Pasjans na dwóch - mówią Andrzej Sikorowski i Grzegorz Turnau

wtorek, 04 wrzesień 2007
(Wywiad ukazał się w Wielkiej Brytanii, w polskim tygodniku Cooltura - 8 października 2005r.)

Rozmawia Joanna Biszewska:
Andrzej Sikorowski i Grzegorz Turnau. Dwaj znakomici muzycy. Ich drogi w pewnym momencie skrzyżowały się. Stworzyli razem "Pasjans na dwóch" – program muzyczny, w którym oprócz wspólnego śpiewania muzycy wspominają różne historie i ludzi.
Z tym repertuarem zawitali do stolicy Wielkiej Brytanii. Zagrali dwa świetne koncerty dla polonijnej publiczności.
Z Andrzejem Sikorowskim umawiam się na wywiad w domu Pani Ewy Becli, na której zaproszenie muzycy przyjechali do Londynu. Siadamy w saloniku z fortepianem. Andrzej Sikorowski jest poważny, słucha uważnie pytań, rzeczowo odpowiada. W pewnym momencie do salonu wchodzi Grzegorz Turnau, dosiada się do stołu i wywiad zamienia się w ciekawą rozmowę dwóch muzyków, którzy rozmawiają o wspólnym programie artystycznym i o pomysłach na przyszłość. Mówią też o tym, dlaczego woda sodowa nie uderza im do głowy i o tym, co ich najbardziej urzekło w Londynie...

Cooltura:
Stałe przemieszczanie się to motyw przewodni naszego życia. Już się wydaje, że człowiek wyszedł na prostą, a tu kolejny zakręt i okazuje się, że lądujemy, np. w Londynie, albo w Stanach - jak śpiewa Pan w piosence "Nie pytajcie jak było". Ja jednak zapytam, jak było na wyjeździe, jak było np. w Ameryce?

Andrzej Sikorowski:
W moim zawodzie przemieszczanie się to nieodłączny aspekt życia. Nawet kiedyś z Grześkiem Turnauem żartowaliśmy, jakby to było fantastycznie, gdyby publiczność na nasze koncerty przyjeżdżała do Krakowa autokarami. Wtedy nie musielibyśmy się ruszać z naszego miasta. Szkoda, że jest to niemożliwe. Podróżowanie stało się czymś tak oczywistym, że dla ludzi, którzy nie podróżują moje przemieszczanie się, pakowanie, przygotowania do podróży są czymś szokującym. Kiedy mój ojciec dowiedział się, że następnego dnia lecę do Nowego Jorku, zapytał: Czy jesteś już spakowany? Kiedy odpowiedziałem, że nawet nie zacząłem, nie potrafił w to uwierzyć. Dla niego byłaby to wyprawa, do której przygotowywałby się pół roku wcześniej.

- A czy kiedykolwiek poczuł Pan na własnej skórze, co to znaczy tęsknić za domem, za krajem, za ulubionymi miejscami?

AS: W jakimś sensie tak, chociaż nigdy los nie skazał mnie na długie przebywanie za granicą. W czasach studenckich jeździłem na saksy. Spędzałem wakacje na sadzeniu truskawek lub na zbieraniu tulipanów w Szwecji. Jeździłem też po Stanach, po Australii, ale to był słodki aspekt emigracji. Bo jeśli jest się takim emigrantem, którego wożą, pokazują egzotyczne miejsca, a do tego jeszcze pozwalają występować, zarabiać, biją brawo, doceniają - to w takim układzie nie cierpi się z powodów emigracyjnych i nostalgia czy tęsknota za krajem nie jest aż taka silna.

- Koncertował Pan dużo w Ameryce. Czy tamtejsza publiczność różni się od londyńskiej?

AS: Nie ma dla mnie publiczności londyńskiej, nowojorskiej, krakowskiej, paryskiej - jest jedna publiczność: polska. Łatwiej mi jednak dotrzeć do publiczności emigracyjnej, może dlatego, że są to ludzie bardziej wrażliwi na nuty nostalgiczne. Jeżeli się tę nutę w odpowiedni sposób trąci, to się łza w oku kręci i publiczności i mnie, bo wzruszenie się udziela.

- Gdyby nadarzyła się okazja, czy jest jakaś siła, która wyciągnęłaby Pana z Krakowa na dłużej?

AS: Ja bym wolał, żeby taka siła się jednak nie pojawiła. Był taki moment w moim życiu, kiedy wyjazd z Krakowa stał się bardzo realny. Ogłoszono stan wojenny, moja córka Maja miała wtedy zaledwie roczek. W trosce o najzwyklejsze bezpieczeństwo moich najbliższych pomyślałem, aby na jakiś czas wyjechać do Grecji - kraju mojej żony - i tam przeczekać zawieruchę. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych powiedzieli mi, że nie ma żadnych przeszkód wyjazdu dla mojej żony, bo jest obywatelką Grecji, mogła też wziąć ze sobą dziecko. Kiedy zapytałem, jak wygląda sprawa ze mną, to mi zaproponowano one way ticket, czyli mogłem wyjechać, ale bez prawa powrotu. Nie zdecydowałem się. Tak jakoś jestem przywiązany do Krakowa. Żona z córką pojechały, ja zostałem na miejscu. Nie chciałbym kolejny raz stanąć przed koniecznością wyjazdu z własnego kraju.

- Uprawia Pan ambitny, ale i trudny zawód: poezja śpiewana. W dzisiejszych czasach wydaje się, że z takim repertuarem jest dość trudno się przebić. Po co Pan to robi? Żeby się nie nudzić, czy żeby być szczęśliwym?

AS: I jedno, i drugie. Kiedy zaczynałem, prawie 30 lat temu - to paradoksalne - ale tamte czasy były łatwiejsze dla śpiewających poetów. Teraz jest wolność, demokracja, rynek jest nastawiony na towar, który ma się łatwo sprzedawać, dlatego troszeczkę po macoszemu traktuje się to, co jest odrobinę ambitniejsze. Na szczęście moje nazwisko i nazwa zespołu Pod Budą to nazwa, którą przez lata zdążyliśmy sobie wypracować. Pomimo, że media traktują nas po macoszemu, to telefon jeszcze dzwoni i są zaproszenia na kolejne koncerty. Grupa Pod Budą gra więcej koncertów w ciągu roku, niż artyści, którzy są cały czas przez media lansowani i nadawani. Jak widać popularność nie zawsze przekłada się na sympatię. Przykład? Stare Dobre Małżeństwo. Na próżno szukać ich w telewizji czy w radiu, za to na koncertach zawsze mają pełne sale, a ludzie śpiewają z nimi od pierwszej do ostatniej nuty.

- Kiedyś usłyszałam takie zdanie, że każdy z nas powinien przynajmniej raz w życiu zmienić zawód. Wiem, że pisze Pan również felietony, czyli uprawia Pan też dziennikarstwo. Zastanawiam się, gdyby przyszło Panu napisać felieton do londyńskiej Cooltury, to o czym on by był?

AS: Podejrzewam, że byłyby to migawki związane z Krakowem, pisałbym o tym, co dzieje się w Polsce, a do czego londyńska publiczność nie ma dostępu ze względów oczywistych.

- Ludzie, którzy nie mają marzeń, zaczynają się starzeć. Czy to prawda?

AS: Proces starzenia się jest biologiczny, nie mamy na to wpływu, nie potrafimy go zatrzymać. Co innego młodość duszy, która jest zawiadamiana przez stronę psychiczną. Zdarza się, że ludzie młodzi z powłoką cielesną trzydziestolatków są psychicznymi starcami. Są też ludzi starzy, tacy jak np. generałowa Andersowa, która ma tak młody umysł, że nigdy się nie zestarzeje. Marzenia są związane z naszym stanem intelektu. Marzą ludzie, którzy wiedzą coś więcej niż to, że trzeba rano wstać, zjeść śniadanie, iść do pracy. Marzenia odmładzają, to na pewno.

- Pozostańmy przy temacie marzeń. Czy wybrałby się Pan do wróżki na Piwną 7, aby sprawdzić czy marzenia się spełnią?

AS: Nie. Należę do tej mniejszości ludzi, których nie interesuje przyszłość. Nie uruchomiłbym wehikułu czasu, aby udać się do przyszłości i zobaczyć siebie czy Londyn za 20 lat. Nie interesuje mnie przyszłość. Natomiast chętnie cofnąłbym się w czasie, aby poznać Kraków sprzed 100 lat. Do wróżki nie wybrałbym się, bo nie interesuje mnie, kiedy znowu udam się w podróż, kiedy się rozchoruję, albo że mam uważać na przejściach kolejowych. Mimo że uprawiam tak metaforyczny zawód, to jestem osobą bardzo racjonalną i stąpającą pewnie po podłożu. Nie mam zacięcia mistycznego.

- Gdzie najczęściej w Krakowie można spotkać Andrzeja Sikorowskiego? W Masce, w Rio a może w Vis a Vis?

AS: Latem można mnie spotkać na Rynku Głównym w Vis a Vis, tam też zbierają się Piwniczanie. Zazwyczaj siedzę w ogródku, popijam herbatę i obserwuję ludzi. Nie przepadam za Vis a Vis, kiedy nastaje pora słotna, bo wtedy to miejsce zamienia się w maleńki zadymiony lokalik. Na zimę przenoszę się do Maski. To miejsce secesyjne, trochę jak za czasów Księcia Józefa. Tamtejszy wystrój działa na moją wyobraźnię. W takich bibelociarniach, antykwariatach czuję się dobrze.

- Jakie są pańskie najbliższe plany zawodowe?

AS: W październiku ukaże się płyta "Kraków – Saloniki". Muzykę i słowa na tę płytę napisałem dla swojej córki. Niektóre piosenki śpiewamy razem w duecie. To dziesięć polskich piosenek premierowych i pięć, które Maja śpiewa po grecku. Majka przedłuża mój życiorys estradowy. Mam świadomość, że jestem bliżej końca tej zabawy, niż początku. Ona dopiero stawia pierwsze kroki. Chcę jej w tym pomóc, a potem, być może, doczekam tej satysfakcji, że moje dziecko już samodzielnie sobie poradzi.

- Od lat koncertuje Pan z Grupą Pod Budą, czekamy na premierę wspólnej płyty z córką Mają „Kraków – Saloniki”. Na scenie pojawia się Pan również z Grzegorzem Turnauem, który jest z nami przy rozmowie, dlatego kolejne pytanie skieruję do obu Panów. Na scenie są Panowie niezwykle zgrani. Czy to kwestia wyćwiczenia, czy siła naturalności i spontaniczności?

AS: Nasz program nie ma sztywnych ram. Bronimy się przed rutyną. Założenie wspólnego śpiewania to pewna dowolność i improwizacja, nawet taka, która nas samych czasami zaskakuje. Często zdarza się, że dopiero na scenie rodzi się nowy żart, albo ciekawa riposta.

Grzegorz Turnau:
Ważne jest też to, aby pamiętać, że każdy z nas do wspólnego koncertowania przychodzi ze swojej drogi. Andrzej z o wiele dłuższej niż moja. Spotkanie pod tytułem "Pasjans na dwóch" to sytuacja, kiedy obaj wysiadamy z autobusów swojej własnej twórczości i wsiadamy do jednego małego, kameralnego kabrioletu, w którym żaden z nas się nie napina, żeby udowodnić, że jest człowiekiem orkiestrą. Założeniem "Pasjansa na dwóch" jest naturalność, a podstawowe instrumenty to gitara, fortepian i moja mała harmonia, która się pojawia w kilku utworach.

- A w życiu prywatnym, też się Panowie tak wspaniale dogadują jak na scenie?

GT: W życiu prywatnym najważniejsza jest harmonia, ważniejsza niż fortepian.

AS: Grzegorz wspomniał o tych dwóch autobusach, którymi się poruszamy. W efekcie jest tak, że w miesiącu potrafimy zagrać razem kilka koncertów, ale jest też tak, że przez kilka miesięcy na pojawiamy się razem na scenie, bo np. jesteśmy po dwóch stronach Polski, albo się mijamy. Kiedy już się ponownie spotkamy, aby razem zagrać, to za każdym kolejnym razem jest to coś odkrywczego, bo w to nasze wspólne granie wnosimy kolejne doświadczenia.

GT: Poza tym „Pasjans na dwóch”, może dlatego, że nie jest to duży zespół, zabrał nas w kilka pięknych miejsc np. do Londynu, Kalifornii, Wiednia, Rzymu.

- Kim jest ten płowowłosy gitarzysta, co śpiewa o pogodzie? Tak pomyślał Grzegorz Turnau o Andrzeju Sikorowskim, kiedy po raz pierwszy zobaczył go w programie telewizyjnym w 1979 roku. A jaka było reakcja Andrzeja Sikorowskiego, kiedy po raz pierwszy usłyszał młodego Turnaua?

AS: Moje spotkanie z Grzegorzem było do razu zawodowe. Zasiadałem w jury festiwalu studenckiego, w którym Grzegorz brał udział i który też wygrał w 1984 roku. Podpisując werdykt jury trochę też przyłożyłem się do jego sukcesu.

GT:
To było jury moich marzeń. Zasiedli: Marek Grechuta, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Zygmunt Konieczny, Krzysztof Litwin, Jan Kaczmarek. Jak wylazłem na scenę i zobaczyłem to towarzystwo, to nogi mi się ugięły.

AS: Miałem przecieki od kolegów, którzy widzieli już Grzegorza wcześniej na jakiejś giełdzie eliminacyjnej. Mówili, że jest taki młody człowiek, że w dobrym idzie kierunku. Ja dopiero na tym studenckim festiwalu mogłem to zdiagnozować i nie miałem żadnych wątpliwości, że pomimo młodego wieku - wtedy miał zaledwie 17 lat - jest to człowiek, który ma coś do opowiedzenia, a to najistotniejsze dla zjawisk estradowych. Forma mnie aż tak nie porywa jak właśnie propozycja. Grzegorz zaistniał. Przez lata spotykaliśmy się, wymienialiśmy uściski dłoni. Minęło parę lat i przypadek sprawił, że wystąpiliśmy razem. Napisałem piosenkę, która została pomyślana dla dwóch krakusów. Trzeba było znaleźć tego drugiego i tak jakoś padło na Grzegorza.

GT: Wybrał mnie tylko dlatego, bo akurat przechodziłem ulicą i Andrzej mnie zaczepił.

AS: Ale też dlatego, że mamy podobną estetykę. Gdybyśmy razem przejrzeli program londyńskich spektakli czy musicali, to prawie jestem pewien, że wybralibyśmy podobne rzeczy, które chcielibyśmy zobaczyć.

GT: A potem, po koncercie, czy musicalu i tak zgodnie poszlibyśmy do pubu.

- Pojawiacie się na scenie i za każdym razem odnosicie sceniczny sukces. W POSK-u dawno nie było tak udanego koncertowania i tak licznej publiczności. Co trzeba zrobić, aby woda sodowa nie uderzyła do głowy?

AS: Nie sądzę, że istnieje recepta na wodę sodową.

GT: Każdy artysta jest próżny.

AS: Nie ma estradowca, na którym owacja na stojąco nie zrobi wrażenia. Jest to bardzo miłe i na pewno łechce próżność człowieka. Woda sodowa jest objawem małości. Ludzie, którzy szybko uznają, że są mistrzami świata, to zdaje się, że nie mają rozbudowanego aparatu krytycznego, którym każdy rozsądny człowiek - a uważam się za w miarę rozsądnego człowieka - się obmierza. Mój aparat krytyczny pozwala mi stwierdzić, czego nie umiem zrobić, jakie mam braki, pozwala mi zachować dystans a także uzbroić się w pewien spokój, kiedy wokół mnie zacznie robić się cicho i zbliży się nieuchronny koniec zabawy.

GT: Bardzo ważną rzeczą jest ciągła potrzeba przebywania z artystami, którzy są ode mnie lepsi. Instynktownie to robiłem od początku kariery. Spoglądam zawsze do góry. Jest wirtuoz gitary - to ja chcę z nim pracować, po to, aby móc się czegoś od niego nauczyć.

- "Pasjans na dwóch" to duet dwóch mężczyzn. A jak układa się Panom zawodowa współpraca z kobietami?

GT: Mam za sobą mnóstwo przygód estradowych z kobietami. Ostatnią płytę, którą nagrałem, a która ukaże się w listopadzie, to duet z Anną Marią Jopek. Płyta nosi tytuł "11.11". Dlaczego taki tytuł? Bardzo lubię tę godzinę, a poza tym to moja jedenasta płyta. Wcześniej grałem też m. in. z Justyną Steczkowską, z Beatą Robotycką. Muszę przyznać - z przykrością dla Andrzeja – że milej patrzeć na ładną dziewczynę, niż na łysawego jegomościa. Jednak, w przeciwieństwie do Andrzeja, z kobietami po koncercie nie chodzę na piwo.

AS: Od lat gram z Anną Treter w zespole Pod Budą, od jakiegoś czasu koncertuję też z córką. Zupełnie inaczej zachowuję się, kiedy na scenie pojawia się kobieta. Kobieta zmienia nasze obyczaje, nawyki, słownictwo. Staramy się kontrolować, np. nie przeklinać, chociaż to wcale nie jest łatwe. Ale rzeczywiście, jest coś takiego jak więź męsko-męska, chociażby polegająca na tym pubie wspomnianym przez Grzegorza.

- A prywatnie? Najważniejsze kobiety w życiu?

GT:
Powiem coś bardzo banalnego: matka, żona, córka i jeszcze babcię dorzucę.

AS: Ja już akurat babci nie mam. Ale u mnie jest podobnie. To moja mama, żona, z którą jestem od 30 lat i córka, która oprócz tego, że jest moim dzieckiem, to dodatkowo wyzwala sentymenty, bo wszystko wskazuje na to, że będzie przedłużeniem mojej działalności artystycznej. Nic więcej na temat kobiet mojego życia nie jestem w stanie powiedzieć.

GT: Za to piosenek napisał dużo – to go usprawiedliwia.

- Spotykamy się w Londynie. Czy mają tu Panowie swoje ulubione miejsca?

GT: Po raz pierwszy do Londynu przyjechałem z ojcem jako trzynastolatek. Z tego wyjazdu zapamiętałem scenę z Regent’s Park, gdzie jedliśmy kanapki, bo wtedy nas, biednych Polaków, nie było na nic innego stać. To był jedyny posiłek w ciągu całego dnia. Wielkie wrażenie zrobił na mnie wtedy tak fantastycznie utrzymany londyński park. Później pojawiałem się w Londynie kilkakrotnie w drodze do dalekich krajów, lub przyjeżdżając na koncerty. Za mało się jednak oswoiłem z tym miastem, aby mówić o ulubionych miejscach. Na pewno będę dobrze pamiętał okolice Strandu, gdzie byliśmy na musicalu.

AS: Mój Londyn to migawki. Polubiłem St Caterine’s Dock. Ciekawie jest też na Portobello - tłum, dużo antyków. Podejrzewam, że takich miejsc w Londynie jest bardzo dużo. Muszę jednak przyznać, że w moim rankingu odwiedzanych przez mnie miast Londyn nie jest najwyżej w notowaniach. Może dlatego, że Londyn wydaje mi się szary. To najwyraźniej kwestia pogody.

Rozmawiała Joanna Biszewska.
Wywiad ukazał się w Wielkiej Brytanii, w polskim tygodniku Cooltura - 8 października 2005r.

27 sierpnia 2007r.
ukazała się koncertowa płyta rejestrująca koncert "Pasjans na Dwóch".
Koncert zarejestrowano w poznańskim klubie "Pod Pretekstem" 23 października 2006r.
Koncert "Pasjans na dwóch" grany jest od 2001 roku.
Jego zawartość przez lata ulegała modyfikacjom i zmianom.

Kwiecień 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
5
11
14
15
16
17
18
30

Nadchodzące wydarzenia


27
Kwi
2017
19:30
Koncert
27 kwiecień 2017 19:30
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Iwona Loranc w koncercie pt. "Wiosna, ach to Ty". Akompaniują: Miłosz Wośko (instrumenty klawiszowe) i Paweł [...]
28
Kwi
2017
19:00
Koncert
28 kwiecień 2017 19:00
La Boheme - Warszawa, ul. Mysłowicka 1
Przemek Mazurek w recitalu pt. "Trzeba coś robić". Liryczno-kabaretowy recital autorski, choć niepozbawiony [...]
28
Kwi
2017
19:30
28 kwiecień 2017 19:30
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
"Jacek Kaczmarski - Lekcja historii" to spektakl złożony z pieśni Kaczmarskiego poświęconych kilkunastu sławnym [...]
29
Kwi
2017
19:30
29 kwiecień 2017 19:30
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
"Jacek Kaczmarski - Lekcja historii" to spektakl złożony z pieśni Kaczmarskiego poświęconych kilkunastu sławnym [...]
29
Kwi
2017
19:30
Koncert
29 kwiecień 2017 19:30
Kawiarnia Lipowa 43 - Nałęczów, ul. Lipowa 43
Przemek Mazurek w recitalu pt. "Trzeba coś robić". Liryczno-kabaretowy recital autorski, choć niepozbawiony [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL