczny, kiedy przechodziliśmy od obrazu do obrazu, z wybrzmienia poprzedniego utworu, w następną melodię, w skupieniu, bez reakcji. To mi się bardzo podobało. Graliśmy też przed publicznością dojrzałą wiekowo, był nadkomplet. Obawiałem się, bo miałem ich bardzo blisko w dostawionym rzędzie przed sceną. Nagle śpiewając, widzisz w ich oczach, że oni wiedzą o czym mówimy, jeśli mówimy o Stańczyku, Rejtanie, malarstwie Bruegla. Wiadomo było, że ci państwo podłączają się pod nasze myśli i strumień działania.

- Mam wrażenie, że w tym spektaklu chodzi i nie chodzi o Kaczmarskiego.


- Zgadzam się z Tobą. Spektakl ma kilka poziomów i warstw. Myślę, że każdy może odkryć swoją. Nie powiem, że każdy znajdzie coś dla siebie, bo nienawidzę tego stwierdzenia. Liczę, że Państwo się zainteresują albo Kaczmarskim, albo tymi obrazami. Zestawienie tego ze sobą jest niesamowite, kiedy widać "co poeta miał na myśli".

- Pomówmy też o Twoim dyrektorowaniu. Od dwóch lat pełnisz funkcję dyrektora  artystycznego Festiwalu Twórczości Wojciecha Młynarskiego. Druga edycja odbyła się w październiku 2014 w Gdańsku. Dlaczego w Gdańsku?

- Wszyscy o to pytają. Myślałem o takim festiwalu od dobrych kilku lat. Mam szczęście być w okolicy Wojciecha Młynarskiego, czasem się radzić, pytać, pomagać dokumentować jego bogatą twórczość. Pomyślałem o takim festiwalu, który będzie trochę inny, który da ludziom możliwość pobycia z Mistrzem, skorzystania z jego niesamowitego doświadczenia. Rozmawiałem o tym z dziewczyną z Trójmiasta, z Agnieszką Labenz, która powiedziała, że spróbuje znaleźć miejsce. W chwili, gdy wymyśliliśmy formułę festiwalu, udało się zainteresować pomysłem Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i postanowiliśmy rzucić się na głęboką wodę. Oczywiście najtrudniej było przekonać Mistrza do tego, by uczestniczył w Festiwalu poświęconym swojej twórczości.

- To jest ewenement na naszej scenie festiwalowej. Najbardziej znany jest festiwal im. Agnieszki Osieckiej, ale on powstał po śmierci patronki, a Ty wyprzedziłeś czas.

- Chciałem wyprzedzić, zrobić coś dla publiczności, ale przede wszystkim chciałem zrobić coś dla Mistrza Młynarskiego. Zależało mi na tym, by wiedział, że wciąż śpiewamy jego piosenki, że z całej Polski przyjeżdżają ludzie, żeby obejrzeć wystawy fotografii, filmy-koncerty dokumentalne, ale przede wszystkim na spotkanie z nim. Podczas pierwszej edycji spotkanie z Mistrzem prowadził Artur Orzech, drugiej - Andrzej Poniedzielski. Umawiam się już, by podczas trzeciej edycji rozmowę, na którą wszyscy czekają, prowadził Artur Andrus.
Festiwal wydarzył się dzięki rozmowie dwóch osób, a następnie obrastał w ludzi, którzy chcieli pomóc naszej inicjatywie. Biuro organizacyjne prowadzi Fundacja "Róbmy Swoje dla Kultury", która powstała po pierwszej edycji Festiwalu. Mnie zmusiło to do przekonania Wojciecha Młynarskiego, że taki Festiwal jest potrzebny, tak samo jak potrzebne jest założenie jego strony internetowej oraz zbieranie jego tekstów, stworzenie kompendium, do którego będziemy mieli dostęp. Wymogłem na nim zgodę na założenie strony internetowej, którą on autoryzował. Co jakiś czas dobijam się i proszę o kolejne teksty, które sam zamieszczam w internecie. Wojciech Młynarski niezmiennie pisze ręcznie, a potem stuka w maszynę. Jego maszyna ma dwa błędy w czcionkach, dzięki temu z całej tony maszynopisów jestem w stanie rozpoznać teksty Mistrza. Trzymam je w rękach, które trzęsą mi się ze wzruszenia.
Festiwal spowodował jeszcze większe zainteresowanie Wojciechem Młynarskim, który jest teraz zapraszany na różne spotkania i festiwale. Szczytem tego zainteresowania jest propozycja stworzenia spektaklu "Młynarski obowiązkowo!" w Teatrze 6. Piętro w Warszawie, który będzie miał premierę w marcu 2015 roku. To jest spektakl skonstruowany przez Wojciecha, który specjalnie do tego spektaklu napisał rymowaną narrację. To bardzo poważny ukłon w stronę twórczości Mistrza. Cieszę się, że to wszystko się dzieje także dzięki Festiwalowi.

- Dla mnie wielką niespodzianką było bardzo aktywne uczestniczenie Wojciecha Młynarskiego w tym Festiwalu. Nie spodziewałam się tego i nawet rozmawiałam z Agnieszką Labenz, prezes Fundacji, że Fundacja tego w ogóle nie promuje, nie stawia silnego akcentu, że Wojciech Młynarski jest tak aktywny podczas Festiwalu.


- Kiedy konstruujemy program Festiwalu, zawsze odbywam narady i spotkania z Wojciechem Młynarskim przynajmniej raz w tygodniu. Dyskutujemy i negocjujemy różne sytuacje. Wiedząc, że tegoroczna edycja będzie tak bogata w wydarzenia, chciałem Mistrza trochę, przepraszam za wyrażenie, pooszczędzać. W związku z tym w programie był zapis, że będzie spotkanie z Andrzejem Poniedzielskim, że jest koncert Agnieszki Wilczyńskiej prowadzony przez Wojciecha Młynarskiego. Wiadomo było, że Wojciech zasiada w jury i prowadzi koncert galowy. W trakcie Festiwalu próbowałem Mistrza w paru miejscach "wymiksować", żeby odpoczął, ale on wolał i chciał być wszędzie.
Przyjąłem zasadę, że po Festiwalu koncert galowy zostanie pokazany jeszcze w innych miejscach. Założeniem jest, że Wojciech będzie z nami i że pokażemy laureatów. Pamiętam jak istotne było to dla mnie, kiedy startowałem w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej i dostałem wyróżnienie. Zagrałem wtedy koncert w kilku miejscach, bo koncert laureatów był grany w teatrach w Polsce. To był świetny pomysł, że można było zaśpiewać przy osobach docenionych i znanych jak: Michał Bajor, Hanna Śleszyńska, Jacek Wójcicki, a przy okazji stanąć na innej scenie. Jest taki plan, że koncert galowy pokażemy w kilku miejscach, zbliżając się do kolejnej edycji.

- To fantastyczna idea. Kiedyś coś takiego się działo przy organizacji olsztyńskich Spotkań Zamkowych, kiedy koncerty były pokazywane również w Warszawie. Jestem wielką zwolenniczką tego rozwiązania. Jeśli uda się to zrobić, koniecznie trzeba zarejestrować te wydarzenia.

- Jeśli chodzi o rejestrowanie, to ja jak ten smok na skarbach leżę... mam zarejestrowane koncerty galowe z dwóch pierwszych edycji. Tak sobie pomyślałem, że właśnie trzecia edycja, będzie wreszcie szansą na wydanie dokumentalnego wyboru utworów. Jesteśmy młodym Festiwalem i czasami sam się dziwię jak to się dzieje, że w tych parę osób robimy wszystko. Fundacja "Róbmy Swoje dla Kultury" to 5 – 6 osób. Najważniejsze jest to, że mamy bardzo ciepły odzew od ludzi, którzy są zainteresowani Festiwalem. Mam nadzieję, że to spowoduje, że może kiedyś skusi się jakaś telewizja, by to udokumentować.

- Cieszę się, że za sprawą tego Festiwalu widać już na innych pomniejszych imprezach, że śpiewająca młodzież coraz częściej sięga po piosenki Mistrza, chcąc przygotowywać się i zaśpiewać na Festiwalu Młynarskiego. Przez wiele lat dominowała Osiecka, a Wojciech Młynarski w sensie objętościowym ma porównywalną twórczość. Fajnie, że ten osieckowy monopol zostanie przełamany.

- Myślę, że zajmowanie się polskimi piosenkami i nie zapominanie o tym, co było - jest bardzo ważne. Wojciech Młynarski podkreślał to parokrotnie podczas ostatniej edycji Festiwalu, że bardzo istotne jest, by idąc dalej zawsze z szacunkiem spojrzeć, że ktoś już kiedyś coś wymyślił, napracował się, dał swoją energię i talent. Trzeba docenić budowanie historii kultury. Zainteresowanie sztuką polega na tym, by wziąć to, co możemy wziąć i oprzeć się na tym, a dopiero potem lecieć z własnymi pomysłami i rozwojem.

- Wracam jeszcze do tego Gdańska i myślę, że jest to miejsce, w którym kulturalnie dzieje się tak samo dużo jak w Warszawie, ale mamy na to z warszawskiej perspektywy inne spojrzenie. Pomyślałam, że Warszawie bardzo trudno byłoby zebrać publiczność nie tyle na koncerty, ile na całą masę imprez towarzyszących Festiwalowi. To było dla mnie bardzo pozytywne zaskoczenie, że tylu ludzi przyszło na panel dyskusyjny o jakości polskiej kultury. Nie wyobrażam sobie w Warszawie zgromadzenia 100 czy 200 osób na takiej dyskusji w niedzielę, w środku dnia, w porze obiadowej.


- Tu masz odpowiedź na pytanie - dlaczego Gdańsk. Mówiłem o tym przy okazji pierwszej edycji. Wojciech bardzo lubi Trójmiasto. To dla niego kolejny powód, by się zapakować i ruszyć na Festiwal. Ja też zupełnie inaczej pracowałbym, gdybym miał do prowadzenia taki festiwal w Warszawie. Jest coś w tym, że człowiek jest bardziej zadaniowy wyjeżdżając. Sama to wiesz doskonale. Jest czas na rozmowy, dyskusje, posłuchanie płyt, dobre wino. W Warszawie  człowiek goni do domu, by wyprowadzić psa i zastanowić się, gdzie gonić ma następnego dnia. Myślę, że wyjazdowy festiwal robi dobrze wszystkim. Nie mówiąc już o tym, że wielość imprez i doznań festiwali i koncertów warszawskich, stwarza pewne zagrożenie, że mógłby zostać trochę niezauważony.
Wolę go wywieźć, zwłaszcza że w Trójmieście spotkaliśmy się z bardzo dobrym odbiorem i coraz chętniej nas tam  przyjmują. W odniesieniu do młodych wykonawców, uważam, że warto jest jeździć na festiwale, spotkania, warsztaty po to, by konfrontować się z innymi, którzy pracują, by mieć możliwość spotkania z kimś bardziej doświadczonym. To jest bezcenne. Festiwal to spotkanie z ludźmi, którzy mają doświadczenie i wiedzę, jak Wojciech Młynarski, Andrzej Poniedzielski. Można ich dotknąć, porozmawiać, zapytać.
Pamiętam, że jak dawno temu jeździłem po różnych festiwalach jako chłopak z Wałbrzycha z gitarą, robiło to na mnie ogromne wrażenie. Wiem jaką lekcję dostałem wtedy od Elżbiety Wojnowskiej, Eli Adamiak, Andrzeja Poniedzielskiego, Piotra Bukartyka. Dzisiaj to rzadki przypadek żeby śmignąć koło „autorytetu”, który ma czas, a przy okazji tego festiwalu udaje się mu pobyć razem z uczestnikami konkursu. Wszelkie telewizyjne szaleństwa polegają na ocenie i na tym, by uczestnik czuł się zagrożony. To jest kompletnie oderwane od mojego pojmowania działalności artystycznej. Bardzo rzadko oglądam telewizję, ale widząc dramat ludzi biorących udział w talent-szołach, myślę, że nie ma to żadnego związku z tym, o co nam chodzi.
 
Rozmawiała: Teresa Drozda.
 
 
Wrzesień 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
4
5
6
7
14
19
21

Nadchodzące wydarzenia


22
Wrz
2017
19:00
22 wrzesień 2017 19:00
WOAK Spodki - Białystok, ul. św. Rocha 14
Koncert Lubelskiej Federacji Bardów. Marek Andrzejewski - śpiew, kompozycje, teksty, gitara, Jan Kondrak - śpiew, kompozycje, teksty, Piotr Selim - [...]
22
Wrz
2017
19:00
22 wrzesień 2017 19:00
Galeria Sztuki i Miejsce Spotkań Slimak - Wrocław, pl. Konstytucji 3 maja 4
Tomek Olesiński (gitara, śpiew) i Mateusz Ulczok (akordeon) w recitalu promującym płytę "Wszystko [...]
22
Wrz
2017
19:30
22 wrzesień 2017 19:30
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Łukasz Jemioła w recitalu pt. Warszawa w piosence.
22
Wrz
2017
20:00
22 wrzesień 2017 20:00
Musique Cafe - Opoczno, ul. Biernackiego 4
Łukasz Majewski w koncercie promującym płytę pt. Niebajka.
22
Wrz
2017
20:00
22 wrzesień 2017 20:00
Biłgorajskie Centrum Kultury - Biłgoraj, ul. Kościuszki 16
29. Biłgorajskie Spotkania z Poezją Śpiewaną i Piosenką Autorską 22 września (piątek), godz. 20.00Koncert inauguracyjny - [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL