Trzeba śpiewać jak najwięcej - mówi Monika Węgiel

poniedziałek, 13 luty 2017

Monika Węgiel to aktorka, ale coraz częściej można ją na scenie usłyszeć. O tym skąd wzięło się jej śpiewanie i jakie plany są z nim związane, opowiedziała Teresie Droździe:

- Wydaje mi się, że potrafisz zaśpiewać wszystko.

- To miłe, że tak mówisz. Kocham śpiewać, lubię to robić i cieszę się, że coraz częściej mogę to robić.

- I przede wszystkim współpracujesz z Januszem Bogackim, a usłyszeć cię można na „Śmietankach Łowickich”?

- Janusz Bogacki to mój mentor, nauczyciel i przyjaciel. Wiele się od niego nauczyłam. Drugą odnogą mojego śpiewania są koncerty z całą orkiestrą, które organizuje agencja artystyczna z Krakowa. Śpiewanie z orkiestrą to zupełnie inne doświadczenie, zupełnie inny repertuar i inne śpiewanie, bo często śpiewam tam ze śpiewakami operowymi. Właśnie takie dwie drogi mnie prowadzą.

- Jak i kiedy zaczęłaś śpiewać?

- To był zupełny przypadek. Do trzeciej klasy podstawówki myślałam, że nie potrafię śpiewać. Pierwszy raz wzięłam udział w konkursie wokalnym podczas kolonii, na które pojechałam właśnie po trzeciej klasie. Moja koleżanka chciała wystartować w tym konkursie, więc ja też się zdecydowałam. Do dzisiaj pamiętam, że zaśpiewałam wtedy piosenkę „Serduszko puka w rytmie cza cza”. Wygrałam i pomyślałam, że śpiewanie bardzo mi się podoba. Później trafiłam do grupy poezji śpiewanej pod kierownictwem pani Haliny Bednarek w Domu Kultury we Wrocławiu. Bardzo cenię domy kultury i osoby, które przygarniają dzieciaki i uczą je, pokazują różne rodzaje muzyki. Dodatkowo, wiadomo Wrocław, czyli Przegląd Piosenki Aktorskiej. Od szóstej klasy podstawówki chodziłam na festiwalowe koncerty. Pamiętam jak wygrywali Kinga Preis i Marcin Przybylski. Dziś to mój kolega, wówczas byłam w niego zapatrzona i zauroczona tym, jak śpiewał. Tradycje poetycko-aktorskie siedzą we mnie głęboko i są mi bardzo bliskie.

- Na zajęciach w domu kultury uczyłaś się warsztatu czy dobierania repertuaru?

- I tego, i tego. Piosenki wybieraliśmy sobie sami. Dostawaliśmy płyty z piosenkami Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego. Do tego były niezbyt legalne nagrania z koncertów galowych PPA. Wymienialiśmy się tymi płytami. Wybieraliśmy sobie piosenki, a wszystkie były bardzo poważne i bardzo dramatyczne. Z nimi startowaliśmy w różnych konkursach wokalnych. Tak poznałam Jerzego Satanowskiego, Romana Kołakowskiego, Grażynę Łobaszewską. Spotykanie takich ludzi daje niesamowitą energię, a przede wszystkim warsztat. Ale tak naprawdę chodzi o to, by śpiewać jak najwięcej, żeby śpiewać, uczyć się i kształcić. Byłam też u Elżbiety Zapendowskiej. Teraz to już ikona. Mówię o czasach sprzed „Idola”, ale już wtedy by się do niej dostać, trzeba było wykorzystać wszelkie możliwe kontakty.

Najważniejsze są warsztaty i wybieranie piosenek, mierzenie się cały czas z czymś nowym. Bardzo często występuję z recitalem piosenek z repertuaru Edith Piaf. Równie często słyszę pytanie, czy się nie boję dotykać ikony. Wiem, że nie dam rady jej „przeskoczyć”, ale mogę próbować ugryźć jej repertuar po swojemu. Tak samo jest z Ewą Demarczyk i z każdą ikoną, o której teraz pomyślimy. By się rozwijać, trzeba się z tym mierzyć.

- Nie masz potrzeby by tworzyć swój własny repertuar, mieć własne piosenki?

- Bardzo bym chciała. Mam dwie piosenki, które napisał dla mnie Jacek Cygan. Śpiewam te piosenki w różnych programach z Orkiestrą Straussowską Obligato. Muszę przyznać, że gdybym miała sama napisać sobie teksty, byłoby to bardzo złe. Mam świadomość tego, że nie posiadam takiej umiejętności. Dobrze, że mam tę świadomość i nie próbuję. Do tego dochodzi moje lenistwo. Trzeba by było usiąść i porozmawiać z ludźmi. Podejrzewam, że jest mnóstwo młodych osób piszących dobrze, ale nie mam czasu, by ich szukać. Rodzina, koncerty, teatr, na wszystko zostaje coraz mniej czasu.

- Może warto przyjąć punkt widzenia Magdy Umer, która mówi, że jest tyle piosenek, którymi trzeba się zaopiekować. Tak wracamy do Janusza Bogackiego i tego, że on znajduje piosenki, które miały jedno, dwa wykonania i zostały zapomniane.

- To prawda. Roman Orłow – kompozytor piszący w latach sześćdziesiątych i później – ma w dorobku znakomite piosenki ze świetnymi tekstami. I są one w większości prawie nieznane. Mam dwie ulubione z tekstami Wojciecha Młynarskiego, które wykonuję podczas koncertów Śmietanki Łowickiej. To kompletnie nieznane utwory. Piosenka „Jak żyć, by wierną sobie być” wyjątkowo mnie dotyka i lepiej bym tego tekstu nie napisała. Pasuje do mnie.

Może za wcześnie się pochwalę, ale pracujemy z Januszem Bogackim nad nowym programem, na który złożą się amerykańskie bluesy z tekstami Maćka Zembatego. Materiał jest genialny. I w zasadzie nieznany. Być może uda nam się to zagrać w Kalinowym Sercu w Warszawie.

- Masz jakieś muzyczne Himalaje, które chciałabyś zdobyć?

- Chciałabym nagrać solową płytę z Januszem Bogackim. Pierwszy raz zdarzyła mi się taka współpraca. Gdy on mi gra, to mam poczucie, że rozmawiamy muzyką. Daje mi to ogromną energię. To moje marzenie i myślimy o tym coraz bardziej intensywnie. Rok 2016 był dla nas bardzo pracowity. Zaczęliśmy koncertować. Myślę, że płyta będzie kolejnym krokiem. Co chwilę robimy coś nowego i Janusz kieruje mnie coraz bardziej w stronę jazzową.

- A jakie piosenki lubisz najbardziej?

- Kiedyś myślałam, że uwielbiam piosenki dramatyczne. Jednak ostatnio przekonuję się do spokojniejszych ballad. Kiedy Janusz mi akompaniuje czuję się w nich dobrze i bezpiecznie, jakbym usiadła na poduszce. Myślę, że to będzie kierunek, w którym będę chciała się rozwijać. Zwłaszcza, że w ogóle brakuje piosenek z pozytywnym przesłaniem.

- Stoisz na dwóch nogach: estradowej i teatralnej, która ma zupełnie inną energię i dynamikę. Jak jest ci w tych dwóch światach?

- Nie rozróżniam tego. Uważam, że to jedna i ta sama gałąź. Czuję niedosyt, bo ostatnio mało gram w teatrze. Jeżdżę ze spektaklami, które powstały poza Warszawą, a chciałabym robić więcej we własnym teatrze.

- Masz jakąś wymarzoną rolę?

- Nie. Bardziej liczę na to, że będę miała coś fajnego do zagrania. Gdy dostaje się jakąś rolę to nie jest ważna jej wielkość, ale by był w niej jakiś temat, z którym postać wchodzi. By można było trochę poprzeżywać, bo aktor też przeżywa na scenie i sprawia mu to przyjemność. Dlatego na tej scenie jest. Romek Kołakowski zrobił spektakl o Stefanie Banachu. Jestem laikiem jeśli chodzi o matematykę, ale przyznam szczerze, że historia tego matematyka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Miałam okazję zagrać tam jego żonę. Był temat, była bohaterka, była piosenka. Wszystko naraz.

- Skoro czujesz lekki niedosyt, szukasz jakiegoś tekstu, który mogłabyś zaproponować?

- Chcę się teraz skupić na śpiewaniu. W teatrze mogą zdarzać się różne rzeczy, bo to jest teatr. Jestem na etacie w Teatrze Współczesnym w Warszawie i daje mi to perspektywę, że pewnie coś tam jeszcze zagram. Natomiast jeśli chodzi o piosenkę, trzeba samemu o wszystko zawalczyć. Dlatego w ramach własnej inicjatywy skupiam się na śpiewaniu.

- Co cię zajmuje poza wychodzeniem na scenę?

- Zajmuje mnie moje dziecko. Mam czteroletnią córeczkę, która jak każdy przedszkolak, boryka się z wieloma chorobami, więc skupiam się na tym. Staram się być z nią jak najwięcej. Chwile gdy dziecko jest małe już nie wrócą. Pamiętam po sobie, że nastolatek nie wychodzi zbyt chętnie z rodzicami. Po ciąży i urodzeniu dziecka przez dwa lata nic się nie działo. Było trudno i trzeba było wytyczać sobie od nowa ścieżkę, ale teraz ruszyło i może nie gna, ale rzeczywiście idzie do przodu.

- Powiedz jeszcze kilka zdań o swojej solowej płycie „Carte blanche”.

- Płyta została nagrana w Polskim Radiu Kraków. W jej nagraniu brała udział ogromna orkiestra pod batutą Jerzego Sobeńki. Znalazły się na niej głównie piosenki francuskie, piosenki Edith Piaf. Są też dwie piosenki autorstwa Jacka Cygana: „Carte blanche” i „Wiwat życie”, napisane specjalnie dla mnie. Zaśpiewałam tam również w duecie z wybitnym śpiewakiem operowym Tadeuszem Szlenkierem. Śpiewanie z orkiestrą to zupełnie inna bajka niż śpiewanie z małym zespołem. Tego trzeba się nauczyć. Cieszę się, że ta płyta powstała. Wszystko, co jest artystyczne jest niezwykle ulotne i jeżeli nie złapie się tego i nie zachowa na jakimś nośniku, to nic nie zostaje.

- Artyści rzadko mówią takie rzeczy.

- Taka jest prawda. Teatr jest niezwykle ulotną rzeczą. Grało się Kordiana, ale jeśli nie został nigdzie zarejestrowany, to zostaje tylko jako wpis w CV. Dlatego warto rejestrować i archiwizować artystyczne poczynania, nawet jeśli będzie to tylko pamiątka.

Rozmawiała: Teresa Drozda.
Spisała: Barbara Radziszewska.

 

Luty 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
6
12
13
20
22
28

Nadchodzące wydarzenia


23
Lut
2017
18:30
23 luty 2017 18:30
Wawerskie Centrum Kultury - Warszawa, ul. Żegańska 1a
Teresa Drozda opowiada o Mieczysławie Czechowiczu. Był u nas krótko, chyba rok, może nie cały. Chyba się [...]
23
Lut
2017
19:15
Koncert
23 luty 2017 19:15
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
Artur Andrus w recitalu kabaretowym. Artyście towarzyszy zespół muzyczny w składzie Wojciech Stec (fortepian) i Łukasz [...]
23
Lut
2017
20:00
23 luty 2017 20:00
Irish Pub Galway - Rzeszów, ul. 3-go Maja 8
Robert Kasprzycki w koncercie Kasprzycki solo act.
24
Lut
2017
19:00
24 luty 2017 19:00
Sala kameralna pod Amfiteatrem - Olsztyn, ul. Zamkowa 10
Krystyna Świątecka w recitalu pt. "Nie przechodź obok mnie", który jest owocem [...]
25
Lut
2017
18:00
25 luty 2017 18:00
Centrum Kultury i Promocji - Kraśnik, al. Niepodległości 44
Robert Kasprzycki w koncercie Kasprzycki solo act. Koncert w cyklu Bardograjka.[...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL