"Karma" to scenariusze życiowe zamknięte w 10 utworach - mówi Joanna Kondrat

niedziela, 23 październik 2016

Joanna Kondrat w spokojnej i ważnej rozmowie opowiada Teresie Droździe o długiej drodze do płyty "Karma" oraz tworzeniu muzyki i życiu w codziennym zabieganym świecie.

- W czerwcu 2016 roku ukazała się Twoja nowa płyta „Karma”. Według mnie to płyta do słuchania wieczorem i nocą. Niespieszna, delikatna, mocno akustyczna. Chyba też trochę inna niż poprzednie wydawnictwo?

- „Karma” jest w pełni akustyczna. I prezentuje brzmienie, które wypracowaliśmy na przestrzeni prawie czterech lat koncertów, w czteroosobowym, niezmiennym, do bólu akustycznym, składzie. Już to różni ją od płyty „Samosie”. „Karma” wyrosła po trzech latach spotkań w sali prób i dumania, w którą stronę warto pójść. Chwilę trwało dojrzewanie do tego, że najważniejsza jest prawda. Niełatwo było zdecydować ostatecznie, że płyta ma brzmieć tak jak my – tak naturalnie, jak to możliwe. Żeby można było odtworzyć jej brzmienie na koncertach. Bez rozczarowania u publiczności.
„Samosie” – pierwsza płyta – miała trochę kolorów i dźwięków, których nie dało się odtworzyć na koncertach – w każdym razie nie w tym składzie i nie przy tych założeniach. Kontrabas, fortepian i perkusja. Zrealizowaliśmy nagrania na setkę, w 16 godzin. Oczywiście - chwilę trwała też postprodukcja. Wyrosłam z metody, którą Twardowski pięknie opisał słowami „najpierw się całować, a potem na siebie polować”. W miejscu „zrób coś, a potem zastanów się dlaczego” dziś stawiam raczej tego odwrotność. Tak się stało w przypadku płyty „Karma”. Zapragnęliśmy wrócić tam skąd przyszliśmy. Najpierw zastanowić się po co, a potem dopiero wejść do studia i zrealizować to „na dotknięcie”.

- Ale różowo nie było?

- Pięć lat między jedną a drugą płytą to kawał czasu. Nie służy ani budowaniu relacji z odbiorcami, ani organizatorami koncertów. Na pewnym etapie telefony ucichły. Ludzie przestali dzwonić. Bywa, że wykonawcy pojawiają się „na jedną płytę”, a potem słuch o nich ginie. Nam też to groziło. Realizacja nagrań na nową płytę odkładała się w czasie. Życiowe meandry były coraz bardziej zawiłe. Raz w życiu, raz na scenie – dochodziło do sytuacji, których nie przewidywałam. Łatwo w takich momentach stracić wiarę w sens tego, co się robi. Po trzech latach weszliśmy do studia, nie wiedząc, jaki będzie ciąg dalszy. Nie mieliśmy gwarancji wydania materiału, ale ostatecznie okazało się to nieistotne.

- Przyglądając się zawartości tego krążka od razu widać, że pokazałaś się bardziej niż na „Samosie”. Są tu w zasadzie wyłącznie Twoje, autorskie piosenki.

- Od 2009 roku towarzyszy mi Maciej Tubis. Kompozycje wyrastały z naszych wspólnych podróży i doświadczeń. Czujemy bardzo podobnie, co sprzyjało poszukiwaniom w jednym kierunku. To ważny etap życia – to nie jest tylko płyta. To scenariusze życiowe zamknięte w 10 utworach, które wydaliśmy 10 czerwca 2016.

- Kiedy przeczytałam, że w utworze „Dusza” towarzyszy Ci Stanisław Soyka, spodziewałam się męskiego głosu, a tu zaskoczenie.

- Stanisław Soyka pięknie zagrał w tym utworze na skrzypcach. Gdy spotkaliśmy się ze Staszkiem w studio, zgodziliśmy się, że sopranowe brzmienie skrzypiec doprowadza nas do pasji. Staszek zwrócił uwagę i niejako „podbił” altowe brzmienie utworu „Dusza”. Sposób w jaki zagrał na skrzypcach sprawił, że bardziej brzmią one jak altówka, chwilami nawet jak wiolonczela. W każdym razie – pięknie dobarwiają opowieść o wędrówce duszy. Myślę, że są to dokładnie te dźwięki, których potrzebowaliśmy.

- Jak doszło do tego, że na płycie pojawił się gość? To płyta nagrana w kameralnym gronie. Twój wokal i trzej muzycy, z którymi koncertujesz Do czego potrzebny był tu Stanisław Soyka?

- Niektórych definiuje droga, innych cel. Dla mnie najważniejsza jest droga. Odkąd pamiętam pojawiają się na niej artyści, którzy decydują o tym, w którą stronę idę. Staszek Soyka jest taką postacią. To artysta, na którego utworach się wychowywałam. Wydajemy płytę raz na pięć lat – kto wie, może to będzie moja ostatnia płyta? Pomyślałam, że cudownie by było móc ujarzmić żywioł Soyki w kilku dźwiękach. Dla siebie. Nie zamierzam zadzierać nosa i twierdzić, że to mój kolega z branży, bo to nie jest mój kolega, a mój idol. Zgłosiłam się z pozycji ucznia, z pytaniem, czy nie zechciałby dotknąć mojej twórczości. Wiem, że Staszek to artysta, który uważnie odcedza tematy, których się podejmuje.

- Opowiedzmy o piosenkach, mówisz, że to droga, proces, że powstawały w zamkniętym świecie. Co to są za piosenki, skąd się wzięły, o czym są?

- Wzięły się z życia. Zaczęłyśmy rozmowę od wspomnienia mojej pierwszej płyty. To była płyta tworzona z pozycji nieświadomości. Wszystko było szalenie intuicyjne, co ma swoją wartość. Chyba nie umiałabym do tego wrócić. Nawet kiedy patrzę na okładkę pierwszej płyty, widzę ugładzoną młodą dziewczynę. Ciężko wyrasta nam się z gładzi. Przyzwyczajamy się, że jesteśmy w jakimś punkcie w życiu. Potem okazuje się, że na tej gładzi pokazują się wyłomy i to jest absolutnie naturalna kolej rzeczy. Przybywa nam zmarszczek i doświadczeń. Tutaj siniak, tam guz, czasami coś dobrego. To sinusoida, którą rysuje życie. Tak zyskujemy kolory. Nie do końca mamy wpływ na to co się dzieje, ale to co z tym zrobimy, to może być fajna rzecz. To gratka i zabawa, która ostatecznie decyduje o tym, gdzie znajdziemy dla siebie miejsce. To staczanie się z góry, a potem znów rozkosz wbijania chorągwi na samym szczycie. „Karma” wyrosła z takich wędrówek. Wiele razy cieszyłam się, że już jestem w domu, a potem okazywało się, że ten dom stoi na bardzo nierównym podłożu i znów trzeba zrobić kilka kroków wstecz. W ogóle nie należy się tego bać, bo jak uczy życie – zmiana jest jedyną stałą. Paradoksalnie walczymy z nią tak, jakby było to największe zło świata. Chyba z wszystkich rzeczy, na które możemy się nie zgodzić, to właśnie zmiana, jest tą przez którą siwiejemy. Jesteśmy wobec zmian kompletnie bezsilni. Ta płyta wyrosła z małych starć i zupełnie bezsensownych walk wobec tego, co się dzieje. Staczałam je z rzeczywistością. To są moje podsumowania. Trzeba było to przeżyć, by z całą pewnością w głosie powiedzieć: proszę Państwa, choćby nam się nie chciało, wiosna przyjdzie i tak, i choćby nam się nie podobało, to jeśli narozrabiamy, to przyjdzie nam za to zapłacić, a jeśli zrobimy coś dobrego, to będzie piękna inwestycja w to, co się na naszej drodze wydarzy za chwilę. To była droga, by móc powiedzieć głośno odbiorcom i sobie samej, że naprawdę wszystko dzieje się tak, jak ma się dziać. Kiedy jesteśmy małymi dziećmi mamy wiarę w cuda. Obserwuję to u Bruna, mojego pięciolatka, który czyni rzeczywistość taką jaka mu się podoba. Mój synek otwiera pudełeczko zapałek i mówi, że to są miniaturowe miecze świetlne jedi. Chcę się od niego tego uczyć. To lekcja, o której zapominamy jako dorośli. Gdy jesteśmy w wieku, w którym możemy zrobić najwięcej, często tracimy rzecz bazową – wiarę w siebie i zaufanie do siebie. Nagle, kiedy realne moce są w nasze dłoniach i możemy nimi żonglować, nie mamy na to ochoty, albo siły. Nie wiadomo dlaczego. Płyta wyrastała w takich punktach, kiedy po jakimś upadku, czy osłabieniu wstawałam i mówiłam sobie: Aaaa. Czyli, to było po to. To były drobne podsumowania, podpowiedzi i wskazówki, których potrzebowałam na swojej trasie, tylko nie miałam kogo o nie poprosić. Bardzo możliwe, że one gdzieś się wyłaniały, tylko nie słyszałam ich. Może lęk przed tym, co będzie jutro paraliżował mnie. Teraz, z perspektywy, mówię: słuchajcie, nie ma się co bać, to świetna zabawa, gra planszowa, w której wchodzimy do piwnicy, ale za chwilę będziemy na samym dachu. Teraz to wiem, ale tę ścieżkę trzeba było przejść i nie zawsze było kolorowo.

- Wydanie tej płyty to wejście na dach? Czy to pierwsze piętro?

- Dachem było dla mnie, że dotarliśmy do studia po tych wszystkich upadkach i wzlotach. Wchodzimy do studia i mówimy: jesteśmy gotowi. Wszystko, co wydarzyło się potem, znów było początkiem – było trudne. Trzeba było znaleźć partnerów płyty, wydawcę, sponsorów i patronów medialnych. Tworzymy z czystą intencją rzecz, którą nazywamy sztuką. Chcemy z nią docierać do ludzi, pobudzać ich do refleksji. Nagle się okazuje, że kiedy wychodzimy do ludzi, którym nie powinno to być obojętne, oni mówią nam, że „jest to świetne artystycznie, ale tego nie sprzedadzą”. To zabijanie sztuki, zabijanie wykonawców i ich najlepszych intencji. Wątek sprzedażowy dotyczy nas w najwyższym stopniu i wyrywa nam piórka. Trzeba po prostu iść dalej.

- Bardzo dobrze, że o tym mówisz. Ten wątek pojawia się czasem, ale być może za rzadko. A gdy się już pojawia, jest sprowadzany do tego złego rynku i złych ludzi, którzy nie interesują się, nie kupują płyt, tylko wszystko ściągają z internetu. Nieustająco spotykam na przeglądach piosenki literackiej młodych artystów, którzy są w tym miejscu, w którym Ty byłaś kilka lat temu, kiedy schodziłaś ze sceny po odebraniu nagrody na najważniejszym festiwalu piosenki literackiej, czyli na Studenckim Festiwalu Piosenki w Krakowie. Wtedy też nie miałaś pojęcia, co się wydarzy dalej. Nie pamiętam naszej rozmowy, pewnie pytałam Cię jak powstają Twoje piosenki, co robisz w życiu, jakie są Twoje plany, bo to są pytania, które wówczas się zdaje. Dzisiaj zadaję je kolejnym młodym ludziom, których widzę na scenie i czasami wydaje mi się, że oni mają łatwiej, ale czasami wydaje mi się, że jednak mają trudniej. Bardzo wiele zależy od tego jaki jest ich stosunek do świata. Czy mają tę świadomość, fajnie pokazałem światu, że mogę dać coś od siebie. Wygrywają, tacy którzy chcą wziąć sprawy w swoje ręce, którzy nie liczą na to, że przyjdzie ktoś i zrobi to za nich.

- Mamy czasy, w których bardzo ciężko planować długofalowo. Wszystko biegnie tak szybko, że przeżycie dnia i oswojenie wieczorem emocji z niego, już jest wydarzeniem. Na festiwalach, o których mówisz można spotkać ludzi, którzy z pokorą podchodzą do dłuższej ścieżki rozwoju artystycznego. To wymaga pokory i świadomości siebie. Dziś sukces musi być natychmiast, muszą być fajerwerki. Wydawcy promują wartości, z którymi sami stoją w sprzeczności. Często nie promuje się czegoś, bo jest to dobre, tylko dlatego, że to się sprzeda. Obniżamy jakość dzieła z troski o sprzedaż, żeby dotrzeć... właściwie chyba nie wiadomo gdzie. Z mojego punktu widzenia – to idzie czasami w próżnię. Wiadomo, że chcemy, by słuchacz kupił płytę, ale pytanie co sztuka ma mu dać. To pytanie do artystów, którzy nastawieni są na fajerwerki przez trzy minuty. Tak naprawdę nie mają przestrzeni, by zastanowić się, czy to co zrobili coś komuś daje. Odpowiedź na to pytanie jest możliwa tylko jeśli wykonawca rozpisuje swoją działalność na dłuższej trasie. Kiedy wie z czego wyrasta to co robi i po co tworzy. Inaczej, z mojego punktu widzenia, sztuka nie ma sensu. Droga się zamyka, bo sztuka nie daje, ale bierze. To koszmar, w który wchodzimy w tej dyskusji.

- Nagrałaś płytę, która się nie zestarzeje, to czysta płyta, prawdziwa, z długim terminem „przydatności do spożycia”. Może się tak zdarzyć, że tą płytą zachwyci się ktoś za dziesięć lat. Możesz być w zupełnie innym miejscu, a ktoś przyjdzie do Ciebie i powie: Karma zmieniła moje życie. Z jakich historii powstawała?

- Płytę rozpoczyna utwór „Echo”. Jesteśmy echem tego, co dzieje się wokół nas. Nastraja to do wielu pomysłów, lepszych lub gorszych. Naszą sprawą jest to na co się zdecydujemy. To jest piosenka namowa, by nie zostać echem, a pozostać głosem i generować dźwięki od siebie, żeby mówić po swojemu i nie bać się tego, kim jesteśmy. Dookoła, kiedy spojrzeć „po wierzchu” wszystko jest wygładzone. Oczywiście – i ja najbardziej lubię zdjęcia na portalach społecznościowych, na których jestem najpiękniejsza i wygładzona właśnie (śmiech). To jest świetne, ale to tylko jeden fragment prawdy, która bardzo często jest bardzo wielobarwna i popękana. Ten utwór to namowa, by nie bać się siebie. Działamy trochę jak roboty. Wpadamy w gonitwę z początkiem dnia, z braku czasu na refleksję, powtarzamy te same błędy i zanim miną 24 godziny jesteśmy już po drugiej stronie. Tak naprawdę nie wiemy czasami co się stało, bo nie mamy czasu zatrzymać się i o tym pomyśleć. Ostatnio jestem mocno w temacie penitencjarnym za sprawą spotkań z osadzonymi z zakładów karnych. Jeden z mężczyzn, którego spotkałam, a który odbywa karę 25 lat, wyznał na naszym spotkaniu, po 12 latach odsiadki, że jego ostatnie wspomnienie datuje się na 12 lat wstecz. Nie ma ani jednej rzeczy, którą chciałby zapamiętać z przestrzeni, w której znalazł się później. Wypiera ją. Przywiodło to refleksję, że dobrze byłoby, gdybyśmy pod koniec dnia, jako ludzie teoretycznie wolni, znajdowali, wśród przypadkowych czasami wątków, które wypełniają nam dni, choć jedną rzecz, którą będziemy chcieli zapamiętać. I niech nie będzie to program telewizyjny albo dobry posiłek tylko coś więcej.

- A możemy rozwinąć wątek penitencjarny?

- Przed dwoma laty wykonałam utwór „Karma” na antenie TVP1. Dostałam w odpowiedzi na tę prezentację dwa maile: jeden z odwykówki, drugi z zakładu karnego, z zaproszeniem na festiwal „Ku wolności”. Nie spodziewałam się takiego odzewu. Zadzwonili ludzie, którzy byli w potrzebie i do których przekaz utworu „Karma” dotarł. Wtedy odłożyłam te zaproszenia – to był moment w życiu, kiedy najbardziej potrzebowałam zająć się sobą. Minęły dwa lata, na mojej drodze pojawiła się managerka, która zainteresowała się tym wątkiem. Wykonała telefon do zaprzyjaźnionego zakładu karnego i okazało się, że pierwszy koncert może mieć miejsce we Włocławku. Ludzie, których tu spotkałam, pokazali mi specyficzny filtr na odbiór muzyki. Widziałam wzruszenie, które wzruszało i mnie. I to w oczach ludzi starszych niż ja, którzy przeżyli więcej niż ja. To było jedno z najmocniejszych doświadczeń, jakie w życiu zebrałam. Dostałam bardzo ważne sygnały o tym, jak było to potrzebne, że dało siłę, wzmocniło kogoś, ktoś doświadczył spotkania z prawdą. Pierwsze spotkanie trwało chyba dwie godziny. Kiedy wchodzi się do zakładu karnego z zewnątrz – można zrobić absolutnie wszystko lub absolutnie nic, w zależności od tego, czy spotkaniu towarzyszyć będzie szczerość. Tu wszystko widać, jak na dłoni. Łatwo się skompromitować. Mnie ta płyta dała dużo siły. Nie jest jednak łatwo dotknąć kogoś, kto widział tak wiele. Głosy, które dostałam wskazywały na to, że „Karma” dotknęła tych ludzi. Po piątym spotkaniu chciałam sprawdzić, czy tak samo zadziała też szósty raz. Z inicjatywy filmowców, którzy pojawili się na naszej trasie, nagraliśmy teledysk w zakładzie karnym. To był krok głębiej. Plan zdjęciowy trwał 3 dni.
Scenariusze, które w tym czasie poznajemy, później niesie się ze sobą. Na co dzień eliminujemy je. Mamy zwyczaj zamykania rzeczy, których nie lubimy. Nie chcemy o tym rozmawiać. To dotyczy też życia w ogóle – poza tematem penitencjarnym. To, że nie chcemy o czymś wiedzieć, nie sprawia, że temat przestaje istnieć. Myślę, że gdybyśmy więcej ze sobą rozmawiali byłoby lepiej. Czułam się zbyt słaba, by prowadzić ludzi dojrzałych w obliczu ich doświadczeń życiowych, wydawało się, że nie mam im nic do powiedzenia. Okazuje się jednak, że muzyka mówi za siebie i prawda jest narzędziem porozumienia.

- Czy oznacza, że historie, które słyszysz prowokują Cię do napisania kolejnych piosenek?

- Jeszcze nie. To dopiero moment zbierania przemyśleń. Tu pojawia się dosłowność, która krępuje ruchy. Nigdy nie zależało mi na dosłowności. Interesuje mnie w sztuce, by nie pisać o tym, że masło jest żółte, że zło jest złem. Zło jest banalne. Przesłanie, które chciałam zostawić między piosenkami na tej płycie jest takie, że nie mamy wpływu na rzeczy złe, które się zdarzają, ale mamy wpływ na to co z nimi zrobimy. Taką lekcję dostałam od „łobuzów”, i używam tego słowa z przymrużeniem oka, po drugiej stronie muru. Ci ludzie mają też ludzką twarz. Dla mnie błąd w życiu jest przywilejem. To moment, w którym stawia się ścianę i nie można iść dalej. Można iść w głąb i odkryć siebie i dzięki temu dowiedzieć się więcej. Błąd bywa błogosławieństwem, chyba że rzeczy zajdą za daleko. To ważne pytanie, gdzie jesteśmy, gdzie jest nasze „za daleko” i co musi się stać, by nie pójść o krok w niewłaściwą stronę. Jak bardzo poświęcić trzeba czas sobie. Cała nasza rozmowa dotyczy tego samego – otacza nas straszny pośpiech.

- Sztuka pozwala to tonować, kiedy zaczynamy z nią obcować, trochę wyhamowujemy. W „Karmie” jest ta niespieszność.

- Dziękuję. Teraz jej los jest w rękach słuchaczy.

Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.
Płyta "Karma" dostępna jest w Sklepie Strefy Piosenki: sklep.strefapiosenki.pl

 

Maj 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
8
9
11
14
17
26
28

Nadchodzące wydarzenia


29
Maj
2017
19:00
29 maj 2017 19:00
Prom Kultury Saska Kępa - Warszawa, ul. Brukselska 23
Teresa Drozda przypomina: Kazimierz Brusikiewicz. Kazimierz Brusikiewicz (1926-1989) - jeden z najwybitniejszych, a może po prostu [...]
30
Maj
2017
21:00
30 maj 2017 21:00
Piec' Art Acoustic Jazz Club - Kraków, ul. Szewska 12
Mateusz Nagórski w koncercie piosenek Jacka Kaczmarskiego oraz wierszy Poety z autorską muzyką artysty. Mateusz [...]
31
Maj
2017
18:00
Koncert
31 maj 2017 18:00
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Magda Umer i Bogdan Hołownia w koncercie promującym najnowszą płytę duetu pt. "Bezsenna noc". Koncert na głos i fortepian. Moderato cantabile i jazz piano. Prostota, wrażliwość i talent. [...]
31
Maj
2017
20:00
Koncert
31 maj 2017 20:00
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Magda Umer i Bogdan Hołownia w koncercie promującym najnowszą płytę duetu pt. "Bezsenna noc". Koncert na głos i fortepian. Moderato cantabile i jazz piano. Prostota, wrażliwość i talent. [...]
31
Maj
2017
23:59
31 maj 2017 23:59
Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych - Olsztyn, ul. Parkowa 1
31 maja 2017 upływa termin nadsyłania zgłoszeń do konkursu w ramach XLIV Ogólnopolskich Spotkaniach Zamkowych [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL