O odkrywaniu Nohavicy - opowiadają: Osakowicz, Borkowski, Majewski

czwartek, 11 sierpień 2016

3 lipca 2016 Jaromír Nohavica zagrał koncert w Operze Leśnej w Sopocie. Korzystając z tej okazji Teresa Drozda spotkała się z fanami czeskiego barda:

Agnieszka Osakowicz

Swoją przygodę z Nohavicą rozpoczęłam przypadkiem. W 2010 roku na strefapiosenki.pl pojawił się konkurs, w którym szczęśliwie wygrałam bilety na dwa koncerty: artystki Piwnicy pod Baranami Doroty Ślęzak i jakiegoś Jaromíra Nohavicy, o którym jeszcze wtedy naprawdę nie słyszałam. Nie wiedziałam niczego o tym artyście, ale poszłam na koncert. Namówił mnie do tego przyjaciel, który opowiedział mi o filmie "Rok diabła". Trochę mnie to zachęciło, a po 10 minutach koncertu byłam zakochana po uszy.

To zapoczątkowało splot różnych niecodziennych i niezwykłych wydarzeń. Zadzwoniła do mnie koleżanka, jeszcze z czasów seminarium magisterskiego. Dawno jej nie widziałam, więc jeszcze zauroczona opowiadałam jej o Nohavicy. Okazało się, że ona wiedziała wszystko bardzo dokładnie i okazała się być czechofilką. Zaproponowała, że będzie uczyła mnie czeskiego. Spotykałyśmy się w jednej z warszawskich kawiarni. Ja odsłuchiwałam na słuchawkach przygotowane przez nią piosenki, ona przygotowywała mi testy z lukami, w które wstawiałam słówka. Obie jesteśmy polonistkami, więc to było naprawdę bardzo profesjonalne podejście. Piłyśmy litry zielonej herbaty i rozwiązywałam różne testy, leksykalne i gramatyczne. Cała moja nauka opierała się na piosenkach Jaromíra Nohavicy, a nasze czeskie sesje miały się przełożyć na ogromny projekt (ale niezrealizowanych projektów w swoim życiu mam mnóstwo). Wymyśliłyśmy wtedy, że stworzymy podręcznik do nauki języka czeskiego, oparty na tekstach Nohavicy. Mam glottodydaktyczne wykształcenie, czyli wymyślanie nowych sposobów uczenia języka obcego nie jest mi obce. Może kiedyś wrócę do tego pomysłu. Sama nauczyłam się poetyckiego czeskiego. Wiem jak powiedzieć "horyzont" albo "los", ale nie umiem chyba zrobić zakupów, pomimo że Nohavica tka swoją poezję z codzienności. Bardzo go za to cenię i bardzo lubię to w sztuce. Nie wiem, czy to będzie dobre porównanie, ale jego twórczość przypomina troszkę wiersze Wisławy Szymborskiej, która zadziwia tym, że rzeczywistość jest dla niej materią, by być mędrcem i drwiarzem. Jaromír Nohavica też jest trochę mędrcem i kpiarzem. Jest w nim dowcip i dystans.

Na nauce i piciu zielonej herbaty z przyjaciółką się nie skończyło. Zaczęłam nękać rodzinę i znajomych. Słuchać. Sprowadzać płyty z Czech, a przede wszystkim nadal próbowałam zgłębić język czeski. Dla mnie to przyczynek do odwiecznej dyskusji nad tym, co jest ważniejsze: słowa czy muzyka. Wydaje mi się, że w moim przypadku na pierwszym planie jest tekst, chociaż fascynacja piosenkami Nohavicy była w pierwszej kolejności fascynacją dźwiękiem. Dopiero później zapragnęłam dowiedzieć się, co jest tam głębiej. Siedząc na pierwszym koncercie nie do końca miałam pojęcie o czym on śpiewa, a jednak poruszył najgłębsze zakamarki mojej duszy i serca. Nie potrafię do dzisiaj powiedzieć czym.

Fascynacja Nohavicą trwa. Jestem co prawda człowiekiem wielu pasji i ta nie dominuje, ale los co jakiś czas podgrzewa atmosferę. Uczę w jednej z warszawskich szkół muzycznych. W tej samej szkole pracuje Robert Kuśmierski, akordeonista który współpracuje z Nohavicą. Widujemy się na korytarzach i przydługich posiedzeniach rady pedagogicznej. Troszkę wypytuję go o Nohavicę i próbuję poczuć atmosferę koncertową na odległość. On opowiada mi o ich wspólnych wyjazdach i śmieje się, że jestem nawiedzoną polonistką.

Byłam dotąd na kilku koncertach Nohavicy, m.in. w 2012 roku w Sali Kongresowej, ale najintensywniej wspominam ten pierwszy. Zapamiętałam z niego piosenkę "Sarajevo". Dzisiaj mam mnóstwo innych ulubionych piosenek, ale "Sarajevo" uwiodło mnie prostotą muzyki i opowiedzianą historią. Przylgnęło do mnie wtedy na bardzo długie miesiące. Rzępoliłam je w domu na gitarze, próbowałam śpiewać po czesku, bo koleżanka wyuczyła mnie poprawnej wymowy tego tekstu. Dzisiaj ważne są też inne. Nohavica przecież ciągle zaskakuje i wzrusza. Tego od niego chcę. Wzruszenia. Dlatego tu jestem.

Tomasz Borkowski

Nohavicę poznawałem w trzech etapach. Po raz pierwszy zetknąłem się z jego twórczością dawno temu, podczas górskich wędrówek na Śląsku Cieszyńskim. Na górskich szlakach napotkałem kolegów, którzy śpiewali piosenki Jaromira Nohavicy po polsku, w tłumaczeniach Tolka Murackiego lub Renaty Putzlacher. Drugim etapem było obejrzenie filmu Petra Zelenki „Rok diabła”. Tam zacząłem się dowiadywać o Nohavicy jako o człowieku. Chociaż trzeba być ostrożnym, ten film bardzo myli tropy, mieszając w sposób niezauważony prawdę z fikcją. Dopiero wtedy zacząłem się interesować Nohavicą, poznawać oryginały jego piosenek. Wreszcie trzy czy cztery lata temu, podczas słuchania piosenek Nohavicy – jakoś szczególnie dotknęła mnie jedna z nich – "Zbloudilý koráb". Wtedy postanowiłem ją przetłumaczyć, ale w taki sposób, żeby również odzwierciedlić swoje emocje towarzyszące jej słuchaniu. To była pierwsza piosenka, którą przetłumaczyłem. Początkowo nie zamierzałem robić nic więcej, ale to się nie udało. Przez następny rok nie napisałem żadnego własnego tekstu, natomiast niemalże kompulsywnie tłumaczyłem Nohavicę. Przetłumaczyłem w tym czasie ponad dwadzieścia piosenek. Nie mówię po czesku, więc praca polegała też na szukaniu kontekstów kulturowych, na konsultacjach dotyczących wyrażeń idiomatycznych. Kiedy byłem w połowie roboty, pomyślałem, że z moim ówczesnym zespołem (Na Bani) moglibyśmy przygotować tematyczną płytę poświęconą twórczości Nohavicy, w moich tłumaczeniach i zespołowych aranżacjach. Zaczęliśmy nagrywać i... nagrywamy do dzisiaj. Zespół zdążył się już rozpaść, ale trzon pozostał, więc postanowiliśmy pracę skończyć. W tej chwili mamy 90% materiału, 11 zmiksowanych piosenek. Mam nadzieję, że dziś po koncercie uda mi się wręczyć płytę demo Nohavicy. To będzie czwarty etap poznania – uściśnięcie ręki.
Tłumacząc piosenki – jestem z nimi bliżej. Dopiero wtedy mogę wniknąć w ukryte sensy, gry słowne, coś co było zamysłem autora. Gdybym tylko słuchał, prawdopodobnie prześlizgnąłbym się po powierzchni. Siłą rzeczy, chcąc odzwierciedlić po polsku „co autor miał na myśli”, muszę to zrozumieć lepiej, więcej zauważyć i usłyszeć. Są piosenki, których przetłumaczenia się nie podejmę, ponieważ uważam że są za trudne. Są też piosenki, które zostały tak świetnie przetłumaczone przez kogoś innego, że nie ma przy nich już nic do roboty. Wybieram piosenki, które są uniwersalne, unikam tych mocno osadzonych w czeskim kontekście. To co można spolszczyć, traktuję jak wyzwanie, które należy podjąć.

Nohavicę ciężko porównać do kogoś na polskiej scenie muzycznej. Wciąż zastanawiam się nad tym, co ma w sobie Nohavica, a czego nie mają inni. To pytanie ma szerszy kontekst, bo zastanawiające jest, jak tego typu autor zdobywa publiczność, która zapełnia kilkutysięczne sale. W Polsce przez pewien czas tylko Kaczmarski mógł zapełnić hale. Miało to jednak pewien kontekst polityczny.

Łukasz Majewski

Jako dorastający chłopak miałem dwa marzenia: być na koncercie Jacka Kaczmarskiego (udało się kilkanaście razy) i być na koncercie Włodzimierza Wysockiego (co, z racji mojego wieku, się nie udało). Nie sądziłem, że jakikolwiek jeszcze artysta tak rozpali moją wyobraźnię, że równie silnie zamarzę o jego koncercie, jak o tych dwóch poprzednich. W 2002 roku na jednej z płyt z Łódzkiej Piwnicy Artystycznej "Przechowalnia" Artur Andrus zaśpiewał "Cieszyńską" Jaromíra Nohavicy, która z tekstem Andrusa nosiła tytuł "Łódzka". Była tam też piosenka w oryginalnym wykonaniu. Grałem wtedy w dwóch zespołach – Vergil van Troff i kaVka, a że często bywaliśmy na południu Polski, udaliśmy się na stronę czeską i każdy z chłopaków z zespołu nabył po jednej płycie Nohavicy. Tak zaczęła się ta przygoda, bo wszystkich nas zafascynował. Grywaliśmy na koncertach dwie jego piosenki "Darmoděj" i "Sarajevo" w tłumaczeniach Renaty Putzlacher. Zespoły się rozpadły, a Nohavica mi został. Potem był oczywiście "Rok diabła", który trafił mnie bardzo mocno i trzyma do dziś. To jeden z niewielu filmów, które lubię oglądać regularnie. Tak, ten Jaromír Nohavica żyje we mnie do tej pory. Sam, mimo że piszę piosenki, nie podejmowałem się tłumaczeń. Zresztą – powstało ich już tyle. Choć przez moment miałem ochotę, by rzeczy powiedziane po czesku i w czeskim klimacie, zrobić po polsku. Myślałem o tym, by przełożyć teksty z naszymi cymesikami. Poupychać w tłumaczeniach zdania, które oddadzą sens nadany przez Jaromíra Nohavicę, tak by był czytelny na naszym gruncie. Pomysł rozmył się ze względu na natłok wcześniejszych tłumaczeń, które poznałem. Jestem przeciwnikiem literalnego tłumaczenia 1:1, dlatego z puli tłumaczy Nohavicy wybieram Renatę Putzlacher, bo ona jest poetką.

Oczywiście przesłuchałem płyty z polskimi wersjami tych piosenek, traktując je raczej jako ciekawostki. Nie wyobrażam sobie słuchać dla przyjemności wykonań innych niż oryginał. Emocje przekazywane przez autora są zawsze innymi emocjami niż emocje odtwórców czy interpretatorów. To jest zupełnie co innego: ciarki, gęsia skórka. To coś czego bym nie odrzucił nawet na rzecz polskiego języka, który bardzo kocham.

Mogę też powiedzieć, że wpływ Nohavicy na mnie, jako autora śpiewającego, był przeogromny. Wychowywałem się na piosenkach Wysockiego, Okudżawy i Kaczmarskiego. Kaczmarski i Okudżawa pisali dość ponuro. Kaczmarski nawet gdy próbował napisać coś wesołego, było to trochę ciężkawe z racji wykonania i środków stylistycznych, których używał. Wychowany w tym duchu, swoje pierwsze piosenki pisałem również jak ponure songi. Dopiero po wysłuchaniu koncertowych płyt Nohavicy odkryłem, że można wesoło pisać fajne i mądre rzeczy. To nie muszą być piosenki zbliżone do naszej sceny kabaretowej, wystarczą pogodne melodie z wykorzystaniem akordów durowych. Nie musimy się nieustannie nurzać w mollach. Zacząłem wplatać weselsze piosenki do programu swoich koncertów. Piosenek w klimacie rubasznym mam sporo i staram się w nich przemycać głębsze, a nawet poetyckie treści. To właśnie dzięki Nohavicy. Tylko i wyłącznie. Zobaczyłem, że można zagrać recital, który będzie mądry, śmieszny, zaangażuje publiczność, ale też skupi ją w pewnym momencie i pozwoli przekazać coś ważniejszego. Dzięki Nohavicy dużo lepiej czuję się na scenie, bo uśmiech jest tą emocją, którą chcę przekazać. To pierwszy bard, który pokazał mi w jaki sposób można dzielić się uśmiechem z publicznością.
Nohavica swoją twórczością magnetyzuje publiczność. Jeśli ktoś jest jednostką wybitną, ciężko porównać go do kogokolwiek. Wielokrotnie się zastanawiałem, czy można do kogoś porównać Czyżykiewicza. To człowiek-instytucja, ma odrębny, własny styl, swoje maniery. Jest wyjątkowy i nieporównywalny. Tak samo jest z Nohavicą.

Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.

 

Lipiec 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
2
3
4
5
16
17
18
19
24
25

Nadchodzące wydarzenia


23
Lip
2017
16:00
23 lipiec 2017 16:00
Muszla koncertowa w parku zdrojowym - Głuchołazy, ul. Parkowa
XI Międzynarodowy Festiwal Piosenki Turystycznej Kropka - pod patronatem Strefy   20.07.2017 - czwartek (taras przy [...]
23
Lip
2017
19:30
23 lipiec 2017 19:30
Flora Caffe - Warszawa, al. Ujazdowskie 4
Joanna Lewandowska w prapremierowym koncercie promującym płytę pt. "Niebo dla Złodziejek – 3 [...]
26
Lip
2017
18:00
26 lipiec 2017 18:00
Park Zdrojowy - Kudowa-Zdrój
II CZ-PL festival   26 lipca, środa godz. 18:00 - Wernisaż prac Jana Młodożeńca i Jana Rajlicha w Nachodzie - Młodożeniec i Rajlich należeli do [...]
27
Lip
2017
16:00
27 lipiec 2017 16:00
Park Zdrojowy - Kudowa-Zdrój
II CZ-PL festival   26 lipca, środa godz. 18:00 - Wernisaż prac Jana Młodożeńca i Jana Rajlicha w Nachodzie - Młodożeniec i Rajlich należeli do [...]
28
Lip
2017
17:00
28 lipiec 2017 17:00
Park Zdrojowy - Kudowa-Zdrój
II CZ-PL festival   26 lipca, środa godz. 18:00 - Wernisaż prac Jana Młodożeńca i Jana Rajlicha w Nachodzie - Młodożeniec i Rajlich należeli do [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL