Każda piosenka jest przygodą - mówi Artur Andrus

czwartek, 15 październik 2015

Z Arturem Andrusem (nie tylko) o płycie "Cyniczne córy Zurychu" rozmawia Teresa Drozda:

- "Cyniczne córy Zurychu" – to tytuł Twojej nowej płyty, będący tytułem jednej z piosenek. Mnie jednak zainteresował booklet, czyli książeczka płycie towarzysząca. Nagrałeś płytę do czytania czy do słuchania?

- Staram się łączyć jedno z drugim, bo lubię dosyć dużo mówić. Mógłbym nagrać płytę, na której każda piosenka byłaby wprowadzana komentarzem, ale pewnie przy trzecim odsłuchaniu mogłoby się to znudzić. Pomyślałem zatem, że komentarze do piosenek umieszczę w książeczce. A że się rozrosła... cóż.

- Wytrąciłeś pałeczkę, wszystkim kolegom dziennikarzom, którzy już nie mogą pytać Cię o poszczególne piosenki, bo wszystko wyłuszczyłeś w odautorskim komentarzu. To bardzo niekoleżeńskie.

- Oj, znajdziemy na pewno jakieś tematy do rozmowy, poza tym w książeczce zapisałem stan na dzień wydania płyty. Piosenki już żyją własnym życiem i na pewno będzie się wokół nich działo coś, o czym będzie można opowiadać.
 
- Co chciałbyś, żeby się działo?

- Żeby tworzyły się anegdoty związane z tymi piosenkami. Bywa że moje piosenki zaczynają żyć własnym życiem i najbardziej interesuje mnie właśnie to ich drugie życie. Pisząc tekst, mniej więcej poznaję piosenkę, jak nauczę się muzyki, którą kompozytor dokomponuje do tego tekstu, to już w ogóle znam całą piosenkę. Dlatego bardzo interesuje mnie to, co dzieje się później: jak piosenka dociera do ludzi, jak ją odbierają, jak zaczynają się z nią identyfikować. Okazało się na przykład, że mnóstwo kobiet identyfikuje się z bohaterką piosenki "Baba na psy". Podchodzą do mnie i mówią: pies może niekoniecznie rudy, ale to jest piosenka o mnie.

- Drugie życie dostała też "Królowa nadbałtyckich raf".

- Marzyłem o tym, by napisać piosenkę, która trafi do lokali tanecznych. Sam tańczę średnio i ten kompleks starałem się wyleczyć pisząc piosenkę quasi-dancingową. I dostaję sygnały, że to się udało, choćby filmiki z wesela, które rozpoczyna się od tego utworu, bo tak zażyczyli sobie państwo młodzi. Drugie życie dostała też piosenka o chórach "Dam ci ptaszka" z płyty "Myśliwiecka". Dostałem nagranie z Kielc, które było rejestracją niesamowitego dla mnie wydarzenia. Na rynku w Kielcach zebrało się kilkanaście świętokrzyskich chórów, które razem wykonały tę piosenkę: Zamiast bać się czarnej dziury, lękać się imperium zła, ludzie zakładajmy chóry, wszędzie gdzie się da. Miałem kompleks chórów, bo nigdy w żadnym nie śpiewałem, a za sprawą jednej piosenki stałem się częścią wielu.

- Piosenki o chórach łączą płyty "Myśliwiecka" i "Cyniczne córy Zurychu", bo na nowej płycie znalazła się piosenka o chórach dwa.

- Tak, "Twarz Moniuszki". Na "Myśliwieckiej" śpiewał chór męski, więc tym razem pomyślałem, że trzeba założyć chór mieszany. Jednak mieliśmy kłopot z doborem kadr. Śpiewających kolegów mam wielu, śpiewających koleżanek – mniej, ale uświadomiłem sobie, że przecież koledzy mają żony, niejednokrotnie kształcone muzycznie. Poprosiłem więc kolegów o udostępnienie żon do występu w chórze mieszanym na potrzeby tego jednego utworu. Żony przyjechały, nagrały i piosenka jest na płycie. Od razu zaznaczam, że nie występuję w tym utworze. Jest na mojej płycie, bo go napisałem – to po pierwsze, Po drugie – jestem zdania, że wszelkie (nieco szalone) działania artystyczne, łącznie z nagrywaniem płyt, mają sens tylko w kontekście towarzyskim. Z zachwytem parę razy słuchałem tego, co robi pianista, z którym od lat współpracuję – Wojtek Stec w sferze chóralnej. Wojtek mieszkając w Poznaniu prowadził przez wiele lat normalny prawdziwy profesjonalny chór. Kiedy wymyśliłem sobie chóralny utwór na płytę "Myśliwiecka" uznałem, że trzeba skorzystać z tego, co Wojtek potrafi. On skomponował muzykę i zaaranżował na głosy. Rozwijamy ten żarcik towarzysko na płycie "Cyniczne córy Zurychu".

- Cyniczne córy Zurychu- A dlaczego Ty nie zaśpiewałeś?

- Bo bym popsuł. Czy wiesz, jak trudno śpiewa się w chórze? Tam trzeba się dokładnie trzymać tego, co wymyślił kompozytor. Śpiewać trzeba równo z innymi, a ja nie uznaję równo z innymi. Jak jestem sam, koledzy muzycy muszą równo ze mną. Nadążyć lub poczekać na to co śpiewam. Gdybym miał dołączyć do mojego chóru mieszanego – płytę nagrywalibyśmy rok. "Twarz Moniuszki" to typowo towarzyski fragment płyty, mój tekst, który Wojtek zaaranżował na chór, a zaśpiewali koledzy z Grupy MoCarta, ich żony, żona naszego saksofonisty i nasza managerka.

- Jak powstają Twoje piosenki? Budzisz się rano i wiesz, że o czymś napiszesz?

- Albo budzę się rano i nie wiem, że o czymś napiszę. Są tylko dwie metody, wiem albo nie wiem. A piosenki powstają zwykle w najdziwniejszych okolicznościach i przy najróżniejszych okazjach. Są takie, które piszą się od razu, inne miesiącami ciągną się za człowiekiem. Choćby "Baba na psy" pałętała mi się gdzieś po zwojach mózgowych, ale dopiero jak się pojawił przymus zaśpiewania w programie telewizyjnym nowej piosenki, bo nie wyjdę przecież kolejny raz z „Piłem w Spale, spałem w Pile”, to usiadłem i napisałem całość. Zatem piosenki powstają jak to zwykle bywa, czasami przypadkiem, czasami po ciężkich mękach. Potem tylko trzeba się zastanowić, czy to co powstało zostaje, czy nie.

- A kto robi tę selekcję, Ty sam? Czy jakieś zaufane gremium?

- Metoda jest jedna: trzeba sprawdzić piosenkę przed publicznością. Wychodzę z nowymi piosenkami i jak widzę, że coś nie do końca działa tak, jak sobie wymyśliłem, to albo kombinuję, próbuję coś jeszcze poprawić, zmienić, zastanowić się, czy jeszcze można coś z tym zrobić. Albo stwierdzam, że niestety nie, że to piosenka jednorazowa, przydała się w konkretnej sytuacji, ale nie ma potrzeby, by istniała dłużej. Aczkolwiek – są i niespodzianki. Płytę rozpoczyna piosenka "Nie zaczynaj". Powstała do programu telewizyjnego. Robert Górski z Kabaretu Moralnego Niepokoju poprosił, bym napisał piosenkę, o tym że oni tak zaczynają, zaczynają i nie mogą zacząć. Wykonałem zamówienie i byłem przekonany, że to jednorazowy utwór, do tego konkretnego programu. Okazało się jednak, że to piosenka, która świetnie sprawdza się jako rozpoczęcie recitali. Wyjście na początku i powiedzenie ludziom, że w ogóle nie ma sensu zaczynać tego, co tu za chwilę się wydarzy, jakoś tak optymistycznie nastraja wszystkich na cały wieczór.

- To patent, który stosuje Andrzej Poniedzielski, zaczynając swoje recitale od piosenki "Chyba już można...", ale pewnie nie tylko on.

- Jak się odpowiednio na początku zniechęci ludzi do siebie, to potem łatwiej zaskoczyć ich tym, co się jednak robi na scenie.

- A pisanie na zamówienie? Dla innych?

- Piosenki piszę przez siebie i to czuć. Dlatego rzadko pisuję dla innych. Napisać tekst tylko dlatego, że ktoś świetnie śpiewa, to dla mnie słaba motywacja, więc nie wyobrażam sobie, że nagle stanę się zawodowym, piszącym na zamówienie tekściarzem. Ale dla siebie i dla przyjaciół zawsze chętnie coś skrobnę. Bo pisanie dla przyjaciół – to jak pisanie dla siebie.

- Chcę Cię popytać o trochę poważniejsze rzeczy, o Twoje życie w Warszawie. Jak czułeś się tu kiedyś, a jak dziś?

- Przyjechałem tu na studia. Warszawa z tamtego czasu zaciera mi się w pamięci, bo po prostu mnie przerażała. To normalna reakcja, kiedy przyjeżdża się z małego galicyjskiego miasteczka, z Sanoka, które się dodatkowo kocha, chce się tam być i ma się tam przyjaciół i rodzinę. I nagle człowiek wyrywa się w miejsce, do którego może się dostać jadąc 11 godzin pociągiem. Tyle czasu w latach dziewięćdziesiątych trwała podróż z Sanoka do Warszawy. Perspektywa mieszkania w stolicy też mnie nie zachwycała. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy pojawiło się radio. Poczułem, że to moje miejsce i że chciałbym w radiu spędzić resztę mojego zawodowego życia. Zacząłem też pomału obrastać w ludzi, przyjaciół ze studiów, znajomych, kolegów z pracy.
Poznałem też ludzi, którzy zaczęli pokazywać mi, że ta Warszawa, chociaż ma fragmenty nieprzyjemne, jest miastem, w którym można się zakochać. Taką osobą była dla mnie Stefania Grodzieńska, która urodziła się przecież w Łodzi i Łódź kochała, ale Warszawa była jej najukochańszym miastem. Rozmawiałem też z takimi ludźmi jak Jarema Stępowski. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy się jakoś znali, po prostu dzięki radiu do niego trafiłem. Nasze rozmowy zawsze powodowały, że zaczynałem się zastanawiać, co jest w tym mieście takiego, że chce się w nim szukać pięknych elementów i akcentów, takich właśnie do zakochania.
Mieszkam tu już dwadzieścia pięć lat i trwało trochę, nim się do siebie nawzajem przyzwyczailiśmy, ja do Warszawy i Warszawa do mnie. Teraz kiedy mówię, że jadę do siebie, do swojego miasta, mam na myśli Warszawę, chociaż Sanok nadal traktuję jako swoje miejsce. Mam więc takie jedno duże i jedno małe swoje miejsce i to jest bardzo dobry zestaw.

- Kiedy przyjechałeś tu dwadzieścia pięć lat temu, przyszło Ci do głowy, że w 2015 roku zaśpiewasz w Teatrze Muzycznym Roma? I to nie pierwszy raz?

- Kiedy przyjeżdża się do Warszawy – ma się nadzieję, że uda się osiąść, znaleźć pracę, rozwinąć skrzydła. I tak się stało w moim przypadku. Gdybym cokolwiek złego o Warszawie mówił, to bym grzeszył. Przyjeżdżając pewnie marzyłem po cichu, że będę znanym dziennikarzem, ale na śpiewanie piosenek i różne estradowe ekscesy zupełnie się nie zanosiło.

- Wydaje mi się, że byłam świadkiem Twoich pierwszych estradowych poczynań, które miały miejsce trochę mimochodem. Najpierw występowałeś jako konferansjer, potem konferansjer, który coś zanuci, bawi się klasyką piosenki, leciutko parodiuje i pokpiwa – także sam z siebie. Tak to wyglądało.

- I nadal trochę tak to wygląda. Chyba nie sądzisz, że któregoś ranka wstałem, przeciągnąłem się i postanowiłem nagrać płytę, po czym usiadłem i napisałem dwanaście piosenek. One zbierały się powoli. Tak samo było z moimi występami i recitalami. Nie wiem, kiedy dokładnie zacząłem występować. Pamiętam, że tym pierwszym muzycznym żartem była piosenka "Zabierzcie mi gitarę", czyli parodia "Italiano Vero" Toto Cutugno. I nagle posypały się zaproszenia. Uświadomiłem sobie, że z tą jedną piosenką daleko nie ujadę.
Na szczęście miałem kilka innych, napisanych i wykorzystanych w pojedynczych sytuacjach. Pamiętam, że mój pierwszy poważny występ odbył się w ośrodku kultury na Bielanach. Andrzej Brzeski, który sam pisze piosenki, organizował tam spotkania z piosenką i zaprosił też mnie. Wtedy zacząłem rozglądać się za kimś, kto będzie mi akompaniował. Szczęśliwie, dość szybko, trafiłem na Wojtka Steca, o którym już wspominałem. To też ciekawostka, bo mieszkaliśmy przez wiele lat niedaleko siebie: on w Rzeszowie, ja w Sanoku. Jesteśmy obaj z Podkarpacia, a spotkaliśmy się na weselu naszej koleżanki pod holenderską granicą w Niemczech. Wojtek był akurat w takim momencie, że szukał jakiejś zmiany w swoim zawodowym życiu. Wcześniej prowadził chóry, ale funkcjonował też w świecie muzyki pop i koncertował z różnymi znanymi artystami. Ja potrzebowałem kogoś, kto by się moimi piosenkami zajął od strony muzycznej, ponieważ nie potrafię i nie chcę pisać muzyki.
Dodatkowo czułem, że to nie jest prawdziwe śpiewanie, kiedy wychodzi się na scenę i z płyty odtwarza podkład muzyczny. Pomyślałem, że jak mam wychodzić do ludzi, którzy kupili bilety na mój występ i odtwarzać muzykę z taśmy, to za rok nie będzie mi się chciało w ogóle śpiewać, dogram sobie swój wokal i będę udawał, że śpiewam. Wojtek okazał się naprawdę szczęśliwym darem losu. Gdybyście Państwo szukali wsparcia w tym, co robicie, zawodowego wsparcia – jeźdźcie na wesele pod holenderską granicę. Na pewno spotkacie tam znakomitego akompaniatora, księgowego albo mechanika.

- Niezła historia. Ale wracam do Twoich występów i tego, co je charakteryzuje. Po pierwsze dużo zabawy, po drugie grzebanie w języku.

- Rzeczywiście mogę się poruszać głównie w sferze tekstu, bo żadnej swojej piosenki nie skomponowałem.

- Jeszcze nie skomponowałeś... nawet Jeremi Przybora raz napisał sobie muzykę.

- W takim razie może skomponuję sobie coś dla uczczenia 50. rocznicy swoich występów artystycznych. A mówiąc poważnie – po prostu wiem, że są ludzie, którzy robią to lepiej. Poza tym lubię moment, kiedy tekst wraca od kompozytora i z zaciekawieniem słucham, co za sprawą muzyki wydarzyło się z tekstem. Ekscytujące przeżycie.

- Ingerujesz jakoś? Albo oddając tekst sugerujesz, żeby to było takie albo takie?

- Czasem dyskutujemy z kompozytorem, ale już na etapie próbowania z publicznością. Czasem mówię, że coś mi idzie za szybko lub za wolno. To nie są ingerencje. Raczej szukanie optymalnej formy dla konkretnego utworu. Naprawdę mam ogromne szczęście i do ludzi, z którymi gram, i do kompozytorów. Włodzimierz Korcz – nazwisko, które mówi wszystkim wszystko, Łukasz Borowiecki – za chwilę będzie mówiło mam nadzieję, Marcin Partyka – podobnie. To ludzie, którzy zwracają uwagę na tekst. Czytają uważnie, co napisałem i starają się, żeby muzyka też coś wnosiła, żeby podbijała dowcip, a przypadkiem go nie zagłuszyła. Lubię to, co się z tą piosenką potem dzieje, z moim tekstem, którego nawet sobie nie wyobrażam muzycznie. Czasami coś sobie zanucę, żeby znaleźć rytm, bo to stara metoda pisania pod melodię. Ale najgorsze co można zrobić, to kompozytorowi przed pisaniem zaśpiewać, na jaką melodię się pisało. Pamiętam, że Jacek Janczarski z Januszem Bogackim byli kiedyś u mnie w audycji i Janusz opowiadał, jak prawie udusił Jacka, kiedy ten dał mu tekst, a na górze było napisane: na melodię "Kolorowe jarmarki".

- Jesteś łączony w duet sceniczny z Andrzejem Poniedzielskim. Coraz rzadziej można Was zobaczyć razem na scenie, ale niewątpliwie Wasz duet wywarł spore piętno na niektórych słuchaczach. Andrzeja recitale polegają na tym, że on głównie mówi i śpiewa 3 – 5 piosenek. A jak te proporcje układasz u siebie?

- Piosenka buduje porządek. Trzeba ją zacząć, zaśpiewać, skończyć. Jak się porządek programu zbuduje z kilkunastu takich porządków piosenkowych, całość też wydaje się uporządkowana. I do takiego stanu dążę. Piosenka jest najwdzięczniejszą formą opowiedzenia historyjki, bez rozgadywania się. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, żebym zupełnie nic nie mówił. Nie umiałbym wyjść na scenę, przywitać się i odśpiewać piętnastu piosenek. Zwłaszcza, że każda z nich jest zahaczona o jakieś zdarzenie, o coś co zobaczyłem lub usłyszałem.

- Piosenka w kabarecie wciąż traktowana jest po macoszemu. Ty zaprzeczasz temu stereotypowi.

- Może dlatego, że wychowałem się na piosenkach Wojciecha Młynarskiego, Jeremiego Przybory, Agnieszki Osieckiej, Krzysia Daukszewicza. To są piosenki, które są po coś, nie potrafiłbym piosenki Młynarskiego potraktować jako przerywnika. Wiele razy słyszałem komentarze w stylu – co może być śmiesznego w piosence, którą słyszę 5 raz i wiem jaka jest puenta.
Nie zawsze chodzi o to, żeby było śmiesznie. Zupełnie mi nie przeszkadza, że od kilkudziesięciu lat znam piosenkę "Po co babcię denerwować" Wojciecha Młynarskiego. Zupełnie nie przeszkadza mi, że znam jej puentę, że wiem że to była piosenka o Gomułce, choć teraz mało kto wie, kim Gomułka był. Ona mnie zachwyca swoją formą, tym jak jest napisana i zaśpiewana, żartem, uśmiechem. Takie piosenki nie tracą nic na wartości. Też chciałbym parę takich piosenek napisać. I cały czas się staram.

- Twoich piosenek ludzie chcą słuchać. Widać to na koncertach. Pokazują to wskaźniki sprzedaży Twoich płyt. To znaczy też, że taka piosenka jest potrzebna. Tym bardziej, że Twoje piosenki można zanucić – z Tobą lub po wyjściu z koncertu, a dziś to rzadkość.

- Może dlatego, że ludzie, którzy piszą piosenki, przestali rozumieć, że piosenka jest dla ludzi. Pamiętam rozmowę przy okazji jubileuszowego festiwalu w Opolu, Marysia Szabłowska rozmawiała ze wspomnianym Włodzimierzem Korczem i zapytała, czym piosenki, które oni kiedyś tworzyli, różnią się od współczesnych. Korcz odpowiedział coś bardzo trafnego: tamte piosenki myśmy komponowali, a teraz utwory się produkuje. I chyba w tym tkwi sedno. Nie potrafię wyprodukować piosenki. Ale umiem ją wymyślić. Podejść do tematu czule, jak do dziecka? Przyjaciela? Przygody? Bo każda piosenka jest też małą przygodą. I wszyscy, z którymi współpracuję, świetnie to rozumieją. I akceptują. Może ludzie nas lubią, bo i my – lubimy się nawzajem, a co ważniejsze – lubimy nasze piosenki.
 
Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.

 

Listopad 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
2
28

Nadchodzące wydarzenia


22
Lis
2017
18:00
22 listopad 2017 18:00
KDK - Kutno, ul. Żółkiewskiego 4/CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1
XIII Ogólnopolski Festiwal Jeremiego Przybory Stacja Kutno 19 listopada (niedziela)CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1godz. 18.00 - [...]
22
Lis
2017
19:00
22 listopad 2017 19:00
Filharmonia Kaszubska. Wejherowskie Centrum Kultury - Wejherowo, ul. Sobieskiego 255
Andrzej Poniedzielski w najnowszym projekcie zatytułowanym Melo - Nie - Dramat. W programie dużo inteligentnego humoru, satyra i [...]
22
Lis
2017
19:00
22 listopad 2017 19:00
Bielański Ośrodek Kultury - Warszawa, ul. Goldoniego 1
Łukasz Majewski - Koncert promujący nową płytę pt. Niebajka. Jego piosenki wielokrotnie były [...]
23
Lis
2017
18:00
23 listopad 2017 18:00
KDK - Kutno, ul. Żółkiewskiego 4/CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1
XIII Ogólnopolski Festiwal Jeremiego Przybory Stacja Kutno 19 listopada (niedziela)CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1godz. 18.00 - [...]
23
Lis
2017
18:30
23 listopad 2017 18:30
Wawerskie Centrum Kultury - Warszawa, ul. Żegańska 1a
Teresa Drozda opowiada o osobie i twórczości Marii Czubaszek. Spotkanie w cyklu "Radiowe perełki". Wstęp [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL