Festiwale otworzyły mi sto różnych drzwi - mówi Paweł Ruszkowski

piątek, 10 czerwiec 2016

Paweł Ruszkowski to młody artysta z głową pełną pomysłów. Jego debiutancka płyta "Ars poetica" to pierwszy bestseller w naszym sklepiku. W rozmowie z Teresą Drozdą opowiada o początkach swojego pisania muzyki do wierszy oraz o najbliższych planach:

- Zdajesz sobie sprawę z tego, że nagrałeś kompletnie niedzisiejszą płytę?

- Ani razu tak nie pomyślałem. Nagrywałem płytę z myślą o ludziach, którzy pytali mnie o nią po koncertach. Miałem konkretny cel i poczucie, że ta muzyka może stać się komuś bliska. Z drugiej strony, zdaję sobie sprawę, że grono moich słuchaczy nie jest liczne – tym bardziej je sobie cenię.

- Niedzisiejszość polega na tym, że to płyta bardzo ascetyczna. Wiersze, gitara, głos i nic więcej. Brzmi tak, jakbyś wszedł z gitarą do studia i nagrał ją "na setkę", prawie bez zastanowienia.

- Tak było. Starałem się te utwory zaśpiewać i zagrać w studiu tak samo, jak od 2010 roku robię to na scenie. Tak jak było na samym początku, kiedy zacząłem pisać muzykę do wierszy, a potem jeździć z nimi na festiwale. Chciałbym, by kolejne projekty zabrzmiały bardziej estradowo, nieśmiało włączam w nie nawet elektronikę, ale rozpoczynałem właśnie tak: akustycznie i surowo i płyta "Ars poetica" – mój debiut – jest podsumowaniem tego etapu.

- Czy to znaczy, że zamknąłeś już ten rozdział własnej twórczości? Odchodzisz od grania tylko z gitarą na rzecz zespołów?

- Po pierwszych doświadczeniach solowych ciągnie mnie coraz częściej do różnych form współtworzenia. Chcę się też sprawdzać w sztuce aranżacji i poszukać nowego brzmienia. Ale gitara nadal będzie dla mnie bazą i nie zamierzam zaprzestać grania solowych koncertów.

- Napisałeś muzykę m. in. do wierszy Leśmiana. Paru uznanych kompozytorów zrobiło to przed Tobą. Miałeś tremę?

- Początek mojego pisania był pozbawiony wszelkich zahamowań i świadomości istnienia innych kompozycji (śmiech). Pamiętam – w sierpniu 2010 roku, z wypiekami na twarzy siedziałem nocami nad tomikami poezji, szukałem z gitarą dźwięków, które usłyszałem w tekstach i ostatnią rzeczą o której wtedy myślałem, było to, czy ktoś już napisał muzykę to tego czy innego wiersza. Ta świadomość, a za nią też pewne decyzje i wybory, pojawiły się z czasem. Na płytę wybrałem utwory, które nawet jeśli były wcześniej napisane, nie są aż tak mocno rozpoznawalne. Oczywiście kryterium "żeby nie było znane" nie decydowało o doborze piosenek. Płyta "Ars poetica" to utwory, które z różnych powodów były dla mnie w ostatnich latach najważniejsze i które najczęściej towarzyszyły mi na koncertach czy konkursach.

- Wystąpiłeś na kilku festiwalach, poznałeś nowych ludzi, usłyszałeś nowe piosenki. Czy to zmieniło Twój stosunek do własnej twórczości?

- Wydaje mi się, że do momentu, w którym zacząłem jeździć na festiwale, byłem przede wszystkim pod wpływem Starego Dobrego Małżeństwa. Ich piosenki towarzyszyły mi w podstawówce, gimnazjum i na początku liceum. Spędziłem długie godziny słuchając SDM. Do dziś siedzi we mnie pierwiastek bieszczadzki, stachurowy, leśmianowski, ziemianinowy... to wrażliwość, która jest mi bliska.
Festiwale otworzyły mi nagle sto innych drzwi. Nie wiedziałem, w które wejść najpierw, bo wspaniałościami kusiły wszystkie. Zafascynowało mnie połączenie folku i muzyki ludowej z poezją. Zacząłem smakować twórczość wielkich bardów, jak Mirosław Czyżykiewicz. Spodobały mi się próby autorskie kolegów z gitarami – poetyckie, a jednocześnie akustyczno-rockowe. Swoją twórczością intrygowali mnie na przykład Tomek Steńczyk, Kuba Blokesz, Kuba Pawlak czy Paweł Leszoski, który dziś świetnie porusza się w indie-folku, a wtedy grał autorskie piosenki tylko przy gitarze. Świetne piosenki. Mam nadzieję, że kiedyś do nich wróci.

- Czyżykiewicz, Leszoski, kto jeszcze?

- Nie będę oryginalny: Grzegorz Turnau. Jest dla mnie mistrzem kompozycji. Przy całej melodyjności jego piosenek – nigdy nie wiem, co się wydarzy w kolejnym takcie. Uwielbiam też jego sposób aranżowania, instrumentowania, dobór wszelkich środków muzycznych, jego śpiew i biegłość pianistyczną. To artysta wielkiej klasy, staram się sam do takiego poziomu dążyć. Uwielbiam też klimat Piwnicy Pod Baranami, piosenki z muzyką Zygmunta Koniecznego i w ogóle krakowską wrażliwość. Ale inspirują mnie ostatnio głównie moi rówieśnicy – mam z nimi bliski kontakt na co dzień i obserwuję, jak genialne pomysły miewają.
Ostatnio miałem przerwę w jeżdżeniu na festiwale, ale z perspektywy czasu stwierdzam, że udział w nich był dla mnie najcenniejszym artystycznym doświadczeniem ostatnich lat. Słuchanie innych to doskonała szkoła.

- Festiwalowa przerwa, o której wspominasz, była spowodowana pracą nad płytą? Zajęło Ci to trochę czasu i warto powiedzieć, że płytę wydałeś sam. To coraz częstszy wybór nie tylko wśród debiutujących artystów.

- Płyta została wydana amerykańską metodą "DIY" (śmiech). Od początku do końca zrobiłem ją sam, korzystając z dobrych rad i pomocy bliskich osób, życzliwych dusz. Jestem twórcą muzyki, producentem i wydawcą. Na początku szukałem wytwórni, byłem nawet na kilku rozmowach, ale ostatecznie postanowiłem sam się nauczyć, jak to wszystko wygląda "od kuchni" i – nie żałuję. Czuję, że płyta jest bardzo moja, że mocno stoję na dwóch nogach – jako artysta i jako wydawca. Nie wykluczam tworzenia kolejnych płyt z pomocą wydawnictw, ale cieszę się, że tę pierwszą zrobiłem sam. Kosztowało mnie to bardzo dużo pracy, ale naprawdę było warto.

- Wziąłeś za to wydawnictwo pełną odpowiedzialność. Zaryzykowałeś – i też myślę, że się udało. Poza tym – dzisiaj nie ma się co oglądać się na ludzi pracujących w "fabrykach muzyki". "Nasza" muzyka wymaga indywidualnego podejścia.

- Zgadzam się z tym. Uwielbiam współpracować z ludźmi i nie jest tak, że zawsze sam chcę wszystko zrobić od początku do końca. Ale za tak intymne zwierzenie, jakim jest ta pierwsza płyta – chciałem tę odpowiedzialność wziąć sam. Zaopiekować się tą delikatną materią. Tym bardziej, że widziałem jak to działa. Wielu znajomych muzyków, również ze świata poetyckiego i autorskiego, wydało płytę w ten sposób. To dobra metoda, bo najlepszy kontakt z odbiorcami ma artysta, bezpośrednio po koncercie. I nie zastąpią tego nawet największe pieniądze zainwestowane w promocję.

"Ars poetica" powstawała – licząc od napisania pierwszej piosenki – pięć lat. Mnóstwo osób w różny sposób i w różnych momentach pomogło mi doprowadzić całe przedsięwzięcie do szczęśliwego końca. Dźwiękiem zajął się pan Tadeusz Korthals z North Studio w Swarzewie. Dużo czasu spędziłem nagrywając tam kolejne wersje piosenek. Pan Tadziu miał dla mnie i dla tego projektu wiele dobrej energii i jestem mu za to bardzo wdzięczny. Maciej Narkun to z kolei człowiek od zdjęć i grafiki. Wspaniały artysta, który bardzo czuje poezję. Ze świecą takiego szukać, a okazało się, że jesteśmy prawie sąsiadami. Świetnie się nam współpracowało. Mógłbym takie dobre dusze wymieniać długo... Starałem się wszystkim, którzy mi pomogli przy tej płycie, podziękować w dołączonej do niej książeczce.

Ale najbliżej i najintensywniej była ze mną moja rodzina. W ostatnim czasie to wsparcie jest już nie tylko takie rodzicielsko-babcino-ciocine, ale szalenie profesjonalne, jeśli chodzi o logistykę i PR (śmiech). Jeśli gram gdzieś na Kaszubach czy Pomorzu, a więc w naszych stronach, to moi Rodzice pomagają mi we wszystkich "technicznych" sprawach, związanych z koncertami, tak, żebym mógł się skupić na sprawach artystycznych. Wspaniale zaangażowali się w moją przygodę z muzyką, jestem im za to ogromnie wdzięczny.

- Jak rodzice traktują Twoje śpiewanie? Sadzą, że to młodzieńcza fanaberia czy przygoda na dłużej i kiedyś będziesz żył z wychodzenia na scenę?

- To drugie – i to jest wspaniałe. Wiedzą o moich planach, marzeniach, a często to oni mnie do czegoś zachęcają i motywują. Mam w nich ogromne wsparcie.

- Co ostatecznie pomieściłeś na płycie?

- Piosenki do wierszy czterech poetów i jednej poetki: Leopolda Staffa, Adama Zagajewskiego, Bolesława Leśmiana, Edwarda Stachury i Agnieszki Osieckiej. Wszyscy zachwycili mnie swoją twórczością – i nie tylko mnie, bo w zasadzie tylko poezja pana Adama Zagajewskiego nie była dotąd zbyt często umuzyczniana.

Moje pisanie zaczęło się od Stachury – pierwszą piosenkę napisałem do jego wiersza, to był "Pejzaż". Wtedy jeszcze nie myślałem o śpiewaniu tych kompozycji na scenie. Wyglądało to tak, że czytałem różne wiersze i czasem miałem niemal fizyczną potrzebę, żeby je zaśpiewać, zamiast kolejny raz przeczytać. Chwytałem więc za gitarę i niejednokrotnie od razu śpiewałem wiersz, od początku do końca. Później oczywiście na taką radosną twórczość nanosiłem poprawki, ale trzon utworu był gotowy w 90%. Nie do końca wiem, jak to się działo. Kilka spośród tych najwcześniejszych kompozycji nagrałem na płycie "Ars poetica".

Pamiętam, że jak już zacząłem występować, najwięcej emocji na festiwalach wzbudzała "Piła" do słów Bolesława Leśmiana. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby to był film, na pewno zostałby opatrzony czerwonym kółeczkiem u góry ekranu... We Włocławku, na Finale Turnieju Poezji Śpiewanej OKR, podczas rozmowy z jurorami pan Jan Zdziarski poprosił, bym przypomniał, co śpiewałem. Spojrzał w tekst, wrócił pamięcią do tego, co wydarzyło się na scenie. Pomilczał chwilę. Podrapał się po głowie i zapytał: "Człowieku, coś ty przeżył?" (śmiech). A ja, wtedy niewinny licealista, dopisałem tylko muzykę do ballady Leśmiana...

- A miałeś okazję stanąć już "oko w oko" z Adamem Zagajewskim?

- Niestety, jeszcze nie mieliśmy okazji spotkać się osobiście. Marzę o tym cały czas. Jesteśmy w kontakcie mailowym i telefonicznym. Muszę przyznać, że długo zbierałem się na odwagę, żeby do niego zadzwonić, poprosić o zgodę na wykorzystanie wierszy. Po skończonej rozmowie uśmiech nie schodził mi z twarzy. Pan Adam jest człowiekiem niesamowicie otwartym. Spotkała mnie z jego strony ogromna życzliwość. Dało mi to ogromną siłę i motywację, również na ten ostatni czas produkcji płyty. Teraz wysłałem już gotową płytę panu Adamowi do Krakowa. Mam nadzieję, że efekt finalny mu się spodoba.

- Dalej mieszkasz w Kościerzynie? Czy masz plan, żeby rozwijając się przenieść się do większego miasta?

- Mieszkam w Kościerzynie, jednak przez większość tygodnia jestem w Gdańsku. Czas, który spędzam w Trójmieście staram się wykorzystać maksymalnie, zarówno na studiowanie, jak i na kontakt z muzyką i z ludźmi. Wspaniale się tam czuję, jest też kilka innych miejsc w Polsce, które lubię, ale zdecydowanie Kościerzyna i Kaszuby to moja mała ojczyzna.

- Tak dochodzimy do nagrania bonusowego na płycie, czyli tekstu Agnieszki Osieckiej, do którego napisałeś muzykę.

- Natknąłem się na ten tekst w książce o Kościerzynie i byłem w szoku, że Agnieszka Osiecka napisała wiersz o moim mieście. Potem dowiedziałem się, że w 1969 roku Kościerzacy poprosili Agnieszkę Osiecką, żeby napisała dla nich tekst piosenki na Turniej Miast Kaszubskich. Tak powstał utwór "Kłaniam ci się Kościerzyno", a Kościerzyna dzięki niej wygrała o włos cały Turniej. Piosenka wiele razy była potem wykonywana w mieście i jego okolicach, ale dziś w zasadzie słuch po niej zaginął. Nie mam nawet 100% pewności co do nazwiska pierwszego kompozytora, najprawdopodobniej był to pan Janusz Szulc. Mam rękopis nut, więc wiem mniej więcej jak to brzmiało wcześniej. Niestety jest to rękopis niepodpisany, a w żadnej organizacji zajmującej się rejestrowaniem utworów nie ma informacji o kompozytorze tamtej wersji.

Ja swoją muzykę napisałem latem 2013 roku. Cieszę się bardzo, bo mam wrażenie, że przypomniałem ten wiersz moim sąsiadom. Dowiedziałem się niedawno, że w kościerskim liceum, do którego chodziłem, nauczyciel historii zapytał o autora „Kłaniam ci się Kościerzyno”, mając na myśli Agnieszkę Osiecką, ale połowa klasy napisała: Paweł Ruszkowski (śmiech). Cudowna sprawa. Cieszę się, że mam swój wkład w upowszechnienie tego tekstu.

- Dwie piosenki nie zostały nagrane w studio, ale pochodzą z koncertu w Radio Gdańsk. Dlaczego?

- Koncert odbył się w sierpniu 2012 roku. Tuż po Finale Turnieju Poezji Śpiewanej OKR we Włocławku i po Spotkaniach Zamkowych "Śpiewajmy Poezję" w Olsztynie. Byłem wtedy naładowany warsztatami festiwalowymi, uwagami od wspaniałych artystów, emocjami. W ogóle pierwotne założenie było takie, żeby cały ten koncert w radiu ukazał się na płycie live. Ostatecznie jednak, po ostudzeniu emocji i wysłuchaniu materiału – zrezygnowałem z tego pomysłu. Moje wykonania były zbyt... "świeże" (śmiech). Ale ostatecznie, po zakończeniu nagrań w Swarzewie uznałem, że te dwie konkretne piosenki – "Piła" oraz "Jak wygląda człowiek, który ma rację" – w wersjach z 2012 roku mają w sobie taką energię, o którą mi chodzi. Coś, co sprawia, że brzmią lepiej, niż dużo późniejsze nagrania studyjne. Dlatego trafiły na płytę. To taki najwcześniejszy ja.

- Wydanie płyty z koncertu byłoby prostsze i tańsze. Nie poszedłeś po linii najmniejszego oporu. Jesteś krytyczny w stosunku do siebie. To nie łatwe.

- Jeszcze raz muszę podziękować rodzicom. Dzięki nim potrafię zdrowo ocenić, czy to, co robię, jest rzetelne, czy warto może czemuś poświęcić więcej uwagi. Czasem z kolei zdarza mi się, jak chyba większości artystów, tracić dystans do własnej twórczości, coś bym ciągle chciał poprawiać, i wtedy rodzice mówią "zostaw, nie zmieniaj, jest dobrze". Pilnują we mnie tego trudnego balansu – nie bać się swoich pomysłów, ale zawsze dać sobie chwilę, by sprawdzić, czy na pewno już wszystko gra. Zawsze gdy przygotowuję się do ważnych koncertów i nagrań, pierwszymi odbiorcami są moi rodzice. Nie są związani z muzyką, ale słuchają uważnie i "mają nosa".

- Opowiedz o pomysłach, które realizujesz teraz.

- Mam gotowe projekty na drugą i trzecią płytę. Mają swoje nazwy i kształt artystyczny. Pierwszy, którym będę się zajmował w najbliższym czasie to "Kamiszczi", czyli po kaszubsku "kamyki". Pani Witosława Frankowska, profesor Akademii Muzycznej w Gdańsku, związana ze środowiskiem kaszubskim, zaproponowała mi stworzenie koncertu z piosenką kaszubską. Nie obejmuje to folkloru, muzyki ludowej, popowej czy rockowej, tylko utwory, które nazwać można kaszubską piosenką poetycką. Pani Witosława udostępniła mi wspaniałe materiały nutowe, które przejrzałem i wybrałem z nich kilkanaście utworów. Zaaranżowałem je na jazzowo-folkowy kwartet, który czasami zamienia się w kwintet. Oprócz mnie śpiewającego i grającego na gitarze akustycznej w projekcie udział bierze pianista, kontrabasista, który dośpiewuje chórki oraz instrumentalista dęty, który gra na saksofonie sopranowym, klarnecie i klarnecie basowym. Jest jeszcze jeden muzyk, który gra na saksofonie i akordeonie. "Kamiszczi" to wiersze kaszubskie z muzyką kaszubskich kompozytorów. Moją kompozycją jest m.in. tytułowy utwór do słów Jana Piepki "Kamiszków cë zniosã", czyli "Kamyków ci przyniosę". Z niego też zaczerpnąłem nazwę projektu. Te wszystkie kaszubskie wiesze i kompozycje skojarzyły mi się z kamykami, które zakurzone leżą na polnej drodze i pozostają niezauważone przez przechodniów. A warte są tego, by je podnieść, zdmuchnąć kurz i zabrać ze sobą w kieszeni przy sercu. Aranżacyjnie "Kamiszczi" są bogatsze niż "Ars poetica", choć nadal brzmią bardzo akustycznie. Ten projekt jest mi bardzo bliski i traktuję go na równi z twórczością polską. Powstał z inspiracji Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie i tam odbyła się premiera. W październiku 2015 roku zagraliśmy koncert w Radio Gdańsk, a latem 2016 planujemy nagrania studyjne.

- Nie obawiasz się, że to będzie bardzo regionalny, zamknięty projekt, któremu trudno będzie się przebić do szerszego grona odbiorców?

- Grałem kiedyś polskie i światowe standardy w tłumaczeniach na język kaszubski na festiwalu Ballady Europy w Niepołomicach pod Krakowem i odbiór był świetny! Myślę, że w tym przypadku język nie jest barierą. Osoby, które nie znają kaszubskiego, a były na koncertach kamiszkowych, mówią że właściwie nie trzeba znać języka, żeby czuć o co chodzi. Na koncertach robię odpowiednie wprowadzenia, a muzykę aranżowałem w taki sposób, by każdy znalazł w niej coś dla siebie.

- Brzmi interesująco, a ten drugi projekt?

- Nosi tytuł "Absencja" i prapremierę koncertową miał w ramach mojego dyplomu licencjackiego na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Autorką tekstów, z których składa się koncert, jest Karolina Słyk. Poznaliśmy się na Festiwalu "Pamiętajmy o Osieckiej" w Sopocie i wtedy podarowała mi kilkanaście swoich tekstów. Karolina jest moim zdaniem jedną z najzdolniejszych autorek naszego pokolenia. Uwielbiam jej sposób pisania. Na początku muzykę napisałem tylko do dwóch, ale po pewnym czasie zauważyłem, że jeśli zmienić w tekście rodzaj żeński na męski, czasami pominąć jakiś wers, to jestem w stanie się w tych kobiecych tekstach odnaleźć. Mogą stać się męskie i moje. Po tym "odkryciu" przez tydzień napisałem 10 piosenek, na jednym oddechu. To zamknięty, fabularny program. Powiedziałbym, że z potencjałem teatralnym (śmiech) – marzy mi się grać go zawsze z konkretną, symboliczną scenografią. W "Absencji" gram na kilku gitarach, w tym też elektrycznej. Jest fortepian i elektroniczny instrument klawiszowy. Kontrabas, bębny, saksofony, klarnety. W jednym utworze głos żeński. Rozbudowane muzycznie przedsięwzięcie. Późną jesienią chcemy zagrać kilka koncertów i zarejestrować całość. Mam bardzo duże nadzieje związane z tym projektem...

- Siadujesz jeszcze z wypiekami na twarzy nad tomikami wierszy?

- Piszę muzykę, ale nie w takim tempie jak kiedyś, gdy zdarzało mi się napisać dwa, trzy utwory dziennie. Teraz zajmuje mi to więcej czasu. Może dlatego, że wszystko analizuję i słucham bardziej profesjonalnym uchem. Nie zwolniłem dlatego, że nie mam weny, tylko zabieram się za to inaczej. Dla mnie ważny jest tekst i muszę go mieć, żeby napisać muzykę. Zdarza mi się też komponować utwory instrumentalne, ale najbardziej inspiruje mnie tekst. Mogę zdradzić, że Karolina pisze nowe piosenki i chcemy zrobić razem kolejny projekt.

- Festiwale odpuszczasz, czy postarasz się jeszcze gdzieś pokazać?

- Miałem przerwę związaną z pracą nad płytą i właśnie trochę zatęskniłem za tymi emocjami. Dostałem się do finału PPA we Wrocławiu. To dla mnie ważne wydarzenie. Marzy mi się Festiwal Twórczości Wojciecha Młynarskiego… Tak, jest kilka miejsc, które chciałbym jeszcze odwiedzić.

- Uważaj, żeby nie wpaść w festiwalową pułapkę.

- Nie czuję się uzależniony od życia festiwalowego. Festiwale to dla mnie etap, nie cel sam w sobie. One bardzo pomagają, bo stwarzają początkującym artystom profesjonalne warunki do bezpośredniego kontaktu z publicznością, dają szansę spotkania z innymi artystami, sprawdzenia siebie i swojej twórczości. Ale przychodzi taki moment, że trzeba przestać się sprawdzać i konfrontować, a zacząć budować swój własny świat. I zamiast jeździć ze swoim światem w gości – zacząć powoli zapraszać do siebie.

Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.
Płyta "Ars poetica" dostępna jest w Sklepie Strefy Piosenki: sklep.strefapiosenki.pl

 

Luty 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
6
12
13
20
22
28

Nadchodzące wydarzenia


23
Lut
2017
18:30
23 luty 2017 18:30
Wawerskie Centrum Kultury - Warszawa, ul. Żegańska 1a
Teresa Drozda opowiada o Mieczysławie Czechowiczu. Był u nas krótko, chyba rok, może nie cały. Chyba się [...]
23
Lut
2017
19:15
Koncert
23 luty 2017 19:15
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
Artur Andrus w recitalu kabaretowym. Artyście towarzyszy zespół muzyczny w składzie Wojciech Stec (fortepian) i Łukasz [...]
23
Lut
2017
20:00
23 luty 2017 20:00
Irish Pub Galway - Rzeszów, ul. 3-go Maja 8
Robert Kasprzycki w koncercie Kasprzycki solo act.
24
Lut
2017
19:00
24 luty 2017 19:00
Sala kameralna pod Amfiteatrem - Olsztyn, ul. Zamkowa 10
Krystyna Świątecka w recitalu pt. "Nie przechodź obok mnie", który jest owocem [...]
25
Lut
2017
18:00
25 luty 2017 18:00
Centrum Kultury i Promocji - Kraśnik, al. Niepodległości 44
Robert Kasprzycki w koncercie Kasprzycki solo act. Koncert w cyklu Bardograjka.[...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL