Co w nas ciągle z Wojtka? - o Wojciechu Bellonie z Janem Hnatowiczem

sobota, 28 październik 2006
Jan Hnatowicz - www.annatreter.pl (rozmowa została przeprowadzona przed 41. SFP w 2005r., podczas którego odbył się wielki koncert poświęcony piosenkom Wojciecha Bellona, a na Rynku stanął Jego "tymczasowy" pomnik)

Rozmawia Bogusław Sobczuk:

- Wojciech Bellon – to ktoś ważny dla Ciebie?

- Bardzo. Z czasem coraz bardziej uświadamiam sobie jak bardzo. I nie tylko dlatego, że, myśląc o nim, myślę w oczywisty sposób o własnej młodości, ale o tym, co wtedy się pojawiło w Jego, moim, naszym życiu, a czego istotność, a nawet doniosłość dostrzegam dzisiaj.

- Co to było?

- Banały: poczucie wspólnoty, przyjaźń, a nade wszystko wyznawana przez Wojtka zasada pewnej tożsamości życia i tworzenia, lub – mniej szumnie to wyrażając – bycia artystą i bycia człowiekiem.

- To bardzo poważny program światopoglądowy. Byliście wtedy, dwadzieścia kilka lat temu, bardzo młodzi. Uświadamialiście sobie wówczas to wszystko?


- Ja, mówiąc o tym, mówię o swojej dzisiejszej świadomości tych spraw. Wtedy czuliśmy to przez skórę, te wybory były przede wszystkim intuicyjne, lgnęliśmy po prostu do czegoś lepszego od zwykłego ludzkiego zakłamania, czy jawnych nieprawd propagandy. A poza tym, czy raczej przede wszystkim, był Wojtek: niesłychanie silna osobowość i bardzo atrakcyjna osoba. Za nim chętnie się szło, a on uwielbiał przewodzić. Gdyby chodziło o kogoś innego, można by powiedzieć, że lubił mieć dwór, a Wojtek po prostu strasznie lubił mieć przyjaciół. Ludzie czuli to i licznie Go otaczali. A On, jako ktoś niesłychanie autentyczny, prowadził ich za sobą, a w chwilach jakichkolwiek wątpliwości – przeciągał na swoją stronę. To tyczyło spraw programowych, artystycznych, ale także tych poważnych, związanych z systemem wartości.

- Te Jego wartości były aż tak atrakcyjne dla wszystkich?


- Dla niektórych bezsprzecznie. A byli i tacy, którzy lubili mieć wodza, przewodnika, czy po prostu przebywać w pobliżu kogoś wyrazistego. Wojtek zjednywał sobie otoczenie w zwykły ludzki i, trzeba dodać, pełen wdzięku sposób. Działało to i na damy i na facetów. Lubić Wojtka było "lekko, łatwo i przyjemnie”.
 
- To szerszy kontekst, jeśli nie społeczny, to w każdym razie towarzyski. Spróbujmy go zawęzić do zespołu. Czy pamiętasz początki tego zjawiska, znanego wielu pokoleniom pod nazwą dzisiaj niemal legendarną: "Wolna Grupa Bukowina"?

- Nie było mnie przy tym, a oni byli absolwentami i licealistami z Buska. Do zespołu, już jako tako ukształtowanego, dołączyłem na zaproszenie Wojtka; widział i słyszał mnie na FAMIE, spodobało mu się jak grałem, zapamiętał to i wrócił do tej pamięci i tego upodobania już w Krakowie.

- Co robiłeś w "Bukowinie"?

- Wszystko - grałem, wymyślałem aranżacje, ale przede wszystkim byłem. Mnie tez to ogarnęło – poczucie wspólnoty, jedności, podróżowania, poznawania ludzi, biesiad, pijatyk, rozmów – wspólnego życia, wspólnego przeżywania młodości...
Popatrz – łapię się na tym że na Twoje pytanie o "Bukowinę” zbieram się do odpowiedzi nie o koncertach, tekstach, melodiach – przede wszystkim, a przede wszystkim właśnie o rozmowach, biesiadach, pijatykach, podróżach, przyjaźniach, miastach, kontaktach, przygodach – o życiu właśnie, bo "Bukowina” w tym czasie to było nasze życie.

- W jakim czasie?


- Dobrze wiesz w jakim, ale powiedzmy tym co Go nie znali: w czasie głębokiej komuny, nie dotkliwej przez siłę, czy przemoc, ale przez szarość i takie ogólne NIC, Buntowaliśmy się, oczywiście, przeciw temu, ale ten bunt nie miał w sobie niczego z politycznej kontestacji, był raczej postawą kontry przeciw temu NIC - a właśnie, że COŚ!

- Czyli co?

- No, to co "Bukowina" śpiewała i to j a k żyła. Śpiewaliśmy o rzeczach wyższych i ważniejszych od jakiejkolwiek polityki – o Wojtkowej namiętności czyli o górach, o przyrodzie, krajobrazie, miłości, smutku, przyjaźni. Ale przecież gdy Wojtek pisał teksty o ludziach i miastach, to pisał właśnie o szpetocie i wadach świata, i o swoim stałym marzeniu – o wolności. Osobiście Wojtek komuny nie cierpiał.

Wojtek Bellon  - Wiemy z Jego tekstów jak odnosił się do "Majstra Biedy”, do "Cześka Piekarza”, do "zakochanych”, czy do "chodzących ulicami” anonimowych ludzi; a jak odnosił się do ludzi w życiu?

- Przede wszystkim z szacunkiem i – do wszystkich – z uwagą. Nigdy nie fałszował, bardzo łatwo nawiązywał kontakty, i błyskawicznie "zaprzyjaźniał się”, czasem naprawdę. Miarą rzetelności tych "zaprzyjaźnień” były Jego słynne pomysły, żeby na przykład pojechać do Leska, bo tam mieszka "taki Wiesiek” i na pewno "będzie fajnie”. I, o dziwo, zawsze kogoś przekonywał do takiej wyprawy, czasami nawet mnie. Przyjeżdżało się więc do Leska i szło do Wieśka, który rok wcześniej wziął na stopa samego Wojtka, czy część zespołu w drodze  w Bieszczady. I, tak jak przed rokiem, Wojtek rozmawiał ze zdumionym początkowo Wieśkiem jego językiem, o jego sprawach, w dodatku rzetelnie i bez udawania. Rzetelnie też, gdy Wiesiek ochłonął już ze zdumienia, piło się razem wódkę i, rzeczywiście, było fajnie. Wojtek takie odwiedziny w Lesku uważał za cel wart całej wyprawy i właśnie to najwięcej mówi o jego rzetelnym sposobie traktowania ludzi, a zwłaszcza ludzi sobie znajomych; dla solidności opisu trzeba dodać, że znał ich całe setki.

- Bywał męczący?

- Czasami okropnie; Jego instynkt towarzyski, na przykład osiągał często rozmiary terroru, a nie każdy to wytrzymywał. W sprawach programowych, żeby nie powiedzieć – w sprawach sztuki – bardzo często bywał pryncypialny, a nawet uparty, ale to był upór, powiedzmy, "wyższego rzędu".

- Wojtek pił...

- Jak wtedy my wszyscy; może z czasem więcej, ale to była wypadkowa wielu spraw: Jego ciągu do towarzystwa, no i, oczywiście, jakichś Jego własnych wewnętrznych impulsów, o których niesposób mówić, bo przecież tylko On je znał i odczuwał ich istotę.

- Po Jego śmierci modna była taka wersja, że to Go zabiło...

- Zabiła Go polska służba zdrowia – w ówczesnym stanie jej nędzy, bylejakości i skandalicznie podłego stosunku do człowieka. Chcę być dobrze zrozumiany: nie oskarżam nikogo konkretnego, występuję tylko przeciw ówczesnym standardom, które pozwalały człowieka przywiezionego nie do pierwszej lepszej izby wytrzeźwień, a, jakby nie było, do Szpitala Psychiatrycznego w Kobierzynie, nie zbadać przez wiele dni, ładując w niego jedynie środki uspakajające żeby "nie rozrabiał”. A On potrzebował diagnozy i ratunku, wcale nie związanego głównie z faktem, że przybył do szpitala nietrzeźwy, a związanego z faktem, że stan Jego organizmu był bardzo kiepski. Jeśli jest takie działanie medyczne jak odtrucie, to – na chłopski rozum – aplikowanie "usypiaczy” przez wiele dni jest chyba tego działania przeciwieństwem. Gdy, dzięki koleżeńskiej interwencji, Wojtka przewieziono wreszcie do kliniki na Kopernika, nie pomogli ani kompetentni lekarze, ani aparatura do dializy niezbędna o wiele dni wcześniej – tych dni zmarnowanych w Kobierzynie. Byłem w tej okropnej chwili, gdy lekarz powiedział: "niestety, za późno”. Do dzisiaj nie mogę mówić o tym bez wzburzenia. Straszna szkoda, bo dzisiaj by był.

- Czy Wojtek wziął coś z ciebie, od ciebie?

- Z Krzyśkiem Piaseckim, Wackiem Juszczyszynem, czy "Małym” Pawlukiewiczem nieraz, przy przypadkowych okazjach, mówimy: "tak, jak Wojtek”, a gdy zatrzymujemy na tym czymś swoją uwagę – stwierdzamy, jak wiele z "Wojtkowego” zostało w nas do dzisiaj; ile Wojtka wyraża się przez nas w różnych naszych działaniach.
A On z nas, ze mnie? – może coś miał, coś przyjmował, zabierał, skoro tak długo graliśmy razem, skoro wciąż chciał, żebym znów, bo po przerwach, grał w "Bukowinie”. Choć naprawdę byliśmy bardzo różni. Odpowiem ci inaczej: mieliśmy mieć  coś naszego: Wojtek chciał stworzyć ze mną, a potem z jeszcze innymi, nowy zespół; miał się nazywać "Kraków”, miał być taki trochę beatowy. Pamiętam, że do Wojtkowego pięknego tekstu "Sad" napisałem dużą formę muzyczną, spotykaliśmy się u mnie, zaczynaliśmy już nawet próbować; Wojtek przyjął moje "pozaartystyczne" warunki, obiecał się zmobilizować, wziąć się w garść.
A potem, po powrocie, zdaje się, z Włodawy, był ten przeklęty bankiet, po którym pogotowie odwiozło Go do Kobierzyna. I już nie zdążyliśmy...

Rozmawiał: Bogusław Sobczuk (rozmowa została przeprowadzona przed 41. SFP w 2005r.)

Listopad 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
2
28

Nadchodzące wydarzenia


20
Lis
2017
18:00
20 listopad 2017 18:00
KDK - Kutno, ul. Żółkiewskiego 4/CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1
XIII Ogólnopolski Festiwal Jeremiego Przybory Stacja Kutno 19 listopada (niedziela)CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1godz. 18.00 - [...]
20
Lis
2017
19:00
20 listopad 2017 19:00
Teatr Muzyczny - Łódź, ul.Północna 47/51
Andrzej Poniedzielski w najnowszym projekcie zatytułowanym Melo - Nie - Dramat. W programie dużo inteligentnego humoru, satyra i [...]
20
Lis
2017
20:00
Koncert
20 listopad 2017 20:00
Filharmonia im. M. Karłowicza - Szczecin, ul. Małopolska 48
Grzegorz Turnau w prapremierze koncertu promującego trzypłytowe wydawnictwo "L-Live". "L" to oczywiście [...]
20
Lis
2017
20:00
20 listopad 2017 20:00
Piwnica pod Baranami - Kraków, Rynek Główny 27
Elżbieta Wojnowska w koncercie pt. Zapraszam Was do stołu. Podczas urodzinowego koncertu zabrzmią zarówno największe przeboje [...]
21
Lis
2017
18:00
21 listopad 2017 18:00
KDK - Kutno, ul. Żółkiewskiego 4/CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1
XIII Ogólnopolski Festiwal Jeremiego Przybory Stacja Kutno 19 listopada (niedziela)CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1godz. 18.00 - [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL