Zbieg jest metaforą rozproszonego umysłu - mówi Marcin Styczeń

czwartek, 05 maj 2016

Marcin Styczeń w rozmowie z Teresą Drozdą rozszyfrowuje tytuł swojej najnowszej płyty i opowiada o tym jak powstawała:

- Twoja najnowsza, autorska płyta nosi tytuł "Zbieg". Chyba najpierw trzeba opowiedzieć sposobie jej produkcji – to pierwsza płyta, na którą zbierałeś pieniądze przez crowdfunding?

- Tak. Postanowiłem sprawdzić, czy to działa, tzn. czy moi fani tak naprawdę są gotowi kupić coś, czego jeszcze nie ma, zainwestować swoje pieniądze w coś, co dopiero ma powstać, niejako kupić kota w worku. Oczywiście – to nie jest moja pierwsza płyta, tylko ósma, więc moi słuchacze, wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Przeprowadzenie tej zbiórki było dla mnie bardzo przyjemnym i zaskakującym doświadczeniem. W krótkim czasie udało się zebrać kwotę, o którą zabiegałem i ostatecznie przekroczyliśmy ją o dwie trzecie. Dzięki temu mogłem zrealizować teledysk.

- Pogratulować słuchaczy! A czemu zdecydowałeś się na crowdfunding? Chciałeś nagrać płytę nie idąc na żadne kompromisy?

- Nigdy nie musiałem iść na żadne kompromisy. Jestem niezależnym artystą i swoim własnym wydawcą. Na wydanie płyty za pieniądze zebrane na crowdfundingu zdecydowałem się, ponieważ sporo o tym czytałem i spotykałem ludzi, którzy sugerowali: "Słuchaj Marcin, dlaczego, skoro masz wierną publiczność, cały czas sam inwestujesz w wydawnictwa, zamiast poprosić fanów, żeby Ci pomogli". Dodatkowym atutem tego sposobu finansowania jest wydłużenie akcji promocyjnej. O płycie mówi się jeszcze, zanim powstanie. To cenne doświadczenie, które integruje publiczność. Ponadto sprawia, że słuchacze mogą mieć realny wpływ na kształt płyty.
Zasada crowdfundingu jest taka, że współproducent za pieniądze, które przekazał, najczęściej otrzymuje płytę zaraz po jej premierze. Przewidziane są również inne nagrody – podziękowania w książeczce czy – jak ktoś zainwestuje więcej – prywatny koncert. To fajne doświadczenie, zagrać prywatny koncert w czyimś domu.

- Potem kończy się to jakąś kolacją i jeszcze większym zacieśnianiem więzów.

- To jest chyba najpiękniejsze, że słuchaczy można poznać osobiście. Stają się ludźmi z imienia i nazwiska. Tak tworzy się wielka rodzina. Na początku swojej drogi artystycznej zazdrościłem zespołom takim jak Wolna Grupa Bukowina czy Stare Dobre Małżeństwo. Atmosfera na ich koncertach i zbratanie się z publicznością budziło mój podziw. Zawsze chciałem czegoś takiego doświadczyć, i ostatnie lata, a zwłaszcza stworzenie tej płyty wspólnie z fanami, dało mi takie poczucie.

- Co to znaczy "wspólnie z fanami", czy wpływali na to, co znajdzie się na płycie?

- Na zawartość płyty nie mieli wpływu, ale decydowali choćby o okładce. Pokazywałem różne projekty i prosiłem o opinie. Myślę, że dzięki mediom społecznościowym fani mają naprawdę duży wpływ na twórczość artystów. Dobrze znać zdanie słuchaczy i liczyć się z nim. Oczywiście – jest też ryzyko zagrania "pod publiczkę". Staram się to wyważyć, zresztą tak było przy okładce. Głosy rozłożyły się praktycznie po połowie na dwa zaprezentowane projekty i to ja podjąłem ostateczną decyzję, narażając się tej połowie fanów, która wybrała inną okładkę, ale stwierdziłem, że mi wybaczą. W czasach, gdy do mainstreamu trudno przebić się z autorskimi utworami i trochę bardziej ambitnymi programami, crowdfunding to fantastyczny sposób budowania społeczności, bezpośredniego kontaktu, poczucia sensu własnej pracy.

- A trudno jest dotrzeć do słuchaczy z informacją? Mówiłeś o akcji podczas koncertów, które grałeś?

- Na kilku koncertach mówiłem o tej akcji, ale ciężar komunikacyjny przeniosłem jednak do sieci. Ludzie mają różne doświadczenia z Facebookiem i też nie byłem pewien, czy to zadziała. Na pewno pomogła moja dotychczasowa praca. Siedem poprzednich płyt. Przez lata zapracowałem na zaufanie słuchaczy i dostałem tego namacalny, realny dowód. Choć wierzę, że powodzeniem mogą się zakończyć również fantastycznie akcje przygotowane przez ludzi, którzy nie mają jeszcze własnej publiczności. Jeszcze w czasie zbiórki znajomi, którzy studiowali marketing pisali do mnie: "Słuchaj, ten komunikat jest źle sformułowany. Powinieneś mówić do ludzi trochę inaczej, bo w takiej a takiej książce jest napisane, że…". Potem kolega, który też się na tym zna, bo prowadził wiele akcji społecznych, stwierdził, że wszystkie podręczniki można wyrzucić do kosza. To, co zostało w nich jest oczywiście ważne, ale najważniejsze są relacje międzyludzkie. Albo się je ma, albo nie. Albo się tworzy wspólnotę, albo się jej nie tworzy i im ona jest silniejsza, tym łatwiej przeprowadzić taką akcję. Nie ma w tym żadnej tajemnicy.

- "Zbieg" to chyba bardzo osobista płyta?

- Tak. Bardzo. W mojej twórczości zauważyć można naprzemienność. Tworzę płyty oparte na wierszach, intensywnie współpracuję z Ernestem Bryllem. Pierwszą płytę "Pieśń o Bogu ukrytym" oparłem na wierszach Karola Wojtyły. Co jakiś czas piszę również swoje autorskie rzeczy, jednak nie ma ich bardzo wiele.

- No właśnie, w dyskografii to płyta ósma, ale dopiero druga z autorskimi piosenkami.

- Tak. Wydana 8 lat po albumie "21 gramów". Są na niej piosenki, które napisałem przez te lata. Starałem się, by płyta była spójna, osobista i opowiadała jakąś historię. O każdej z piosenek mógłbym sporo opowiedzieć. Pierwotnie płyta miała być zatytułowana "Myśli jak motyle", bo to ważny dla mnie utwór, który podobnie jak ten tytułowy zrodził się z medytacji. Jednak współproducent muzyczny płyty – Jacek Wąsowski – stwierdził, że "Zbieg", który powstał już podczas pracy w studiu, jest lepszym numerem i spina wszystkie piosenki w całość. Zaufałem mu.
Zaprosiłem go do współpracy, ponieważ chciałem, by na płycie pojawiły się nowe brzmienia: mandolina, banjo, gitara dobro, czyli instrumenty strunowe, których nie było na poprzednich moich płytach. Zawsze było tradycyjnie: dwie gitary, perkusja, gitara basowa. Pomyślałem, że teraz chciałbym "po amerykańsku", ale w dobrym stylu. Żeby piosenki brzmiały trochę folkowo.
Praca nad płytą wyglądała mniej więcej w ten sposób, że grałem Jackowi piosenkę na gitarze, a on szukał "koloru". Sięgał po swoje gitary – jedną, drugą, trzecią i robiliśmy preprodukcje, czyli nagrywaliśmy surowe wersje utworów, z których wyłaniały się kompletne aranżacje. Udało nam się stworzyć spójną poetycko-muzyczną opowieść o podróży Zbiega, który jest metaforą ludzkiego, rozproszonego umysłu. Jesteśmy albo w przeszłości, albo w przyszłości, a rzadko kiedy tu i teraz. Ta opowieść nawiązuje do tradycji kościoła wschodniego chrześcijańskiego i ojców pustyni, którzy mówili, że istotą duchowej wędrówki człowieka jest to, by sprowadzić umysł do serca. Chociaż każdy znajdzie w niej coś swojego.

- Ja czytam w niej krytykę czasów dzisiejszych i nieustającego pędu, którego nie da się zatrzymać.

- Będąc nastolatkiem dużo słuchałem Staszka Soyki. On miał taką piosenkę "Cisza ratunkowa", która mówi o tym właśnie, że wszystko pędzi, a cisza jest nam tak bardzo potrzebna. Pewnie się z nią osłuchałem i teraz kontynuuję tę myśl. Przez dwadzieścia parę lat, które upłynęły, czas przyspieszył i tym bardziej potrzebujemy refleksji i zatrzymania. Ludzie szukają medytacji, która związana jest z buddyzmem, ale odkrywają ją też w chrześcijaństwie. To praktyka, w której próbujemy się zatrzymać, by okiełznać chaos zewnętrzny, ale również ten, który jest w nas samych. Targają nami różne myśli, różne uczucia, bo mamy różnego rodzaju niespełnione marzenia, oczekiwania i plany.

- Jak odbierają Twoje nowe piosenki słuchacze? Jak bardzo wykonania koncertowe różnią się od płytowych?

- Zagraliśmy dopiero kilka koncertów promujących płytę "Zbieg". Jestem artystą koncertowym i najbardziej lubię bezpośrednie spotkania z publicznością, zresztą moi słuchacze chyba też lubią spotkania podczas koncertów. W przypadku koncertów "Zbieg", z którymi teraz ruszamy w Polskę, będzie oczywiście tak, że cały koncert będzie złożony z piosenek z nowej płyty. Dopiero ewentualnie na bis zagramy coś starszego. Jestem ciekawy odbioru tej płyty, zwłaszcza, że jej promocja dopiero się zaczyna i potrwa pewnie do końca roku, a może dłużej. To nie jest muzyka mainstreamowa, nie ma wielkiego boom, podczas którego słuchamy tylko w tym momencie tej płyty, a za chwilę o niej zapominamy. Myślę, że pożyje dłużej.

- W ogóle stawiam tezę, że w naszym nurcie, płyty nie mają "terminu przydatności do spożycia". Przywołam choćby "Niebo do wynajęcia" Roberta Kasprzyckiego. Płyta ma blisko 20 lat, a włączamy ją dzisiaj (właśnie ukazała się reedycja) i mamy wrażenie, że to rzecz zupełnie nowa. Nie zestarzała się ani o jotę.

- Zgadzam się. Poza tym ludzie odkrywają te "nasze" płyty w różnym czasie, ponieważ nie funkcjonują one w głównym obiegu. Moje "21 gramów", choć ma już osiem lat, dla wielu jest płytą nową. Natomiast odbioru "Zbiega" jestem ciekaw tym bardziej, że wiele piosenek zaśpiewałem w niższych rejestrach. Czasem nawet w niższych niż powstały. Zostałem do tego namówiony przez Jacka. Początkowo byłem do tego nastawiony sceptycznie, ale Jacek powiedział, że mój niski głos brzmi najlepiej. Zawsze mi to mówiłaś...

- …ale nie mam autorytetu Jacka Wąsowskiego.

- Żaden artysta nie lubi, kiedy zwraca mu się uwagę, żeby robił coś w inny sposób niż do tej pory. Ludzie mówili mi po pierwszej płycie: "A teraz nam pan Brylla wyśpiewa". Wiesz jak się wkurzałem, że publiczność mi mówi co mam śpiewać? Ale potem przyszła refleksja – skoro powiedziało mi to kilka, zupełnie niezwiązanych ze sobą osób, to może coś w tym jest… Poszedłem do księgarni i kupiłem tomiki. Czasami warto posłuchać, co mówią inni, bo to przyczynia się do naszego rozwoju. Mogłem nagrać płytę w taki sam sposób, jak dotychczas, ale chciałem wypróbować nowe brzmienie, które wprowadził Jacek przez użycie nowych instrumentów. Z drugiej strony poeksperymentowaliśmy z barwą głosu, szukaliśmy optymalnej tonacji, która czasami wydawała mi się za niska. Wtedy Jacek mówił, że może mi się tak wydaje, ale nagrajmy i posłuchajmy. W wielu wypadkach rzeczywiście miał rację. To ryzykowne, że na tej płycie pojawiło się kilka utworów, które funkcjonują na YouTubie jako nagrania koncertowe w wyższych tonacjach i nagle znalazły się na płycie w tonacjach niższych. Niektórzy słuchacze nie odebrali tego dobrze, bo przyzwyczaili się do wcześniejszych wykonań.

- Bo przyzwyczajenie jest naszą drugą naturą. Na płycie znalazła się piosenka, którą śpiewałeś jeszcze na konkursach, wiele lat temu, czyli "To nic, że boli". Myślę, że to był jeden z Twoich pierwszych przebojów. To znakomita piosenka. I tym samym wracamy do repertuaru płyty. Więcej jest na niej takich piosenek odkurzonych?

- Tylko dwie, czyli "To nic, że boli" i "On, czyli ja". Zresztą podobnie zrobiłem na pierwszej autorskiej płycie "21 gramów". Piosenka rozpoczynająca tamtą płytę też była z okresu, kiedy Styczeń był nieopierzonym, młodym i zbuntowanym pistoletem.

- Odnajdujesz się jeszcze w piosence "To nic, że boli"?

- Okazuje się, że tak! Teraz, przed czterdziestką, ten stracony czas nagle jest prawdziwy, może nawet jeszcze bardziej prawdziwy. Dwudziestolatek, który śpiewa, że miał czas i pieniądze – jeszcze nie miał ani pieniędzy, ani zbyt wiele tego czasu. Ta piosenka musiała dojrzeć. Dlatego cieszę się, że pojawiła się na najnowszej płycie. Tak jak wspomniałaś, ta płyta jest bardzo osobista. To zapis drogi, którą przeszedłem, ale słuchacz nie musi o tym wiedzieć, bo dla każdego trochę o czym innym będą te piosenki niż dla mnie.
"To nic, że boli" napisałem w 1998 roku, miałem 20 lat. To był bardzo fajny czas, ale miałem wtedy ogromne ambicje, za którymi nie szła dojrzałość artystyczna. Wkroczyła pewnie jakaś nieuświadomiona intuicja – i dlatego tak tę piosenkę napisałem, ale jako człowiek musiałem do niej dojrzeć. Pisanie jest u mnie związane z osobistymi doświadczeniami. Muszę w sobie coś przepracować, dojrzeć i dopiero wtedy rodzi się tekst.
Myślę, że ta płyta ma dwie płaszczyzny, z jednej strony jest to płaszczyzna duchowa, o której mówiłem, związana z praktyką medytacji, zatrzymania się, szukania w sobie, w sercu. Z drugiej strony dotykam relacji bezpośrednich. Na płycie pojawiają się kobiety, różne portrety kobiet. To są oczywiście moje osobiste doświadczenia, nie zdradzam, kim jest Emilia, zresztą tak napisałem w refrenie: "to słodka tajemnica". To coś niezwykłego, że spotykając na swojej drodze różne osoby doświadczamy piękna i zachwytu, który nas zatrzymuje i nie pozwala przejść obojętnie. Staram się to utrwalić w piosence.

- "Zbieg" oczywiście nie przekreśla Twojej współpracy z Ernestem Bryllem. Nadal wspólnie koncertujecie?

- Już w zasadzie nie. Zgadza się występować tylko w Warszawie i okolicach. Na dalsze wyjazdy nie puszcza go żona. Skończył 81 lat i mówi: "Marcinie, kiedyś wreszcie trzeba zakończyć karierę estradowca". Pięć z ośmiu moich płyt zrodziło się ze współpracy z Ernestem. To wielkie szczęcie, że na swojej drodze spotkałem tego człowieka. Zawsze miałem głód autorytetu i mistrza. W nim to znalazłem, a jednocześnie nasza relacja jest przyjacielska, partnerska. Czy razem jeszcze coś zrobimy? W Polskim Radiu w kwietniu tego roku rozpoczęliśmy cykl comiesięcznych audycji "Oj, gębo moja". Chcemy porozmawiać o naszej polskiej "gębie", o tym kim jesteśmy, co nas Polaków wyróżnia. Patrzymy z perspektywy literackiej i poetyckiej. Ernest ma bardzo osobisty stosunek do ciągłości kulturowej. Jego zdaniem bardzo ważne jest, by zwracać uwagę na to, że jeżeli nie czytamy tych samych książek, to przestajemy się rozumieć, bo znika wspólny język, wspólny kod rozumienia słów. Temu ma służyć ta audycja.

- O tym mówi też bardzo często Wojciech Młynarski. W kontekście kultury popularnej, nawet w kontekście piosenki, jeśli nie znamy piosenek napisanych w latach 60. 70. czy 80. jak możemy dzisiaj pisać piosenki. Absolutnie się pod tym podpisuję.

- Więc i dla ciebie będą te nasze antenowe spotkania z Ernestem. I chyba też trochę o tym jest mój "Zbieg".

Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.

 

Luty 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
6
12
13
20
22
28

Nadchodzące wydarzenia


23
Lut
2017
18:30
23 luty 2017 18:30
Wawerskie Centrum Kultury - Warszawa, ul. Żegańska 1a
Teresa Drozda opowiada o Mieczysławie Czechowiczu. Był u nas krótko, chyba rok, może nie cały. Chyba się [...]
23
Lut
2017
19:15
Koncert
23 luty 2017 19:15
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
Artur Andrus w recitalu kabaretowym. Artyście towarzyszy zespół muzyczny w składzie Wojciech Stec (fortepian) i Łukasz [...]
23
Lut
2017
20:00
23 luty 2017 20:00
Irish Pub Galway - Rzeszów, ul. 3-go Maja 8
Robert Kasprzycki w koncercie Kasprzycki solo act.
24
Lut
2017
19:00
24 luty 2017 19:00
Sala kameralna pod Amfiteatrem - Olsztyn, ul. Zamkowa 10
Krystyna Świątecka w recitalu pt. "Nie przechodź obok mnie", który jest owocem [...]
25
Lut
2017
18:00
25 luty 2017 18:00
Centrum Kultury i Promocji - Kraśnik, al. Niepodległości 44
Robert Kasprzycki w koncercie Kasprzycki solo act. Koncert w cyklu Bardograjka.[...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL