Zabawa późnej młodości - o serii Poeta-Pieśniarz

piątek, 26 październik 2007
Jan StolarczykTeresa Drozda rozmawia z Janem Stolarczykiem - pierwszym redaktorem serii "Poeta Pieśniarz" ukazującej się nakładem Wydawnictwa Teatru Kalambur w latach 1984-1991

- Co Pan wiedział  o Studenckim Teatrze Kalambur zanim Pan do niego trafił? Czym Kalambur był na mapie Wrocławia i czym był w Pana głowie?


- W 1970 roku rozpocząłem studia na Uniwersytecie Wrocławskim i od razu wsiąkłem w towarzystwo artystyczno-teatralne. Wtedy już cała Polska znała Kalambur i nie był on jeszcze żywą skamieliną, ale żywą legendą kultury studenckiej. Stanowił światową markę w tym nieoficjalnym studenckim ruchu teatralnym. W tamtych czasach poznałem aktorów Teatru Kalambur, chodziłem na przedstawienia, bywałem niekiedy na przyjęciach teatralnych i tak jak to podkreśliłem na początku – wsiąkłem w to środowisko. Bardzo mi ono odpowiadało, dlatego że było zwariowane i nieoficjalne. Można w nim było sobie o tym i owym pleść. Krótko mówiąc to był azyl, takie miejsce wolności, gdzie ludzi łączyły pewne ideały i spojrzenie na świat. Nie było lewicy ani prawicy, więc poglądy polityczne nie dzieliły. To była zupełnie inna rzeczywistość.

- Był jeden wróg...

- Nawet jeśli nie było wroga to było poczucie wspólnoty, pewnego celu artystycznego, czy też zabawy. Chęć zabawy, ale taka, przez którą poznawało się świat, dotykało się tego świata i odbierało go niekiedy boleśnie. To było środowisko Kalamburu, ale Kalambur tworzył również festiwale międzynarodowe. Zespoły, które tu przyjeżdżały to była pierwsza liga teatrów niezależnych – zupełnie pierwsza liga. To, co można było wtedy obejrzeć, to był powiew wielkiego świata i wielkiej kultury. Z całej Polski zjeżdżali się młodzi ludzie, bo tutaj mieli poczucie bycia razem oraz bycia u siebie w sposób niezależny i wolny.
Wtedy też zobaczyłem we Wrocławiu pierwszą prawdziwą manifestację. To było w latach siedemdziesiątych, w czasie któregoś z festiwali, gdy wielotysięczny tłum szedł ulicami Wrocławia. To miał być happening, ale ten wielotysięczny tłum wykrzykiwał hasła: "Wolność prasy", "Wolność słowa" w różnych językach. Traktowano to jako zabawę i żart. Byłem porażony tą masą, która czegoś żąda. Pamiętam, że milicjanci stali na chodnikach i nie bardzo wiedzieli co z tym zrobić. Manifestacja była oficjalna, a tu drą się: "Wolność słowa", "Wolność prasy" i inne podobne hasła, gdzieś na pograniczu żartu, wygłupu, polityki i wielkich oczekiwań. To były czasy tuż po-hippisowskie i jeszcze hippisowskie, stworzyła się taka globalna mentalność ludzi. Czy w Stanach Zjednoczonych, czy w Polsce, niezależnie od ustroju przenikały przez granicę te "zarazki" świata niezależnego.
W 1980 roku zaczęła się "Solidarność", a ja wyjechałem do Berlina Zachodniego. Wróciłem pod koniec "Solidarności". Po dwóch latach włóczenia się po mieście, pisywania do różnych pism, jak "Twórczość", "Odra" musiałem znaleźć pracę i Urszula Kozioł "wtrąciła" mnie do Kalamburu.

- Czyli na początku nie był Pan w zespole oficjalnie, nie działał Pan ani w Teatrze ani na jego rzecz?


- Jeśli chodzi o "Kalambur" i wiele innych teatrów studenckich było to tak, że istniał jakiś zespół, pracownicy i wielki tłum przyjaciół – kolesiów - współautorów. Status większości z tych osób nie zawsze był jasny. Może najlepsze byłoby określenie "rezydent". Za Kalamburem, tak jak za wieloma teatrami, wlókł się długi, piękny ogon, bardzo kolorowy, barwny, który składał się z podteatrzyków i teatrzyków.
We Wrocławiu, jak w całej Polsce było mnóstwo scenek teatralnych studenckich. Aktorzy mniejszych scenek przesiadywali w Kalamburze, kolegowali się ze sobą, przyjaźnili. Była to taka fermentująca twórcza masa.

- Wszedł Pan do tego zespołu w 1983 roku?

- Pani Urszula Kozioł powiedziała: "Słuchaj Jasiu, idź do Litwińca, on potrzebuje kogoś do działu redakcyjnego".
Poszedłem więc do Bogusia Litwińca, który znał mnie, ale nie przyjaźniliśmy się jeszcze wtedy. Porozmawiał ze mną, ponieważ chciał mnie poznać bliżej i przyjął do zespołu.
Pracowałem w Kalamburze do końca 1986 roku.

- Rok 1983 nie był wesołym czasem dla studenckiej kultury, patrzenia w przyszłość i myślenia o przyszłości... Jak Kalambur wyszedł ze stanu wojennego?

- Jasne było, że wielka przeszłość teatrów studenckich jest już za nimi, przyszłość natomiast była niewyraźna. Przede wszystkim szykowały się zmiany ekonomiczne i polityczne i nikt nie mógł rozpoznać ich zakresu - zwłaszcza zmian politycznych. Teatry zaczęły szukać sponsorów. Teatr Kalambur, jak na tamte czasy, miał bogatego sponsora, którym były Zjednoczone Przedsiębiorstwa Rozrywkowe.
Wtedy też Kalambur stał się teatrem zawodowym z etatowymi aktorami. Był to jednak teatr z offu i pozostał w nim taki duch młodzieńczy, harcerski, studencki. Trudno było więc go tak do końca sformalizować. Sam Bogusław Litwiniec – założyciel Teatru Kalambur – do dzisiaj jest pełnym energii siedemdziesięciokilkuletnim młodzieńcem. W tych latach przełomu Litwiniec odnalazł miejsce dla Kalamburu. Oprócz sceny był to rodzaj domu pracy twórczej. Wydawnictwo Teatru Kalambur publikowało Bibuły Młodych Twórców, wiersze oraz szkice prac o teatrze studenckim. Wydawaliśmy również taką serię "Poeta – Pieśniarz". Mieliśmy dużo do zrobienia, ale poczucie jakiegoś zmierzchu było bardzo silne.

- Sprowadziła mnie do Pana właśnie seria "Poeta – Pieśniarz". Składa się ona z 12 tomików, które ukazywały się od 1984 do 1991 roku. Te najważniejsze (w pewnym kontekście) ukazały się w latach 1984 – 1986. Pan redagował te tomiki. Skąd wziął się pomysł na tę serię, kto ją wymyślił i czemu przybrała ona taką formę?

Okładka serii - Nie pamiętam kto wymyślił tę serię. Nie powiem, że to byłem ja, bo na pewno nie. Ja redagowałem, zajmowałem się organizacją, walką z cenzurą i tym podobnymi działaniami. Najprawdopodobniej wymyślił to Bogusław Litwiniec, bo on miał tego typu pomysły.
Kalambur tworzyli studenci. Wyrósł on w środowisku studenckim i akademickim. Była to po pierwsze wielka wspólnota pokoleniowa, a po drugie młoda inteligencja, która wrzała. Gdy spojrzymy na nazwiska twórców, których książeczki wydaliśmy to wyraźnie widać, że to ludzie, którzy wyszli z tzw. ruchu studenckiego. Z czasów tej rojnej, gwarnej i bujnej kultury studenckiej: Maciej Zembaty, Andrzej Poniedzielski, Andrzej Garczarek, Leszek Długosz. Występowali oni w Kalamburze, przyjeżdżali, byli z nami zaprzyjaźnieni i to zrodziło się w sposób naturalny: są, publikują, śpiewają, wydawnictwa oficjalne się nimi nie interesują, zatem wypadałoby nie tylko zostawić świadectwo (bo świadectwo jest dla tych ludzi, którzy przyjdą po nas), ale dać nam książeczki, które stworzą szansę do zapoznania się z ich tekstami i ich kulturą artystyczną.
Tomiki, jako pośrednik, miały zapewnić po prostu tę materialną więź z przyjacielem, czyli osobą znaną w kulturze. Przecież działo się to wszystko w środowisku przyjaciół, bo lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to były takie czasy. Tak jak w pięknej starej piosence: "Wędrowali szewcy przez zielony las, nie mieli pieniędzy, ale mieli czas." To były dwa elementy, które doprowadziły do powstania serii: nie było pieniędzy, ale było tyle czasu, że fermentowało w głowach, w których powstawały ciekawe pomysły. Wspólnota ludzi, którzy spotykali się i gromadzili wynikała nie tylko z ruchu hippisowskiego, lecz (zwłaszcza w Polsce) również z pewnych uwarunkowań politycznych. Młodzi gromadzili się w stowarzyszeniach i klubach, bo chcieli być razem i mieć swój azyl.
Kalambur był takim znakomitym azylem. Przyjeżdżali i występowali w nim pieśniarze, a chodziło o to aby ich pokazać. Będzie koncert, będą na nim również książki i będzie można tę twórczość poznać. To był świetny pomysł.
Jacek Ćwikła – grafik kalamburowy stworzył znak, takie P jakby płonące, rozlewające się. P jak poeta i jak pieśniarz, ale przypominające jakby gardło ludzkie. Były to książeczki bardzo siermiężne, ale wtedy wszystko było takie i nikogo to nie raziło, a wręcz przeciwnie: wszystkich nas te książeczki cieszyły. Po pierwsze, że to myśmy je wydali, a po drugie, że udało się pod względem materialnym. Drugi z tych względów cieszył ponieważ tomiki te nie powstały w oficjalnych drukarniach. Drukowaliśmy na państwowej maszynie, ale papier był wydobyty prywatnie najprzeróżniejszymi sposobami: trochę kradziony, trochę gdzieś wyniesiony przez kogoś. Tomiki te powstały z rozpędu, takiego trochę romantycznego oraz szczególnych więzi łączących nas wszystkich. Spontanicznie i naturalnie kwitły trochę w stanie dzikim.

- Kalambur był oficjalnym przedsięwzięciem i sam Pan wspomniał o chodzeniu z tekstami do cenzury, stoi to trochę w sprzeczności z tym nieoficjalnym obiegiem...


- Kalambur był instytucją oficjalną, więc tomiki musiały być zatwierdzone przez cenzurę. Często teksty przechodziły, tylko trzeba było je umiejętnie obronić, np. u Andrzeja Garczarka jest taki tekst "Zamojszczyzna". Tam są słowa: "Mróz za mordę wziął i trzyma...". Rok 1984. Pani cenzor powiedziała, że tego tekstu nie puści. Musiałem tłumaczyć, że jest to tekst o Zamojszczyźnie, o czasach wojny, o tym co robili Niemcy z nami, że to można powiedzieć tekst patriotyczny. Sprzeczała się ze mną, żebym nie grał wariata, bo doskonale wie o co chodzi.
Przekonywałem: "Czy Pani dyrektor wyszła kiedyś z ciepłego pomieszczenia na mróz? I jakie wtedy miała Pani wrażenie? Jakby ktoś za mordę wziął i trzymał? To jest fizjologiczne zjawisko."
Raczej się tym bawiłem i nie kpiłem z niej, zatem ku mojemu zdziwieniu, po pewnej chwili zgodziła się na to, żeby tekst poszedł. Coś innego wtedy zakwestionowała, jakiś drobiazg, który Garczarek poprawił i wyszło jeszcze bardziej ostro.
Gdy poszedłem do cenzury z Leszkiem Wójtowiczem w ogóle nie chcieli ze mną rozmawiać. Wiedziałem, że pewne nazwiska są zakazane, ale w wielu wypadkach należało się postawić. Pod koniec czasów cenzury poszedłem z jakąś książką Wydawnictwa Dolnośląskiego i dowiedziałem się od cenzora, że lubili te moje pertraktacje oraz to, że próbowałem obejść te przepisy. Niekiedy tak z cenzurą należało postępować, bo oni też próbowali znaleźć sposób na obejście różnych zakazów. W cenzurze nie pracowali ludzie głupi. Niektórzy z nich byli oddani wiernie przepisom i z nimi nie można było rozmawiać, ale byli i tacy, którzy próbowali obejść i przemycić coś w tekstach. To były czasy zabawy z cenzurą.
Pamiętam też, jak poszedłem z Kołakowskim, który wyjął gitarę i zaśpiewał jedną ze swoich piosenek, żeby cenzor usłyszał w jakiej oprawie to będzie wykonane. Przekonaliśmy tym wykonaniem cenzora i tylko kolor czerwony, który się w piosence pojawił, musieliśmy zmienić na inny.

- Tomik Romana Kołakowskiego, z tej serii nosi tytuł "Piosenki ocenzurowane", co jak na tamte czasy było dość prowokującym tytułem...

- To była prowokacja, ale czyż one nie były ocenzurowane? One były ocenzurowane. Właśnie z cenzurą była krótka rozmowa: przecież to jest żart, a one są ocenzurowane - przystawiacie stempel. To było w 1986 roku, więc pewne wiązadła już puszczały i nie było większego kłopotu. Piosenki były ocenzurowane i tak poszły.

- W tej serii zastanawia mnie to, że jest w niej pewien rodzaj niejednorodności polegający na tym, że np. Długosz, który otwiera tę serię w 1984 roku, był o wiele bardziej znanym i poważnym twórcą i autorem, istniejącym na rynku 20 lat, a wydany parę miesięcy później Andrzej Poniedzielski funkcjonował 6 lat, jak sam napisał we wstępie. Obok Wojciecha Bellona, czy Romana Kołakowskiego jest nagle Wojciech Młynarski, czy nawet Jeremi Przybora, który zamyka całą tę serię. Jaki był klucz doboru autorów?

- Jak widać po Pani prezentacji nie był to klucz pokoleniowy, ale autorski. Autorami tomików byli artyści, którzy pisali wtedy najlepsze teksty i sami je wykonywali. To był poeta – pieśniarz, czyli ktoś, kto pisał tekst, a równocześnie użyczał temu tekstowi głosu i uwiarygodniając go. Wyrażał tekst również biologicznie poprzez własne ciało, więc tekst ożywał w jego wykonaniu, według jego zamysłu autorskiego. To jest cała zagadka.

- Do większości z tych tomików sami autorzy napisali takie słowo wstępne. Tych, do których tego słowa wstępnego nie napisano jest zdecydowanie mniej. Leszek Długosz napisał długi artykuł opowiadający trochę o nim oraz jego patrzeniu na piosenkę, a z drugiej strony jest on świetną próbą opisu i charakterystyki gatunku. Wstępy te, w dzisiejszych czasach, stanowią moim zdaniem wartość dodaną serii. Jak było z namawianiem autorów, żeby pisali wstępy do tych książeczek?

- Dawno temu mówiono: "swój, do swego, po swoje". W przypadku tomików poeta – pieśniarz miał za zadanie skomentowanie samego siebie. Chodziło o to, żeby twórcy ujawnili w jakiś sposób autoświadomość, objaśnili samego siebie czytelnikom i samym sobie w miarę lekko, dowcipnie i z wdziękiem, żeby to nie był trudny wstęp akademicki. Wdzięk autokomentarza miał zwiększyć poczytność książki. Wstępy wraz z tekstami miały być spójne. Dodatkowo zamysłem kieszonkowego formatu książeczek było, aby czytelnik mógł mieć je zawsze przy sobie, aby mógł do niej zajrzeć, przejrzeć, przypomnieć sobie piosenkę, czy ucieszyć się jakimś znakomitym tekstem.

- Pojedyncze tomiki poszczególnych autorów, gdzieś w ich miastach, czy nakładem miejscowych organizacji studenckich ukazywały się, ale seria "Poeta – Pieśniarz" przez wiele lat była jedynym dostępnym materiałem z tekstami tych autorów. Dopiero w 1999 roku już w zupełnie innym czasie i w zupełnie inny sposób Wydawnictwo Twój Styl spróbowało wrócić do tej idei i otworzyło Bibliotekę Bardów, która skończyła się na 11 tomach. Czy w Kalamburze miał Pan poczucie, że tworzycie coś ważnego na wiele lat?

Jan Stolarczyk - Nie zastanawialiśmy się nad przyszłością ani nad tym, jak to będzie odebrane i czy owi bardowie znajdą sobie miejsce w przyszłym świecie. Bawiliśmy się tym. Skoro nikt do tej pory nie zainteresował się tymi tekstami, nie zaproponował ich wydania, a nawet niekiedy nie chciał wydać takiego tomiku, a Kalambur był miejscem, z którym ci ludzie byli mentalnie, poprzez przyjaźnie i występy związani, to należało pokazać to, co najlepsze i najpiękniejsze w polskiej piosence autorskiej, z ówczesnego, najmłodszego pokolenia. Wydawało się to najbardziej naturalne. Wiedzieliśmy jedno, że przez najbliższych kilka lat niejasność, niepewność, brak papieru, brak zainteresowania wydawnictw takiego typu edycjami spowoduje, że na wiele lat będzie to jedyny zbiór. Zamysłem było, że seria będzie kompletna, jednak nie udało się to do końca. Z różnych powodów seria się skończyła, chociaż istnieje jeszcze kilka nazwisk, które powinny w tej serii się wtedy znaleźć. Niektórzy autorzy obiecali i nie przynieśli swoich tekstów.

- Z mojego punktu widzenia, w roku 2007, ta seria jest absolutnie na wagę złota. Dwa lata ją kompletowałam, poszukując na aukcjach internetowych, w końcu się udało. Najtrudniej było zdobyć książeczkę Andrzeja Garczarka, Andrzeja Poniedzielskiego i Wojtka Bellona. Na aukcjach internetowych osiągają one niewiarygodne ceny.
Jak Pan patrzy dzisiaj na tę serię? Jest Pan z niej dumny?


- Wbrew pozorom jest to bardzo trudne pytanie. To była znakomita zabawa później młodości. Było to wyrazem pewnej postawy i pewnych przyjaźni, a nie pracą związaną z zawodem czy jakąś koniecznością. Wydawaliśmy książki przyjaciołom - ludziom, których szanowaliśmy i ceniliśmy, z którymi był znakomity kontakt. Ta więź była najistotniejsza i najważniejsza. Później zostałem wydawcą i wydawałem rzeczy wielokrotnie piękniejsze niż te tomiki, ale one są moimi redakcyjnymi pierwocinami. Zgrzebność poszczególnych tomików powoduje taką tęsknotę za dawnymi czasami, bo to co zawierają jest piękne i wspaniałe. Można powiedzieć, że są to takie perełki w byle jakim opakowaniu.
Dzisiaj wydawcy nie wydadzą takiej serii i podadzą wiele powodów: brak zainteresowania odbiorców, niski nakład, więc takie rzeczy w zasadzie przepadają. Jednak dzisiaj, jeśli komuś naprawdę zależy, to wydanie książki nie jest żadnym problemem. Zawsze znajdzie się jakaś instytucja, która może wydać książkę. Wtedy zebraliśmy teksty poszczególnych autorów, bo wiedzieliśmy, że energia i kultura tego pokolenia rozprasza się gdzieś i ginie. Należało to zebrać w serię tak, jak w którymś z tych wierszy naszych pieśniarzy pada: "Bo w pojedynkę nas wytłuką".
W tym zbiorze każdy ma swoją intensywność, swoją wartość i swoje piękno, ale tomiki bronią się raczej jako zestaw.

- Przez wiele lat dla kilku z tych artystów te tomiki były pierwszymi, a dla niektórych pozostały jedynymi dostępnymi zbiorami ich tekstów - i to jest kolejna, ogromna wartość tej serii.

- Nie pracowałem już w Kalamburze, kiedy wydany został Przybora, ale sam fakt, że on się ochoczo zgodził uznaliśmy za ocenę tej serii. Skoro sam Mistrz chce być z debiutantami i młodymi ludźmi to znaczy, że po pierwsze czuje się pośród nich dobrze, po drugie - ceni to towarzystwo i ich artyzm. Było to dla nas niesłychanie ważne, chociaż nie było do końca zaskoczeniem. Przybora był jednym z tych, którzy byli najmłodsi duchem. Ten melanż różnych postaci z różnych pokoleń okazał się bardzo twórczy i zachował swoją energię na długie lata, i z tego wypada się cieszyć. Duch Kalamburu, w którym kipiało i wrzało, został przeniesiony również poprzez tę serię.

- Jaka była Pana rola przy tych pierwszych tomikach i na czym polegała ta opieka redakcyjna (tak jak z tyłu w stopkach jest zanotowane)?


- Pierwsza sprawa wybór nazwisk, czyli decyzja komu chcemy książkę wydać. Następnie rozmowa z autorem i przedstawienie mu warunków: czego oczekujemy, jaka to ma być książka, jaka to ma być seria, co będziemy akceptować, a czego jednak nie będzie wolno.
Ponieważ każda seria ma swoje ograniczenia i cechy istotne, których należy przestrzegać, bo inaczej  poszczególne elementy nie stworzą serii. Na tym polegały rozmowy z autorami, którzy nie odmawiali nam na szczęście. Autor przynosił teksty, które komponowaliśmy w całość. Niektórzy komponowali sami, z innymi sam komponowałem te tomiki poetyckie. Później redagowanie, kiedy mówiło się: "czy nie mógłbyś tego tu zmienić? Czy nie uważasz, że tak było by lepiej?".
Te rozmowy o tekstach obfitowały w pewne argumenty i w ten sposób ustanawialiśmy kanon każdego tomiku. Pamiętam, że praca była bardzo przyjemna. Większość autorów znałem i byłem z nimi zaprzyjaźniony, co ułatwiało sprawę. Współpracowali chętnie ponieważ cieszyło ich to, że wydany zostanie tomik z ich tekstami. To stanowiło siłę napędową tej pracy. Dodatkowo praca ta obejmowała czytanie z przyjemnością naprawdę znakomitych tekstów, które brzmiały w uszach, gdyż interpretacja tych tekstów przebiegała poprzez linię melodyczną i poprzez śpiew. To miało dodatkowy walor, bo się podśpiewywało przy redagowaniu. Nieraz bywały mniej czy bardziej kłopotliwe elementy rozmowy, bo autor był tak przywiązany do swoich tekstów, że nie chciał przystosować się do kanonu, jednak wszystkie trudności zostały przezwyciężone. Ostatecznie książki wyglądają jednakowo. Mundurek mają podobny, a pod mundurkiem to już pola otwarte.

- Książeczki mają nakłady 5000 egzemplarzy + 250. Jeśli zatem chodzi o ich dystrybucję... jakimi drogami one się później rozchodziły?

- Książki sprzedawane były głównie w Kalamburze i przez różne przygodne instytucje (pamiętam, jak pojechałem uzgadniać warunki do Domu Książki w Olsztynie). W obiegu oficjalnym, w księgarniach pojawiły się tylko gdzieniegdzie, natomiast w czasie festiwali i spotkań teatralnych organizowanych przez Kalambur sprzedawało się ich mnóstwo.
Honorarium było honorowe. Na pewno autorzy dostawali kilkadziesiąt egzemplarzy, ale naprawdę nie pamiętam, czy jakieś grosze przy tym były. To było działanie na pograniczu handlu - kultury - zabawy.

- Kto napisał słowo wstępne opisujące te serię, które znajduje się na każdej z tych książeczek z tyłu?

- To ja napisałem, jako redaktor. Ten tekst objaśnia ideę naszej serii:
"Poeta - pieśniarz jednoczy symboliczne Słowo i Ciało w wygłosie Muzyki. Jest twórcą integralnym, gdyż spotyka się w jego osobie poeta, muzyk i wykonawca. Głosi on własne, niepowtarzalne przymierze ze światem. Śpiewane dzisiaj, a drukowane czasem w różnych pismach, utwory pokryje kurz zapomnienia. Zostanie może jakaś melodia, garść słów, a może legenda. Uznaliśmy, że teksty najlepszych spośród bardów zasługują na osobne tomiki. Potrzeba i koncepcja utworzenia cyklu "Poeta - pieśniarz" zrodziła się w trakcie prac redakcyjnych nad V tomem "Sztuki Otwartej" pt. "Poeta w działaniu". Interpretacje, refleksje natury ogólnej postanowiliśmy wzbogacić o autoprezentacje postaw twórczych. I tak z dwu potrzeb - praktycznej i, powiedzmy, sentymentalnej - powstała książka, którą bierzesz Czytelniku do ręki.
Ośrodek Teatru Otwartego Kalambur wywodzi się ze studenckiego ruchu kulturalnego. Niemal wszyscy przedstawieni poeci-pieśniarze zaczynali swoją artystyczną drogę na scenkach studenckich. Kalambur daje świadectwo współuczestnictwa w działaniach niekonwencjonalnych, nasycających kulturę współczesną treściami indywidualnymi, bez których więdnie prawda o człowieku i społeczeństwie, w jakim przyszło mu żyć."


- Czy spotkał się Pan z pretensją autora, że do niego się nie zwróciliście, że jego tomiku nie ma, że on też pisze i jest wybitny?

- Niemal całe źródło wyczerpaliśmy. Jeśli przychodzili, bo już nie pamiętam, to byli ludzie, którzy coś tam brzdąkali na gitarze. Nie było to zjawisko, a jeśli już to familijne (w wąskim kręgu rodzinnym). Ówcześni autorzy, którzy byli zjawiskami w kulturze, i o których wiedziały tysiące osób, zostali zaproszeni do tworzenia tej serii, choć chrapkę na publikację w tej serii pewnie miało wielu. My chcieliśmy jeszcze w serii wydać tomik Jacka Zwoźniaka, ale on nas zwodził. Zwodził nas tak długo, że w końcu umarł.

- Osobą, której brakuje w tej serii jest Jacek Kaczmarski, ale pewnie w latach 80-tych można było nawet nie próbować wydawać jego tomiku. Ja pewnie jeszcze pomyślałabym o Grzegorzu Tomczaku...
Ale dla mnie ta seria i te książeczki mają wartość niewiarygodną. Mam frajdę wielką, że z mojego punktu widzenia, już dawno temu, ktoś zauważył, że oni istnieją, że są i coś robią. Dzisiaj ze świecą szukać ludzi, którzy kojarzą Garczarka, Leszka Długosza, Romana Kołakowskiego. Poniedzielskiemu jest ostatnio trochę łatwiej, ale nikt go nie kojarzy jako artysty lirycznego. O Bellonie też mało kto pamięta, chociaż piosenki Bellona funkcjonują, gubiąc swoje autorstwo. O Grechucie nikt nie myśli jako o autorze tekstów...

Ta seria jest dlatego unikalna i wielką rzeczą byłoby może nawet spróbować dzisiaj do niej wrócić. Gdyby dzisiaj pojawił się ktoś, kto by Pana na to namawiał, zmobilizował, popchnął, dał argumenty za tym, żeby zaryzykować i spróbować Zdecydowałby się Pan czy nie?

- Jeśli o mnie chodzi to nikt nie musi dawać mi argumentów, wystarczy żebym mógł taką książkę przygotować i od razu przystępuję do pracy. Tu chodzi o pieniądze i zabezpieczenie finansowe, dlatego nie zrobią tego jacyś wielcy profesjonalni wydawcy. Dobrze by było, żeby na uboczu, w jakimś mniejszym wydawnictwie ukazał się piękny tom tego, co najlepsze było w piosence autorskiej u tych pieśniarzy lat 70-tych i 80-tych. Sam jestem wydawcą i już się śmieję i już odpowiadam, że u nas taka książka nie wyjdzie, ale porozmawiam z pewnym człowiekiem, bo jednak to jest trop – zrobić obszerną antologię tego, co było najlepsze w polskiej piosence studenckiej, artystycznej bardów polskich lat 70-tych i 80-tych.
Zobaczymy co z tego wyjdzie.

- Patrząc na te białe książeczki, czy którąś z nich schowałby Pan sobie teraz w szufladzie?

- Mam komplet zachowany i przy innych, które wydałem, te są kopciuszkami, ale tak jak rodzice do tego najmniejszego, trochę ułomnego dziecka mają najwięcej czułości – ze mną jest jakoś podobnie. Nie wyróżniam chyba żadnego z tomików. Z każdym wiąże się dla mnie jakaś przygoda koleżeńska. Z Grechutą piękne spotkanie i rozmowy. Z Leszkiem Długoszem jestem zaprzyjaźniony do dzisiaj. Z Andrzejem Garczarkiem podobnie. Pewne więzi z tamtych czasów pozostały i one pewnie również rzutują na stosunek do tych małych białych i zielonkawych tomików.

- Seria przetrwała od 1984 do 1991 roku, świadczy to o tym, że była wola, aby przy zmieniającej się tak bardzo rzeczywistości kontynuować to działanie, zastanawia mnie ten fenomen zwłaszcza dzisiaj, kiedy rezygnuje się z jakiegokolwiek działania po roku, czy dwóch latach...

- Pozostaje się tylko cieszyć, że tak się stało… rok 1991 to schyłek PRL-u, ale też i schyłek Teatru Kalambur. Wkrótce potem teatr został rozwiązany i seria też się skończyła w sposób naturalny. Już nie było pieniędzy. Zmierzchło, skończyło się i możemy tylko zaśpiewać: ta nasza młodość...

Z Janem Stolarczykiem - pierwszym redaktorem serii "Poeta Pieśniarz" ukazującej się nakładem Wydawnictwa Teatru Kalambur w latach 1984-1991 rozmawiała Teresa Drozda.


W serii "Poeta Pieśniarz" ukazały się następujące tomiki:

  1. Leszek Długosz "Śpiewnik Ilustrowany" – 1984 (wstęp autora)
  2. Marek Grechuta "Będziesz się uśmiechać" – 1984 (wstęp Istvan Grabowski)
  3. Andrzej Poniedzielski "Chyba już można" – 1984 (wstęp autora)
  4. Andrzej Garczarek "Krowie ciepło" – 1985 (wstęp autora)
  5. Wojciech Bellon "Niechaj zabrzmi Bukowina..." – 1986 (wstęp Adam Ziemianin)
  6. Roman Kołakowski "Piosenki ocenzurowane" – 1986 (wstęp autora)
  7. Andrzej Sikorowski "Moje piosenki" – 1987 (wstęp Jan Poprawa) – red. Wojciech Śmigielski
  8. Wojciech Młynarski "Jeszcze w zielone gramy" – 1988 (wstęp autora) – red. Wojciech Śmigielski
  9. Maciej Zembaty "Mój Cohen" – 1988 (bez wstępu – teksty i proza, inna okładka)
  10. Jacek Kleyff "Piosenki z lat 1967 – 1980" – 1989 (bez wstępu)
  11. Jeremi Przybora "Piosenki, które śpiewałem sam lub z Przyjacielem" – 1990 (wstęp autora) – red. Dorota Sapińska
  12. Jeremi Przybora "Piosenki, które śpiewali inni" – 1991 (bez wstępu) – red. Dorota Sapińska
  13. Jonasz Kofta "Co to jest miłość" - 1991 (bez wstępu, wybór tekstów Jadwiga Kofta) - red. Dorota Sapińska

Redaktorem tomów - jeśli nie zaznaczono inaczej - był Jan Stolarczyk.


Maj 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
8
9
11
14
17
26
28

Nadchodzące wydarzenia


27
Maj
2017
17:00
27 maj 2017 17:00
Teatr Stary - Lublin, ul. Jezuicka 18
"Wieczorem" to przedsięwzięcie z gatunku koncert – teatr łączące wiersze Józefa [...]
27
Maj
2017
19:00
Koncert
27 maj 2017 19:00
Łódzka Piwnica Artystyczna Przechowalnia - Łódź, ul. 6 sierpnia 5
Zespół "Drabina Jakuba" w premierowym koncercie promującym debiutancką płytę pt. "Drugi [...]
27
Maj
2017
20:00
27 maj 2017 20:00
Teatr Stary - Lublin, ul. Jezuicka 18
"Wieczorem" to przedsięwzięcie z gatunku koncert – teatr łączące wiersze Józefa [...]
29
Maj
2017
19:00
29 maj 2017 19:00
Prom Kultury Saska Kępa - Warszawa, ul. Brukselska 23
Teresa Drozda przypomina: Kazimierz Brusikiewicz. Kazimierz Brusikiewicz (1926-1989) - jeden z najwybitniejszych, a może po prostu [...]
30
Maj
2017
21:00
30 maj 2017 21:00
Piec' Art Acoustic Jazz Club - Kraków, ul. Szewska 12
Mateusz Nagórski w koncercie piosenek Jacka Kaczmarskiego oraz wierszy Poety z autorską muzyką artysty. Mateusz [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL