"Poeci Piosenki" na Łowickiej

środa, 03 wrzesień 2008
(Specjalnie dla "Strefy Piosenki" pisze Piotr Kosela)

To nie mógł być udany koncert. Bo cóż może zaproponować zestaw artystów nieobecnych w mediach i na półkach "dobrych sklepów muzycznych"? Jedynym powodem zorganizowania takiego koncertu może być chęć nostalgicznej podróży w przeszłość, przypomnienia sobie piosenek, które gdzieś, kiedyś istniały. I minęły. Jak lata od ich wątpliwej popularności. Wątpliwej, bo i wykonawcy znani raczej wąskiemu gronu odbiorców. Najczęściej spotykanym wyjściem z tak kłopotliwej sytuacji wydaje się być ostatnio zaproszenie młodych wykonawców, którzy wystąpią w żelaznym repertuarze, najlepiej nieżyjącej gwiazdy. Tutaj nawet tego nie było. Mimo tego publiczność przyszła. Przyszła i słuchała z zapartym tchem, łezką w oku - raz z powodu liryki płynącej ze sceny, innym razem ze śmiechu. Łzy na pewno nie były spowodowane ceną biletów. Wstęp był wolny.
Tak naprawdę każda z występujących osób z osobna mogłaby być gwiazdą dowolnego konkursu piosenki. I nie chodzi o stawanie w konkursowe szranki, ale o występ zamykający konkurs. Z pożytkiem dla konkursowiczów, którzy niejednego mogliby się przy tej okazji nauczyć. Przede wszystkim każdy wykonawca jest śpiewającym autorem, a tych dotkliwy brak (mimo, że są oczywiście wyjątki) daje się odczuć coraz bardziej krzyczącymi nadaremno odciskami, wydeptywanymi wraz z kilometrami pochłanianymi w drodze na kolejny przegląd, festiwal, czy konkurs. Poza tym każdy z tych wykonawców jest indywidualnością i także samo oryginalnością w najlepszym ze znaczeń. Myliłby się także ten, kto by twierdził, że są nieczynni, biernie powtarzając utwory, którymi kiedyś tam wygrali raz, czy dwa sceniczne zmagania. Bardzo miło zaskoczyła mnie informacja o nowej płycie Grzegorza Tomczaka. Informacja, jakże miła, o nowym wydawnictwie imiennika poprzednio wspomnianego - Bukały nie zaskoczyła, bo świeża nie była, jednak jest równie radosną. Płyta twórcy Wałów Jagiellońskich jest już gotowa i zapowiada się bardzo obiecująco. Nagrany jest już materiał na płytę Tomczaka, który mieliśmy okazję poznać w niewielkim fragmencie. Barbara Stępniak-Wilk śpiewała piosenki z "aktualnych" swoich płyt.

Ale może po kolei:
Publiczność powitał sprawca całego zamieszania - Marek Majewski, który niesłusznie kojarzony jest tylko z bieżącymi komentarzami politycznymi. Zresztą sam, bijąc się w biało przyodzianą pierś, przyobiecał na samym początku, że pamięć wydarzeń z sierpnia 1980 została już uczczona poprzedniego dnia, a dziś nadeszła pora na zadumę i poezję.
Na scenę wyszedł pierwszy przystojny (co sam, autorytatywnie stwierdził i na co otrzymał potwierdzenie zgromadzonych) - Jan Jakub Należyty. Wykonał dwie piosenki cudze, ale przywłaszczone właściwie, przeważnie przez tłumaczenie. Piosenka Brella i wgniatająca w fotel interpretacja "La mamma" Aznavoura. Lepiej ten wieczór nie mógł się rozpocząć!
Potem Tomasz Szwed, który zrzucił na tę okazję kowbojskie wdzianko, ubrany, jak przystało na barda, w czarne spodnie i koszulę, udowodnił że kowboj, to też bestia czująca, myśląca i niekoniecznie polityczno-bieżąca, z którym to ostatnim zaszufladkowaniem, walczy dzielnie i skutecznie, jak i z kowbojskim, któremu i ja niesłusznie uległem.
Basia Stępniak-Wilk. Właściwie nic więcej nie trzeba dodawać. Jedyny piękny (pozostali, jak już wspomniałem, byli tylko przystojni) akcent na scenie tego wieczora. Kilka piosenek z dwóch płyt zabrało nas w podróż do kolejnego ze światów. A że publiczność, która trafiła na Łowicką była wyjątkowa, to i nie trzeba było jej kokietować "Bombonierką", co jeszcze raz udowodniło, że nie była to rewia przebojów.

Winowajca - jak sam się publicznie przyznał - całego bałaganu Marek Majewski. Nie wiem, czy podzielę odczucia jakiejś części publiczności, ale po Jego występie mam ochotę uderzyć się w piersi (przyobleczone w celu uprzystojnienia oraz wyrażenia współodczuwania ze smutnymi poetami piosenki na czarno), że dopiero w czasie tego koncertu przestałem Pana Marka postrzegać li tylko, jako sprawnego satyryka i publicystę piosenki. Przesympatyczny występ, który pokazał, że Majewski potrafi nie tylko sprawnie składać słowa, ale poza polityką ma inne pasje, do których odnosi się z należytym dystansem. Szczególnie bałkańskie klimaty bardzo zaskoczyły, jednakowoż przypadając do mojego (i - co było widać - nie tylko mojego) gustu. No i nastąpiło coś, czego w tym koncercie się nie spodziewałem: rasowy blues, improwizowany w partii harmonijki ustnej przez Tomasza Szweda. Perełka!

Nie mniejszym zaskoczeniem - bo przecież ktoś już kiedyś zauważył, że zbyt długie myślenie szkodzi publiczności i koncert, w trakcie którego ta robiąca wrażenie zapominanej, czynność była poniekąd wymuszana już przez czas spory - była przerwa.

Po przerwie serca pań podbijał ze sceny Grzegorz Tomczak. Zdaje się jednak, że nie tylko aparycja, ale i poetyka repertuaru były powodem pierwszego bisu tego wieczora. Czekamy niecierpliwie na nową płytę.
Jakby dla kontrastu - boć poetyka inna, ale też szczera i wartościowa - po nim wyszedł na scenę Andrzej Garczarek. I tu nastąpiło kolejne niespodziewane. Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się być świadkiem wyjścia ze swej roli łagodnie przyglądających się z większą lub mniejszą pobłażliwością władz dzielnicy wspierających imprezę. Poproszony przez VIPów o "Raskolnikowa" artysta nie mógł odmówić i wykonał utwór, przy wtórze rytmicznego kłapania chyba całej publiczności. (Przepraszam, niektórzy - bardziej wyrobieni i godni - klaskali rytmicznie!)

Jeszcze Bukała (proszę zgadywać imię. Tak, statystyka tym razem nie kłamie!) w piosenkach z nowej płyty. Wykonywane już na staromiejskiej "Scenie na piętrze" z towarzyszeniem elektronicznego instrumentu weselnego (prawda, że zwięzła i wiele oddająca recenzja koncertu? To się nazywa wartość dodana. Albo promocja: dwa wspomnienia koncertowe zamiast jednego), nagrane na płytę w większym składzie, a tutaj wykonane tylko z fortepianem. Zresztą wykonane znakomicie - widać, że artysta w formie i śmiało można polecić recitale tym, którzy lubią zadumać i pośmiać się jednocześnie.

Dystans do (jak mawiał, wspominany zresztą Jonasz Kofta) "coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości" pokazał też ostatni z przystojnych - Krzysztof Daukszewicz. Z właściwym sobie (wystawionym zresztą na próbę) spokojem i większą niż zwykle refleksyjnością repertuarową, przeplatając opowieści piosenkami uwiódł publiczność, która stanowczo ogłosiła bojkot komunikacji miejskiej wykorzystywanej w celu powrót do domu i zapowiedziała okupację sali koncertowej do rana.
Mógłbym nawet w jego występie znaleźć poparcie swoich tez, umieszczonych na wstępie. Jednak argument wytrącił mi sam artysta, we fragmencie będącym prztyczkiem wymierzonym w swoich mniej zdolnych kolegów - śpiewających poetów, gdzie sam Daukszewicz stwierdził, że wykpiwa wyłącznie z powodu zazdrości, bo nie umie tak cierpieć i z rzeczy codziennych (typu pet, puszka i coś czego nie zrozumiałem, ale chyba wyraźnie słyszałem "naga na łóżku") zrobić poezji. W tym przypadku śpiewanej. Śpiewanej inaczej nawet. Do tego stopnia, że artysta sam się zmitygował słysząc protesty członka widowni zdecydowanie zaniżającego średnią wieku, mówiąc wprost: "Nie płacz dziecko…". Dodać należy, że zrobił to z właściwą sobie delikatnością i poczuciem humoru.
Na uwagę zasługuje także piosenka Nohavicy przetłumaczona i przystosowana nieco do bliższych nam rejonów przez Krzysztofa Daukszewicza, która będzie częścią projektu przybliżającego twórczość czeskiego barda polskiemu słuchaczowi.

"I to jest mój kraj" - piosenka kończąca wieczór pozostawiła wszystkich w nastroju takim, jakim podobnym koncert pozostawić powinien. A jaki to nastrój? Pewnie dla każdego inny, dlatego też trudny do zdefiniowania. Ten szczególny rodzaj nastroju, który niezbyt często pozostaje po poniedziałkowym wieczorze. Chyba, że spędzi się go na Łowickiej w takim towarzystwie! Towarzystwie złożonym z ludzi, z których każdy z osobna byłby zdolny zapełnić tę salę i pozbawić publiczność chęci jej opuszczenia przez długie minuty, jeśli nie godziny.
Nie pozostaje nic innego, jak pokłonić się nisko w podzięce i poprosić o więcej i częściej... A może nie? Może dlatego było tak wyjątkowo, że podobne wieczory nie zdarzają się często?
To nie mógł być udany koncert. Ale był. Udany i zapewne przez wielu zapamiętany.

Piotr Kosela - specjalnie dla "Strefy Piosenki".
Koncert odbył się w warszawskim "Centrum Łowicka" 1 września 2008 roku.
 
Listopad 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
2
28

Nadchodzące wydarzenia


22
Lis
2017
18:00
22 listopad 2017 18:00
KDK - Kutno, ul. Żółkiewskiego 4/CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1
XIII Ogólnopolski Festiwal Jeremiego Przybory Stacja Kutno 19 listopada (niedziela)CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1godz. 18.00 - [...]
22
Lis
2017
19:00
22 listopad 2017 19:00
Filharmonia Kaszubska. Wejherowskie Centrum Kultury - Wejherowo, ul. Sobieskiego 255
Andrzej Poniedzielski w najnowszym projekcie zatytułowanym Melo - Nie - Dramat. W programie dużo inteligentnego humoru, satyra i [...]
22
Lis
2017
19:00
22 listopad 2017 19:00
Bielański Ośrodek Kultury - Warszawa, ul. Goldoniego 1
Łukasz Majewski - Koncert promujący nową płytę pt. Niebajka. Jego piosenki wielokrotnie były [...]
23
Lis
2017
18:00
23 listopad 2017 18:00
KDK - Kutno, ul. Żółkiewskiego 4/CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1
XIII Ogólnopolski Festiwal Jeremiego Przybory Stacja Kutno 19 listopada (niedziela)CTMiT - Kutno, ul. Teatralna 1godz. 18.00 - [...]
23
Lis
2017
18:30
23 listopad 2017 18:30
Wawerskie Centrum Kultury - Warszawa, ul. Żegańska 1a
Teresa Drozda opowiada o osobie i twórczości Marii Czubaszek. Spotkanie w cyklu "Radiowe perełki". Wstęp [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL