Jestem rozpięta między trzema językami - mówi AGU

sobota, 28 maj 2016

AGU to polska artystka, która zadomowiła się w Czechach. Opowiada o swojej fascynacji Pragą, muzyce, śpiewaniu w trzech językach oraz o płycie "Ke Světlu". To kolejna rozmowa, którą Teresa Drozda przywiozła, prosto z Pragi!

- Jak znalazłaś się w Pradze?

- Przyjechałam pociągiem. Byłam młoda. Chwilę wcześniej Polska i Czechy wstąpiły do Unii Europejskiej. Był 2004 rok. Moi znajomi z liceum wyjeżdżali do Anglii, do Irlandii do Norwegii, do Niemiec, ja przyjechałam do Pragi. W maju pisałam maturę, a do Czech przyjechałam na początku listopada. Przedtem dwa miesiące wakacji spędziłam w Pradze i zakochałam się w tym mieście. Potrzebowałam zmiany, radykalnej zmiany. Decyzję podjęłam w jeden wieczór. Stwierdziłam, że pakuję plecak, kupuję bilet i jadę. Mama była przerażona.

- Mówiłaś po czesku?

- Ależ skąd! Umiałam powiedzieć "ahoj" – to wszystko. Znalazłam pracę, która na szczęście nie wymagała ode mnie znajomości czeskiego, bo głównie rozmawiało się po angielsku. Zaczęłam chodzić na lekcje czeskiego, dużo uczyłam się sama, poznawałam wielu ludzi i po kilku miesiącach zaczęłam się w miarę dogadywać.

- Mówienie i dogadywanie się to jedno, a jak z czytaniem i pisaniem? To kompletnie inna gramatyka i alfabet. Ja trochę mówię, ale z czytaniem – kiepsko.

- Największy problem sprawiały mi długie i krótkie samogłoski. Zdarza się, że użyję ich nie tak jak trzeba i powiem coś kompletnie głupiego. Na początku mówiłam "krótko", a gdy trochę się podciągnęłam, pytano czy jestem z Ostrawy, bo mówiłam trochę jak ludzie stamtąd. Później zaczęłam używać długich samogłosek w tych słowach, w których były, ale nie w tym miejscu, gdzie trzeba, i o ile zupełnie nie zamieniłam znaczenia słów – też dziwnie na mnie patrzono i pytano skąd jestem. To wciąż mój językowy problem. Ciężko mi było zrozumieć, że te kreseczki nad literami to NIE JEST akcent. No bo jak wymówić na przykład słowo z dwoma "akcentami"? Czeski tylko pozornie jest prościutki.
Na co dzień w pracy mówię po angielsku. Ze znajomymi rozmawiam po czesku i po polsku, czasami języki mi się mieszają. Polski i czeski miejscami są do siebie podobne, że naprawdę czasem ciężko ich nie mieszać. Mam wrażenie, że nie mówię doskonale już w ani jednym języku. Po 11 latach w Czechach, Polacy mówią, że słyszą u mnie czeski akcent, a gdy rozmawiam z Czechami, mówią, że słyszą, że nie jestem stąd. Niby mówię płynnie trzema językami, ale czuję się między nimi zagubiona. Czasami trudno mi się wysłowić. Bywa, że się tego wstydzę.

- Czy przez tych 11 lat Praga Ci spowszedniała? Czy masz czas brać udział w wydarzeniach, które odbywają się tu co wieczór?

- Zdecydowanie Praga mi nie spowszedniała. Jeszcze wciąż odkrywam jej piękno. Jeszcze wciąż jej nie znam. Mam wielu przyjaciół w środowisku muzycznym i codziennie dostaję zaproszenia na różne ciekawe koncerty i inne imprezy kulturalne. Myślę, że jeszcze długo Praga mi nie spowszednieje.

- Skąd się wzięło Twoje śpiewanie, przyjechałaś do Pragi z gitarą?

- Tak. Przyjechałam z gitarą. Miałam 12 lat, gdy dostałam gitarę na Boże Narodzenie i od tego czasu się z nią nie rozstaję. Wtedy bardzo o nią prosiłam rodziców. Byłam harcerką i potrzebowałam instrumentu, z którym mogłabym pojechać na biwak i pośpiewać trochę piosenek. W Polsce chodziłam do szkoły muzycznej II stopnia. Uczyłam się grać na klarnecie, miałam lekcje śpiewu. Pierwszy zespół założyliśmy z przyjaciółmi w liceum. Mieliśmy po 14-15 lat, graliśmy rock and roll, a nasz pierwszy wielki "hit" to była piosenka, którą napisał nasz lider, o aspołecznym ślimaku, który "zginął przez szaleństwo, chciał wniknąć w społeczeństwo, ale ludzie go olali, po ulicy rozciapciali" Byli z nas wielcy buntownicy :))

W przeróżnych chórach i zespołach muzycznych śpiewam całe życie. W Pradze, zanim wyruszyłam na solową ścieżkę, śpiewałam w zespole World Music (graliśmy muzykę cygańską i bałkańską) i w jednym elektroniczno-akustycznym projekcie.
Gdy spotykaliśmy się ze znajomymi na wspólne muzykowanie, często od nich słyszałam, że powinnam pisać, a ja zawsze z podniesionym czołem odpowiadałam, że jestem wokalistką, że zaśpiewam co chcecie, ale piosenek pisać nie umiem. Chociaż w szufladach coś tam już leżało. Ale zaczął się w moim życiu bardzo smutny okres i pisanie piosenek stało się terapią. Kupiłam sobie wtedy looper, czyli magiczną maszynkę, która sprawia, że sama ze sobą możesz grać i śpiewać, dogrywając różne warstwy. Zaczęłam się tym bawić. Zainspirowały mnie wokalistki, które występują z looperami i myślałam, że spróbuję wyłącznie wokalnych improwizacji. Przez jakiś czas bawiłam się w to trochę, ale bardzo szybko zdałam sobie sprawę, że to za mało. Zaczęłam dodawać gitarę, pianino i tak jakoś piosenki zaczęły mi się układać, jedna po drugiej. Na papier zaczęłam przelewać swoje lęki, smutki i inne rozterki, i to mi pomagało radzić sobie z nimi. Transformowałam te negatywne emocje w kreatywną energię. Te piosenki pomagały mi przetrwać ciężkie czasy.

Któregoś dnia odwiedził mnie przyjaciel ze Słowacji, tam uznany muzyk. Siedzieliśmy z butelką wina i zaczął mnie podpuszczać, żebym mu coś zagrała. Strasznie się wstydziłam, ale w końcu dałam się przekonać. Wino dodaje odwagi. On posłuchał i powiedział, żebym wrzuciła kilka piosenek do internetu . Jest taki bardzo popularny w Czechach serwis muzyczny bandzone.cz. Taki Facebook dla muzyków. Nawiązałam przez niego bardzo wiele znajomości z różnymi muzykami, zagrałam sporo koncertów tylko i wyłącznie dzięki profilowi w tym serwisie. Pierwsze cztery piosenki pomógł mi zarejestrować kolega. Przyszedł z komputerem, w którym miał dobry program do nagrywania. Nie była to studyjna jakość, ale dużo lepsza niż z dyktafonu w telefonie. Dwie z nich zamieściliśmy na bandzone. Pamiętam, jak dosłownie dwie godziny później, odezwał się do mnie, już dzisiaj przyjaciel, ale wtedy jeszcze się nie znaliśmy, Ondřej z zespołu 27 mówiąc, że to fantastyczne numery. Zaproponował mi wtedy, bym zagrała z nimi podwójny koncert. Zgodziłam się zgodnie z zasadą: raz kozie śmierć.

Jak ten czas ucieka. To było w lecie 2013 roku. Miałam już duże doświadczenie sceniczne, ale i tak ten pierwszy solowy koncert był ogromnym przeżyciem. Po raz pierwszy śpiewałam moje autorskie piosenki publicznie. Od tego czasu wszystko potoczyło się jak lawina. Na tym koncercie był ktoś, kto zaprosił mnie do balcony.tv. To międzynarodowa internetowa telewizja, w której miejscowe zespoły i wykonawcy grają akustycznie na balkonie. Zaczęłam grać kolejne koncerty i zaczęłam odkrywać piękno dzielenia się ze słuchaczami tymi najbardziej osobistymi przeżyciami, które zamykam w utworach. Piękno tego, że już nie muszę nakładać maski czy to rockerki, pop czy operowej divy albo dzikiej cyganki, ale mogę po prostu być sobą i śpiewać o tym, o czym chcę, i tak jak chcę. Zaczęłam pisać kolejne piosenki. Spotkałam gitarzystę, który zakochał się w mojej muzyce. Znalazł w internecie jakąś moją piosenkę i wysłał mi nagranie, w którym dograł do niej gitarę. Spodobało mi się to, co zrobił. Graliśmy razem ponad rok, aż on rozpoczął swoją solową drogę, a ja znalazłam sobie innego gitarzystę. Potem zaczęłam marzyć o płycie i płyta jest.

- Zbierałaś na nią pieniądze przez crowdfunding, system społecznego finansowania sztuki.

- Dokładnie tak było. Zaczęłam tę płytę nagrywać trochę ryzykując, ale mogłam sobie na to ryzyko pozwolić. Studio i człowieka, który mi płytę produkował znam dobrze i wiedziałam, że w najgorszym wypadku będę mieć u niego ogromny dług, który jakoś w częściach spłacę. Umówiliśmy się na przyjacielską stawkę. Wiele pieniędzy poszło z mojej własnej kieszeni, bardzo pomogła rodzina, ale jak przyszły największe wydatki, czyli postprodukcja, mastering i wytłoczenie płyty, zdecydowałam się na akcję crowdfundingową. Sama byłam zaskoczona jak szybko udało się zebrać te pieniądze. Zwłaszcza, że mogło się to skończyć na dwa różne sposoby. Mogła być kompletna katastrofa, bo tak naprawdę gdyby akcja skończyła się niepowodzeniem, zrobiłabym sobie dużą antyreklamę. Na szczęście wszystko wyszło świetnie, bo pieniądze zebrałam w 10 dni, a akcja była zaplanowana na miesiąc. Zebraliśmy dużo więcej niż było trzeba, dlatego mogłam wszystko zrealizować na spokojnie i zapłacić tyle ile trzeba. Tak powstała płyta.

- To krótka płyta. Jest na niej 10 piosenek, ale jak na debiut chyba wystarczająco.

- Myślę, że na debiut więcej nie trzeba. Wyznaję zasadę, że lepiej nagrać mniej, ale porządnie, niż wydać 20 piosenek, które nie będą tak dobre. Wolę nagrać jedną i porządnie ją wyprodukować niż trzy – szybciej i mniej starannie.

- To płyta nagrana w trzech językach. Śpiewasz tam po czesku, angielsku i polsku. To języki, między którymi jesteś zawieszona. Jak zostało to przyjęte? I jak wygląda życie tej płyty?

- Mojej płyty nie znajdziesz w dużych sklepach muzycznych. Została wydana we współpracy z małą, niezależną wytwórnią Yannick South Records. Wytwórnia sprzedaje płyty głównie przez swoją stronę w internecie i bandcamp. Poza tym można ją dostać w digitalnej formie na iTunes, Google Play, czy na wszelkiego rodzaju serwisach takich jak Spotify, Deezer, Tidal itp. i głównie dzięki tym serwisom i kilku radiom, które ją grają płyta zaczęła żyć własnym życiem. Realnie można ją dostać tylko w jednym sklepie w Pradze. To sklep, który specjalizuje się w muzyce alternatywnej i artowej. Sprzedają tam też książki i winyle. Jednak najwięcej płyt sprzedaję na koncertach. Wiadomo. Dużo sprzedało się podczas akcji crowdfundingowej. Niesamowite było, że ludzie mi wierzyli i kupowali płytę wtedy, kiedy jeszcze nie istniała. A kiedy już się ukazała to została naprawdę dobrze przyjęta, tak przez słuchaczy, jak również przez krytyków muzycznych. Kilku pisało o niej jako o debiucie roku i umieścili ją w rankingach najlepszych płyt za ubiegły rok. Za album dostałam od jednego z krytyków Bena Tais Amundsenna, nagrodę Tais Awards - Harvest Prize. A jeśli chodzi o językową różnorodność to suma sumarum wydaje się, że tak naprawdę stała się wielkim plusem tej płyty (choć przyznaję, że bardzo się bałam, że to nie będzie dobrze przyjęte). Czasami przychodzi mi do głowy coś, co dobrze brzmi po angielsku, więc piszę po angielsku, czasami napiszę coś po polsku, czasem po czesku. Każdy z tych języków jest w czymś specyficzny i każdy z nich jest mi bardzo bliski, dlaczego więc miałabym się ograniczać tylko do jednego? Choć z czeskim jest troszkę inaczej, jestem tu bardzo ostrożna. Ciężko mi pisać piosenki po czesku z myślą, że będą ich słuchać rodowici Czesi, dlatego jestem co do nich bardzo krytyczna. Na płycie znalazły się trzy piosenki czeskie. Jedna z nich to Ukolébavka (Kołysanka "Na Wojtusia"), w której Czesi słyszą polski akcent.

- Ukolébavka jest fajna, dlatego że my w Polsce możemy posłuchać czegoś, co doskonale znamy, a co jest leciutko inne, a przez to miłe. Moi słuchacze Ukolébavkę sobie bardzo ulubili.

- Bardzo mnie to cieszy, ale jestem zaskoczona. Ukolébavkę zamieściłam na płycie jedynie z sentymentu. Ze wszystkich utworów jest najbardziej surowa. To było celowe. Nie chciałam dla niej jakiejś wielkiej studyjnej magii. Nagraliśmy ją szybciutko. Po prostu stanęłam przed mikrofonem i na setkę zagrałam i zaśpiewałam. Chciałam, aby pozostała prosta i jak najbardziej naturalna. Tak prosta, jak proste jest to, kiedy mama śpiewa dziecku kołysankę. Pierwotny tytuł tej piosenki był "Ukolébavka pro Basiu" (czyli Kołysanka dla Basi) i choć na płycie tytuł zmieniłam, aby uniknąć pytań, dla mnie ona zawsze już będzie kołysanką dla Basi. Na co dzień pracuję w przedszkolu i często śpiewam ją dzieciom. Przetłumaczyłam jej tekst na czeski, ale po czesku brzmi trochę inaczej niż po polsku. Moi czescy znajomi mówią, że to taka kołysanka, której nie chcą śpiewać dzieciom, bo dzieci by się jej bały. Faktycznie może wydawać się lekko mroczna, ale dla mnie nie brzmi strasznie. Dzieci w przedszkolu też się nie boją.

- A pozostałe czeskie piosenki?

- "Řeka" to taka piosenka - niepiosenka. Mało w niej śpiewam, raczej recytuję i szepczę. Nie ma w niej wiele tekstu. Na płycie jest umieszczona jako pierwsza i pełni rolę swego rodzaju intra. Jest jeszcze "Hlubina", czyli po polsku głębia. Nikt mi nie powiedział jeszcze, że to nie brzmi po czesku, raczej wszyscy ją rozumieją. To jest chyba najsmutniejsza piosenka na tej płycie, chociaż tam są chyba same smutne piosenki, bo jak wiadomo smutne piosenki pisze się łatwiej niż wesołe.

- Czemu po czesku tę płytę zatytułowałaś? I co ma znaczyć ten tytuł?

- "Ke Světlu" znaczy "do światła". Piosenki, które się na niej znalazły to takie moje osobiste "wykrzyki" z ciemności. Jak człowiek znajdzie się w ciemności to krzyczy, że chce do światła. Gdzieś na końcu ciemnego tunelu, to światło zawsze świeci i do tego światła się dąży. To płyta o nadziei, bo dla mnie była nadzieją na lepsze jutro.
Płytę nazwałam po czesku, bo mieszkam w Czechach. Większość moich słuchaczy to jednak Czesi i chciałam do nich tym tytułem trafić. Dużo piosenek jest po polsku, po angielsku, a wszystkie chciałam powiązać w całość. Nie wyobrażałam sobie by zatytułować płytę inaczej niż po czesku.

- A jak te piosenki funkcjonują na koncertach? Jak przyjmowane jest to, że śpiewasz po polsku?

- Fantastycznie. Czesi uwielbiają jak śpiewam im po polsku. Mówią, że język polski jest im dużo bliższy niż angielski. Często mi mówią, że po angielsku śpiewa każdy i po angielsku to oni nie rozumieją, za to lubią jak śpiewam po polsku. Być może tak samo jak dla Polaków, którzy słuchają mojej Ukolébavki jest to lekko egzotyczne, ale nie na tyle, by było obce. Czesi rozumieją o czym śpiewam. Nie rozumieją każdego słowa, ale rozumieją sensy. Polski jest fantastycznym językiem do śpiewania. Ma fantastyczną melodię i już sam w sobie jest piosenką.

- A czeski nie?

- Czeski nie. Czeski jest zdecydowanie najcięższym językiem do śpiewania. Dlatego mam taki problem z czeskimi piosenkami. Mam jakieś teksty po czesku, ale nie jestem Czeszką, więc trudno mi wychodzić do Czechów z czeskimi piosenkami. Jedna, dwie piosenki na płycie jest ok, ale (przynajmniej na razie) chyba nie odważyłabym się nagrać po czesku całej płyty. Czeski nie jest śpiewny, jest płaski. Ma akcent na pierwszą sylabę. Trzeba bardzo uważać na długie i krótkie samogłoski. Ma twarde zasady, których również w śpiewie trzeba przestrzegać. Dla mnie jest to bardzo trudne. Dorastałam w zupełnie innym środowisku, w innym języku. Melodie, które mam w sobie nie bardzo pasują do czeskiego. Nawet Ukolébavki do dzisiaj nie jestem w stanie zaśpiewać tak, żeby brzmiała naprawdę po czesku. Zdaję sobie z tego sprawę. Słuchacze mi to wybaczą, bo wiedzą, że jestem Polką. Dla nich rozkoszne jest, że staram się śpiewać po czesku chociaż nie umiem. Pamiętam, jak zaśpiewałam koleżance-piosenkarce Ukolébavkę i poprosiłam by nauczyła mnie poprawnie ją śpiewać. Okazało się, że gdybym chciała zaśpiewać to tak naprawdę po czesku, musiałabym kompletnie zmienić melodię. Nie wiem, czy ktoś jeszcze poznałby, że to jest "Na Wojtusia". To, jak ją śpiewam teraz, jest pewnego rodzaju kompromisem. Ona wtedy śpiewała ze mną każde słowo, pokazywała jak zaśpiewałaby ten tekst, żeby brzmiał czysto po czesku. Nie jestem w stanie tego powtórzyć.

- Niesamowite. Otwierasz mi kompletnie nowy świat. Słucham czeskich piosenek, słucham polskich piosenek śpiewanych po czesku i w ogóle nie słyszę tego problemu.

- Prawdopodobnie nie słyszysz, ponieważ tłumacz włożył dużo pracy w to, by dało się to zaśpiewać po czesku lub polsku tak, aby brzmiało naturalnie. Dużo jest w tym również pracy artysty. To nie jest łatwe, by przetłumaczyć piosenkę z polskiego na czeski. Tłumacząc Ukolébavkę, nie znałam wszystkich reguł pisania i komponowania czeskich piosenek. Robiłam to bardzo intuicyjnie. Miałam gotowy tekst i starałam się go zaśpiewać tak, by ładnie zabrzmiał po czesku.

- Jak aktualnie wyglądają Twoje koncerty i jakie masz dalsze plany?

- W nagraniu płyty wziął udział gitarzysta Tomáš J. Holý, a wyprodukował ją Roman Rai. Roman oprócz tego, że nagrał moje partie gitarowe, moje śpiewy, dograł drugą gitarę, to jeszcze dodał płycie lekką nutkę ambientu i elektroniki. Na płycie są perkusje, z którymi nie gram żywych koncertów. Delikatne słychać syntezatory, których też nie mam na koncertach. Wyznaję zasadę, że koncerty mają swój klimat, a płyty mają swoją specyfikę. Płytę włączamy w domu i przyjemnie ma się jej słuchać. Z tą myślą nagrywałam swoją. Od początku wiedziałam, że to ma być dobra płyta. Koncerty gram troszeczkę inaczej. Na koncertach towarzyszy mi nowy gitarzysta - Viktor Chomiak, który dodaje mojej muzyce swojej specyficznej magii. Na koncertach używam więcej loopera i efektów gitarowych. Dźwięki i syntezatory, które pojawiły się na płycie, podczas koncertów generuję sobie troszeczkę inaczej i na pewno używam ich więcej.

- Czy masz plany, by przyjechać z tą płytą do Polski, czy koncertowałaś już "u siebie"?

- Zagrałam kilka koncertów w Polsce. W Krakowie, Lublinie, Warszawie, Nałęczowie, Gdyni, Katowicach. Ale przyjechanie do Polski na koncert to duża i kosztowna wyprawa, zwłaszcza że w Polsce nie jestem artystką znaną. Zaproszenia na fajne koncerty w Polsce dostałam od znajomych muzyków lub od artystów i ich managerów, których poznałam w Pradze. Gdy do Pragi przyjeżdża jakiś polski artysta, grający podobny gatunek muzyki, często gram support, ponieważ wszyscy tutaj w środowisku wiedzą, że jestem Polką i śpiewam. W ten sposób poznałam ludzi z branży w Polsce i dostałam kilka zaproszeń na koncerty. Zagrałam na przykład na jednej scenie z Lechem Janerką w Krakowie. Ale to były jednorazowe akcje. Chciałabym więcej grać w Polsce, pojechać na wielkie polskie tournée, ale zdaję sobie sprawę, że zorganizowanie czegoś takiego jest ponad moje siły. Tutaj już potrzebowałabym pomocy jakiegoś zdolnego menadżera.

- Obserwujesz jeszcze polską scenę muzyczną, coś Cię interesuje?

- Z nowości polskiej sceny docierają do mnie rzeczy, którym w Polsce udało się przebić do mainstreamu albo przynajmniej zdobyć popularność również poza granicami kraju. Do tej muzyki naprawdę alternatywnej i niezależnej niestety nie mam dostępu, bo nie funkconuję w tym środowisku. Bardzo mi się na przykład podoba to, co wychodzi z wytwórni Nextpop: Kari, Fismoll, Bokka. Wydaje mi się, że Robert Amirian jest świetnym producentem muzycznym i ma nosa. Z jego wytwórni wychodzą płyty światowego formatu.

- Co Cię muzycznie ukształtowało? Czyje płyty czy kasety zapakowałaś do plecaka, z którym przyjechałaś do Pragi?

- Z polskich płyt w plecaku do Pragi znalazł się Grzegorz Turnau, Antonina Krzysztoń i Leszek Modżer. Również jedna z moich najukochańszych płyt czyli "Upojenie" Anny Marii Jopek i Pata Metheny'ego. Oprócz tego był tam na przykład Jan Garbarek, dyskografia Pink Floydów i Dead Can Dance. Potem odkryłam artystów takich jak Ólafur Arnalds, Nils Frahm, Sigur Rós i całą armię zespołów post-rockowych, Biosphere i muzykę ambientu. Ukształtowała mnie w wielkiej mierze szkoła muzyczna, czyli muzyka klasyczna. Fascynuje mnie muzyka filmowa. Lubię jazz. Jak chyba każdy przechodziłam etapy fascynacji różnymi gatunkami muzycznymi. Nie ograniczam się. Jeżeli znajdę coś, co mi się podoba, dlaczego miałabym nie posłuchać? Umiem ocenić, że ktoś robi coś dobrze i fajnie. Słucham bardzo dużo różnej muzyki. W dzisiejszych czasach, w dobie internetu wszystko jest dostępne, a na świecie jest tyle muzyki i tylu fantastycznych artystów. Często dzięki internetowi człowiek znajduje prawdziwe skarby i to jest niesamowite.

- Ja Ciebie też znalazłam dzięki internetowi, dlatego rozmawiamy w centrum Pragi.

- I to jest piękne! Dzisiaj wrzucisz empetrójkę do internetu a jutro udzielasz wywiadu dziennikarce Polskiego Radia. Po prostu magia!

- AGU, trzy litery – strasznie mało. Dlaczego nie podpisujesz się imieniem i nazwiskiem?

- Mam na imię Agnieszka, ale jak przyjechałam do Czech, wszyscy mówili do mnie "Anežko". W momencie, gdy moja własna mama zaczęła do mnie tak mówić, zaczęłam przedstawiać się twardo jako Agnieszka. Jednak Czesi wymawiali to imię bardzo nieładnie i bardzo mi się to nie podobało. Pomyślałam, że "Agnieszka" nie działa, więc będę się przedstawiać jako Aga. W Pradze ludzie zaczęli do mnie mówić Agu. Ta końcówka "-u" w wołaczu to bardzo praskie, miejscowe. Bardzo mi się to spodobało, szczególnie że pracuję w przedszkolu. Kojarzyło mi się to z pierwszymi słowami, które zazwyczaj wypowiadają małe dzieci. A to, jak się gdzieś doczytałam, niezależnie od języka rodziców zazwyczaj bywa "agugu". Stwierdziłam, że to bardzo fajne i że to będzie nie tylko moje przezwisko, ale również mój pseudonim artystyczny. A nazwiska nie używam, aby zachować prywatność dla siebie.

Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.
Płyta "Ke Světlu" dostępna jest w Sklepie Strefy Piosenki: sklep.strefapiosenki.pl

 

Maj 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
8
9
11
14
17
26
28

Nadchodzące wydarzenia


29
Maj
2017
19:00
29 maj 2017 19:00
Prom Kultury Saska Kępa - Warszawa, ul. Brukselska 23
Teresa Drozda przypomina: Kazimierz Brusikiewicz. Kazimierz Brusikiewicz (1926-1989) - jeden z najwybitniejszych, a może po prostu [...]
30
Maj
2017
21:00
30 maj 2017 21:00
Piec' Art Acoustic Jazz Club - Kraków, ul. Szewska 12
Mateusz Nagórski w koncercie piosenek Jacka Kaczmarskiego oraz wierszy Poety z autorską muzyką artysty. Mateusz [...]
31
Maj
2017
18:00
Koncert
31 maj 2017 18:00
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Magda Umer i Bogdan Hołownia w koncercie promującym najnowszą płytę duetu pt. "Bezsenna noc". Koncert na głos i fortepian. Moderato cantabile i jazz piano. Prostota, wrażliwość i talent. [...]
31
Maj
2017
20:00
Koncert
31 maj 2017 20:00
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Magda Umer i Bogdan Hołownia w koncercie promującym najnowszą płytę duetu pt. "Bezsenna noc". Koncert na głos i fortepian. Moderato cantabile i jazz piano. Prostota, wrażliwość i talent. [...]
31
Maj
2017
23:59
31 maj 2017 23:59
Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych - Olsztyn, ul. Parkowa 1
31 maja 2017 upływa termin nadsyłania zgłoszeń do konkursu w ramach XLIV Ogólnopolskich Spotkaniach Zamkowych [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL