Lubię opowiadać ludziom moje prawdziwe historie - mówi Magda Smalara

czwartek, 14 styczeń 2016

Z Magdą Smalarą o jedzeniu, śpiewaniu, pisaniu, reżyserowaniu i pracy aktora rozmawia Teresa Drozda.

- Czym jest i skąd się wzięła "Kobieta do zjedzenia"?

- Lubię jeść i lubię gotować. Uważam, że jedzenie to jedna z milszych przyjemności, jakimi obdarzyła nas natura. To jest wspaniałe, że z czegoś, co służy przetrwaniu gatunku, zrobiliśmy sztukę. Jedzenie może być doznaniem wręcz metafizycznym. Bardzo cieszę się z tego, że jako społeczeństwo robimy się bogatsi i stać nas na uważniejsze jedzenie, na wychodzenie do restauracji i próbowanie nowych smaków. Prawie dwa lata temu pozbyłam się z jadłospisu mięsa. Nie sądziłam, że to możliwe, bo przez całe lata byłam bardzo mięsożerna, ale po prostu mięso przestało mi smakować. Okazuje się, że jarska kuchnia może być fantastyczna, zwłaszcza teraz, kiedy mamy dostęp do oryginalnych przypraw i produktów, w dodatku z moralnego punktu widzenia niejedzenie mięsa jest lepsze niż jego jedzenie. Nie jestem ortodoksem, moja rodzina je mięso, mi zdarza się przygotowywać kotlety synowi, nie patrzę ludziom w talerze, nie zaglądam w kanapki i nie wstawiam umoralniających gadek.

Tak, gdybym kiedyś straciła smak byłoby mi ciężko odnaleźć sens w życiu. Jest też ciemna strona mocy, bo niestety rewersem tej monety przyjemności jest coś, co nazywamy skłonnościami do tycia. Niestety natura nie jest sprawiedliwa i niektórych dotyczy to w mniejszym, innych w większym stopniu. Mnie w większym. Tym problemom poświęciłam część swojego recitalu.

Premiera "Kobiety do zjedzenia" odbyła się w sierpniu 2014 roku w Teatrze Atelier w Sopocie. Tytuł jest Twoim dziełem, ponieważ podsunęłaś mi kiedyś książkę Margaret Atwood o takim właśnie tytule. Moja historia nie ma w zasadzie nic wspólnego z książką, ale tytuł bardzo mi się spodobał i oficjalnie Ci za niego dziękuję.

Wcześniej miałam recital złożony z piosenek Agnieszki Osieckiej. Grając go zorientowałam się, że dobrze mi w formule, w której łączę piosenki z opowiadaniem o sobie. Najwspanialszy w życiu komplement na temat mojego występowania scenicznego usłyszałam od przyjaciółki. Najlepsze przyjaciółki zwykle mówią komplementy, to jest oczywiste, ale ona powiedziała to wyjątkowo ładnie: Smalara, to jest tak, jakbyś zapraszała ludzi do domu i częstowała ich tym, co masz najlepszego. Jak widać, metafory kulinarne przewijają się w moim życiu dosyć często.

- Ujęło mnie bardzo, że w delikatny sposób i nieinwazyjny uszanowałaś wszystkich autorów piosenek, które zaśpiewałaś. W Teatrze na Woli, gdzie oglądałam ten recital, były slajdy z tytułem piosenki i wskazaniem autora tekstu i kompozytora. Nie byłam zagubionym widzem i bardzo mi się to podobało.

- Uważam, że tak trzeba. Nie bardzo chcę przytaczać nazwiska autorów piosenek w trakcie recitalu, bo wybijają mnie z własnej narracji. Szukałam rozwiązania i znalazłam takie. Jeśli gdzieś nie uda mi się tego wyświetlić, może będziemy trzymały z Ulą kartki z tytułami i nazwiskami twórców, bo wzięłam coś od nich i chcę to podkreślić.

Na pomysł, by powstał cały recital o jedzeniu wpadła Ula Borkowska, z którą współpracowałam przy przedstawieniu "Wszędzie jest wyspa Tu", ale również przygotowywałam z nią recital Ani Dereszowskiej, do którego napisałam piosenkę "Ugotuj mi coś". To był bardzo dobry pomysł, w dodatku bliski mojemu sercu więc zaczęłam szukać piosenek o jedzeniu w różnych materiałach i źródłach. Chciałam jednak, by były tam też rzeczy nowe, nie tylko nomen omen odgrzewane kotlety. Latem 2014, tuż przed premierą "Kobiety do zjedzenia" zaśpiewałam część tego repertuaru podczas koncertu w amfiteatrze na Bemowie i to był bardzo przyjemny koncert. Odezwała się po nim do mnie miła pani, Iwonna Buczkowska, mówiąc że ona sobie trochę pisze i ma taką piosenką o śledziach i szarlotce. Ula napisała do niej muzykę i tak śledzie z szarlotką znalazły się w naszym menu. Później kolega, księgarz z Gdańska Olgierd Tuszkiewicz, który nie napisał nigdy żadnej piosenki, nagle natchniony, wysyłał mi różne zabawne wierszyki spożywcze, z których uwiódł mnie najbardziej jeden, gdzie "tango" rymowało się z "mango", przerobiłyśmy go trochę z Ulą i tak powstało "Tango zbyt dużej tuszy". Fakt, że ktoś napisze piosenkę specjalnie dla mnie jest bardzo nobilitujący. Mam też sygnały, że ten spektakl się podoba. Idealny target dla tego przedstawienia to panie ok. 40/50 lat. Kiedy panie w takim wieku są na widowni, jest absolutny szał. To kobiety, które mają już dorosłe dzieci i zaczynają szukać rozrywek dla siebie. A każda z nich przynajmniej raz na pół roku zaczyna jakąś spektakularną dietę, więc doskonale znają temat.

- Piosenki o jedzeniu nie są ograne, nie ma ich aż tak dużo i chyba nigdy nie zostały wykorzystane w takim kontekście, w jakim użyłaś ich Ty?

- Nie można w tym kraju zrobić recitalu nie używając tekstów Przybory, Młynarskiego czy Osieckiej. Zatem sięgnęłam np. po "Truskawki w Milanówku". Jeśli chodzi o duet Przybora-Wasowski, miałam też kilka innych piosenek: "Gołąbki w pomidorach" i "Po kompocie". Ostatecznie stanęło na "Balladzie jarzynowej", bo ona pasowała mi dramaturgicznie do całości. To piosenka o truciźnie, którą też się zajęłam, starając się pokazać całe spektrum możliwości mówienia o jedzeniu.

Najstarsza i najdłużej przeze mnie śpiewana piosenka w tym recitalu to utwór Mariana Hemara "Dieta", który śpiewały wszystkie polskie aktorki z nadwagą. Śpiewałam ją w 2000 roku w konkursie Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Ta piosenka została przy mnie, jest zabawna, lekka i efektowna. Uwielbiam ją, bo jest o mnie.

- Objawiasz się w tym recitalu jako człowiek pióra. Nie dość, że napisałaś sobie piosenkę, to również wszystko co opowiadasz jest bardzo starannie napisane. To świetny muzyczny monodram rozrywkowy. W dużej mierze za sprawą Twojego pióra.

- Uważam, że zbyt często mamy do czynienia ze smutkiem i ciemną stroną życia. Od lat nie mam telewizora. Oszalałabym jedząc śniadanie przy TVN24. Wszystkie złe wiadomości i tak do mnie docierają przez internet lub radio. Myślę, że smutny recital nie jest tym, co chciałabym serwować publiczności poświęcającej mi swój wieczór. Całym sercem jestem za rozrywką. Za rozrywką przyzwoitą, na poziomie, taką która nie traktuje widza jak idioty. Chce mi się płakać, kiedy widzę, co serwuje ludziom "misyjna" telewizja i jakim rodzajem humoru raczy widzów większość  polskich kabaretów.

Chcę sprawiać ludziom przyjemność, chcę ich rozbawić, ale też zadać kilka pytań leciuchno przyprzeć do muru i kazać się zastanowić. Dlatego w moim recitalu pojawiają się też momenty liryczne. Rozbawić jest trudniej niż wzruszyć. I dlatego wahałam się bardzo myśląc o tym, czy użyć w spektaklu żydowskiej kołysanki "Rodzynki i migdały". Zastanawiałam się, czy mam prawo, przez godzinę rozśmieszając ludzi, gadając im głupoty, nagle walnąć między oczy piosenkę o głodującym żydowskim dziecku. Nie chciałam szantażu emocjonalnego, chyba się udało – choć w czasie tego utworu cisza jest inna, a oklaski po nim też brzmią inaczej. Zresztą, jak zdrapie się wierzchnią warstwę moich opowieści, można zobaczyć, że pod spodem czai się prawdziwy dramat. Możemy się z tego śmiać, ale problem samoakceptacji to poważna sprawa. Jesteśmy niewolnikami pewnych wzorców urody i żyjemy w nieustannej presji porównań. Przy czym jeśli pani Mariolka ze Zgierza, porówna się z aktorką, której kliniki medycyny estetycznej fundują zabiegi odmładzające, a redakcja pisma obróbkę fotoszopem, bilans pani Mariolki zawsze będzie ujemny.

- Zostanę przy Twoim pisaniu. Na ile pewnie się w nim czujesz, czy ktoś już wykorzystał Twoją umiejętność konstruowania spektakli muzycznych?

- Są takie plany. Pisząc potrzebuję spójnej myśli. Wiem, jak pisze się dla siebie lub kogoś, kogo znam dobrze. Lubię, kiedy mój tekst zaczyna żyć swoim życiem, jak było w przypadku Ani Dereszowskiej, która przekłada to co napisałam, na swoje emocje. To bardzo fajne uczucie. Dodatkowo miłe jest to, że ktoś moich słów nauczył się na pamięć.

Jako aktorka uważam na to, co mówię, baczę na słowa i staram się pielęgnować język. Lubię sobie bluzgnąć, rzucić mięsem. Lubię polskie przekleństwa, które są takie jędrne i dosadne, mają swój ciężar i brzmią. Wydaje mi się, że język, jakim posługuję się na scenie, a zwłaszcza w telewizji, która dociera do masowego widza musi się trzymać zasad poprawnej polszczyzny. Można by pewnie napisać doktorat o błędach językowych w polskich serialach. A moim zdaniem bycie aktorem nas do czegoś zobowiązuje.

- Ostatniego słowa w tej dziedzinie nie powiedziałaś?

- Starzeję się. Nie mogę już grać córek. Zaczynam grać ciotki i matki. Jestem kobietą, a w tym zawodzie propozycje nas nie zasypują. Ale wiem, że nie zginę i sobie poradzę. Mam różne pomysły. Wszystko jest kwestią zdobycia środków, ale mam jakieś perspektywy. Wiem, że robię to dobrze i że mogę się tym zajmować.

- Myślę o tym, co powtarzał często Jerzy Wasowski, że Jeremi Przybora narzucił mu pewien sposób zarabiania pieniędzy, który wydał mu się najprzyjemniejszy ze wszystkiego, co dotąd robił. Myślisz, że jesteś w stanie przekroczyć tę granicę, porzucić aktorstwo i poświęcić się tylko pisaniu, bo właśnie to będzie przyjemniejszy sposób zarabiania na życie?

- Nie. To nie będzie przyjemniejszy sposób. Nie mówmy o pisarstwie. Tego że potrafię ładnie sklecić trzy zdania, a czasami nawet więcej, nie nazwałabym pisarstwem. Jestem aktorką, ponieważ lubię kontakt z człowiekiem; pracuję głównie w teatrze. Pomijam, że polska kinematografia nie jest mną szczególnie zainteresowana. Wiem, że jeśli nie dojrzeję i nie wymyślę sobie historii, którą mogłabym zagrać, to jej nie zagram. W Polsce producenci mają bardzo ograniczoną wyobraźnię, a najważniejsze jest dla nich to, co można z zyskiem sprzedać. Przez to mamy osobną kategorię oceny w stylu "jak na polski film to niezły". Tak nas przyzwyczaili do szmiry. Niestety – nie mam umysłu, który potrafiłby stwarzać historie. Opisuję to, co widzę, nie wymyślam niczego od nowa.

- Jednak parę spektakli muzycznych zrobiłaś, w paru zagrałaś, teraz mamy "Kobietę do zjedzenia" – monodram muzyczny.

- Nazywam to stand-upem z piosenkami. Monodram to mocne, grube słowo, stand-up nie obarcza mnie odpowiedzialnością za słowo pisane.

- Twoje śpiewanie nie jest oczywiste, poza śpiewaniem w spektaklu "Wszędzie jest wyspa Tu" w Teatrze Polskim, który wyreżyserowałaś, nie wiem, czy grałaś jeszcze inne muzyczne role.

- Było takie przedstawienie muzyczne "I love you", musical amerykański. Niesamowita historia, fantastyczny tekst. To przedstawienie miało jeździć i zarabiać. Po każdej scenie była piosenka, a piosenki były scenkami same w sobie. Wszystko z cudownymi puentami. Amerykańska koronkowa robota. Nie wiem jak oni to robią, że potrafią tak pisać. W 32 scenkach zamknięte było całe życie. Przebieraliśmy się tam jak szaleni. Graliśmy w różnych konfiguracjach – Ewa Bułhak, Ela Romanowska, Rafał Królikowski, Rafał Ostrowski, Mariusz Kiljan i ja. Uwielbialiśmy to, a ludzie wychodzili zachwyceni. To było coś. Ale ktoś nie zadbał – i przestaliśmy grać. Teraz miałam szansę zagrać w musicalu, ponieważ mój teatr przygotował premierę "Kabaretu". Są tam dwie śpiewające kobiety, ale na jedną jestem za stara, a na drugą za młoda. W związku z tym przypadła mi rola pani Kost, która trudni się najstarszym zawodem świata i raczej nie śpiewa. Rzeczywiście moje śpiewanie nie jest oczywiste dla nikogo.

- Dlatego tak ważna jest "Kobieta do zjedzenia".

- Lubię ją. Zwłaszcza w wersji "na bogato", kiedy gram z kompletem, czyli kwartetem muzyków. Jest w aranżacjach i kompozycjach Uli Borkowskiej jakaś niesamowita siła. Uwielbiam też moich chłopaków muzyków, Wojtka Gumińskiego, Marcina Słomińskiego i Marcina Świderskiego. Lubię opowiadać ludziom moje prawdziwe historie, lubię tę ciszę, kiedy wymieniam dania z menu degustacyjnego trzygwiazdkowej restauracji Paula Bocuse w Lionie, słychać jak ludziom ślinianki pracują, serio! Wychodząc twierdzą, że są strasznie głodni – to jest cudowne.
Niezmiennie dziwią mnie ludzie, którzy niespecjalnie się przejmują tym, co jedzą. Tak samo jak nigdy nie rozumiałam niejadków. Jak można nie lubić jeść?! Mój syn czasami mówi, że czegoś nie chce i nie lubi, nawet tego nie próbując. Ale patrzę na niego i wiem, że jest taki jak ja. Moje dziecko ma powiedziane, że słodycze je tylko w sobotę i niedzielę, ale potrafi podkraść się do spiżarni, zajumać czekoladę i po cichu wciągnąć ją sam. Jak znajduję papierek po tej czekoladzie w jego pokoju, wiem, że to moje dziecko i że jabłko upadło bardzo blisko jabłoni.

- Zdając do szkoły teatralnej wiedziałaś, że będziesz śpiewała?

- Myślałam, że wszyscy aktorzy śpiewają. Wydawało mi się, że to jakiś warunek do spełnienia dla aktora. A potem okazało się, że wcale nie. Trafiłam na wyjątkowo śpiewający rok, bo byłam z Magdą Kumorek, Moniką Dryl, Anetą Todorczuk-Perchuć. To śpiewający skład, który wykorzystywany był przez naszego profesora Andrzeja Strzeleckiego. Dla mnie było oczywiste, że będę śpiewać. Myślę, że PPA pojawiło się dlatego, że koleżanki pojechały do Wrocławia. Podobnie było z Konkursem "Pamiętajmy o Osieckiej". Najpierw wzięła w nim udział Magda Kumorek i Aneta Todorczuk. Pojechałam wtedy do nich do Sopotu, zobaczyłam jak to wygląda i postanowiłam, że za rok sama spróbuję. W następnym roku wzięłam udział w konkursie, a jeszcze rok później pojechałam jako laureatka nagrody publiczności na minirecital do Teatru Atelier, a moja koleżanka z roku Monika Dryl, śpiewała w konkursie. To było oczywiste. Śpiewanie jest jedną z fajniejszych rzeczy. Wychodzisz z piosenką, która jest małą zamkniętą formą. Oprócz monodramu nie ma zbyt wiele możliwości mówienia ze sceny bezpośrednio do człowieka. Grając w spektaklu trzeba wpasować się w jego strukturę i rzadko można powiedzieć coś wprost. Piosenka na to pozwala.

- Nie masz poczucia, że przekraczasz granicę prywatności?

- W "Kobiecie do zjedzenia" mówię głównie o swoich doświadczeniach. One są już dojrzałe i straciły emocjonalność, którą miały  wcześniej. Teraz mogę się z nich pośmiać, ale rzeczywiście są prawdziwe. Nie mam poczucia, że przekraczam granicę. Wszystko jest na sprzedaż. Nie da się ukryć, że im więcej coś mnie to kosztuje, tym jest fajniejsze dla odbiorcy. Wiem, że aby było prawdziwie, muszę dać coś od siebie. Na tym polega moja uczciwość zawodowa. Nie chodzi o epatowanie swoimi traumami, bo o tym też mogłabym opowiedzieć. Ale opowiadam tam o tym, jak mając 18 lat chodziłam do ukraińskiego hipnotyzera. Wydawałam na niego zarobione przez siebie pieniądze i przez 10 dni nic nie jadłam, żywiłam się tylko wodą i od czasu do czasu miętową herbatą z miodem. I o wszystkich innych dietach, których próbowałam. Dlatego jestem w stanie zrozumieć, że kobiety kupują sobie jaja tasiemca i połykają je w nadziei, że schudną.

W naszej kulturze rzadko dziewczyna na pierwszej randce zamówi wielki stek z frytami i sosem na bazie majonezu. Weźmie wodę. I sałatkę. Naje się, jak wróci do domu. Bycie na diecie jest w dobrym tonie, nawet wciągając jakiś pyszny, tłusty, słodki deser nie wolno nie wspomnieć, że ma million kalorii i na pewno pójdzie w biodra. Dlaczego? Nie wiem. Sama się na tym łapię czasami, że wchodzę w te konwenanse. W połowie pizzy należy zacząć stękać, a najlepiej zostawić niedojedzoną na talerzu. Żartuję – zawsze zjadam wszystko.

Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.

 

Lipiec 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
2
3
4
5
16
17
18
19
24
25

Nadchodzące wydarzenia


26
Lip
2017
18:00
26 lipiec 2017 18:00
Park Zdrojowy - Kudowa-Zdrój
II CZ-PL festival   26 lipca, środa godz. 18:00 - Wernisaż prac Jana Młodożeńca i Jana Rajlicha w Nachodzie - Młodożeniec i Rajlich należeli do [...]
26
Lip
2017
23:59
26 lipiec 2017 23:59
konkurs.czplfestival@gmail.com
26 lipca 2017 upływa termin zgłoszeń do konkursu w ramach II CZ-PL festival. Wykonawcy chcący wziąć udział w konkursie przesyłają [...]
27
Lip
2017
16:00
27 lipiec 2017 16:00
Park Zdrojowy - Kudowa-Zdrój
II CZ-PL festival   26 lipca, środa godz. 18:00 - Wernisaż prac Jana Młodożeńca i Jana Rajlicha w Nachodzie - Młodożeniec i Rajlich należeli do [...]
27
Lip
2017
18:00
27 lipiec 2017 18:00
Scena plenerowa - Rybina 63 (niedaleko mostu zwodzonego)
Tomasz Olszewski solo w recitalu pod przewrotnie pesymistycznym hasłem "Jest Pięknie".
28
Lip
2017
17:00
28 lipiec 2017 17:00
Park Zdrojowy - Kudowa-Zdrój
II CZ-PL festival   26 lipca, środa godz. 18:00 - Wernisaż prac Jana Młodożeńca i Jana Rajlicha w Nachodzie - Młodożeniec i Rajlich należeli do [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL