Wydrukuj tę stronę

Śpiewanie poezji czyli... Warszawa, Olsztyn i Szczytno

niedziela, 05 lipiec 2009
("Chodzimy do teatru" - 5 lipca 2009)

Dzisiejszy wpis jest, że się tak wyrażę, podwójnie łączony, bo po pierwsze, połączył dwie imprezy oddzielone od siebie dwiema setkami kilometrów, po drugie połączył śpiewające poezję pokolenia, bo śpiewania poezji, śpiewania literatury, dobrego śpiewania będzie dotyczył. A że piosenka to mały teatr...

26 czerwca 2009r. odwiedziliśmy magiczne miejsce w naszej ukochanej Stolicy czyli staromiejskie Lapidarium. Występował tam nasz prześwietny znajomy Tadeusz Woźniak, w otoczeniu rodziny (Jolanta Majchrzak, Piotr Woźniak, Mariusz Jagoda) - i tu jest miejsce na żenujący żart piszącego "...a szwagier w kasie".
Artysta przypomniał swoje największe przeboje, i tak na podwórcu Lapidarium zabrzmiały m.in.: "Hej Hanno", "Smak i zapach pomarańczy", "Potęgowa" i oczywiście "Zegarmistrz światła". Publiczność, a wśród niej i my, towarzyszyliśmy wykonawcy prawie we wszystkich piosenkach, Tadeusz wiązał te utwory opowieściami o korzeniach, o przyjaciołach. Słowa i ta muzyka pozwoliły mi wrócić do czasów, kiedy "Zegarmistrz" strasznie zabełtał w głowach szarych jak ja odbiorców i speców od klasyfikowania – oj działo się!
Kilka piosenek odśpiewał Piotr, syn Tadeusza, bardzo miły młody człowiek, ten sam, co poziomką był. Jesienią ma się ukazać jego płyta. A nas ucieszyło szczególnie przypomnienie piosenki "Pewnego dnia o świcie", prawie zupełnie nieznanej, a pochodzącej z drugiej płyty Woźniaka seniora.
Z utworem "Hej Hanno" wiąże się pewna anegdotka, którą mogłem w obecności Tuni zweryfikować u źródła. Otóż podczas pewnego koncertu, w czasach prehistorycznych, koledzy postanowili utrudnić Tadeuszowi opowieść o miłości do Hanny, komentując głośno zza sceny miejsca pobytu bohaterki piosenki – zaśpiewać pieśń do końca było ciężko. A nam wieczór w Lapidarium upłynął w pięknym, sentymentalnym nastroju.

Tydzień później ruszyliśmy w stronę Warmii i Mazur na 36. Ogólnopolskie Spotkania Zamkowe "Śpiewajmy Poezję". 2 i 3 lipca 2009r. - dwa późno wieczorne a po prawdzie, nocne koncerty na dziedzińcach zamkowych w Olsztynie i Szczytnie.
Jedno, może dwa zdania gwoli informacji. Spotkania Zamkowe to bodaj najstarszy festiwal, na którym młodzi ludzie "ścigają się" (co za okropne słowo) w rozumieniu, co autor miał na myśli. Najbardziej interesujące były dla mnie indywidualne próby, kiedy to młody miłośnik poezji brał "na warsztat" wiersz i okraszał go muzyką własną lub przyjaciół, bo owo właśnie "ściganie się" w odśpiewywaniu znanych piosenek literacko–poetyckich przyjmuje (i tak było w tym wypadku) najczęściej dwie postaci: albo kopia, zaryzykujmy, w miarę możliwości wierna, albo totalna destrukcja. Podczas obu koncertów Tunia zwracała uwagę – o tu ona czy on niewiele zrozumiał, tu przesadził, a tu znowu się przestraszył. Wśród kilkunastu wykonawców kilkoro zwróciło jednak naszą uwagę. O nich za chwilę.
Młodzież wsparli dwukrotnie we wspólnym recitalu Iwona Loranc i Grzegorz Tomczak.

Taka mnie w tym miejscu naszła gorzka refleksja - przecież to para świetnych artystów i jakże trudno im pokazać się na muzycznej mapie Polski. Jak niewiele osób o nich słyszało. Czy to wina pewnego wspaniałego poety, któremu nie wiedzieć czemu uwierzyliśmy, chociaż poeta ów potem parokrotnie podkreślał, że zarówno w temacie porannej radości jak i wiary w to, że każdy może śpiewać chciał tylko niewinnie zażartować, dzisiaj chwilami słuchając radia zastanawiam się, czemu wcześniejszy tekst Bronisława Broka "Nie wierzę piosence" nie został obowiązkowo dołączony do nieszczęsnej piosenki Jonasza Kofty. W zalewie jednodniowych, jednorefrenowych gwiazd, których jednym wokalnym walorem są pewne krągłości czy wypukłości a zdolnością bezczelnie twarde łokcie, odnalezienie prawdziwych artystów, z każdą chwilą będzie trudniejsze.
Przyznać muszę, że już od dłuższego czasu muzyka pełni w moim życiu rolę cichego towarzysza i raczej reaguję na zgrzyt niż niebiański głos, to drugie uznając za obowiązek, oczywistość jej (muzyki) wobec mnie. To pierwsze mnie irytuje, a co za tym idzie zazwyczaj (beznadziejnie) to rejestruję, by uniknąć kolejnego spotkania w przyszłości. Dlatego tak ważne było to spotkanie z prostotą i szczerością przekazu Tomczaka i Loranc.

Intymne śpiewanie, jakie oboje prezentują, bywało u mnie w odtwarzaczu, niezauważalnie kojąc duszę, ale dopiero Tunia niejako uświadomiła mi ich istnienie, nazwiska, pokazała płyty i tak zetknąłem się z produkcją pod tytułem "Loranc śpiewa Jakubczak". Nie ukrywam, że będąc wielbicielem nagrań oryginalnych, ta produkcja początkowo wzbudziła mój zdecydowany sprzeciw, dopiero po trzecim, może czwartym posłuchaniu zasłuchałem się tak, jak w tę noc w Olsztynie, kiedy artystka zmierzyła się z niezwykłą dla mnie pieśnią, z norwidowskim tekstem i muzyką Andrzeja Kurylewicza, o kochankach z Werony – wyobraźcie sobie - środek lipcowej nocy, słowa wypowiadane głębokim, niezwykłym śpiewanym szeptem, obok ktoś bliski bardzo - zrobiło się magicznie. I tak już zostało - artyści wykonali jeszcze m.in. duety "Zmyśleni", "Miłość to za mało" i (przebojowy) "Szukałem cię wśród jabłek", była "Kinematografia serc", były "Chmury umazane" i skomponowane przez Mirosława Czyżykiewicza "Mayaki, mayaki", a gdy zamilkła muzyka rozgwieżdżone niebo towarzyszyło rozmowom trwającym aż po pierwsze promienie słońca.

W Szczytnie jako suport przed młodzieżą wystąpił Michał Bajor. Nie jest to artysta przez nas uwielbiany, ale oboje chylimy czoła przed jego profesjonalizmem i perfekcją. Niezwykle podobał się nam jego szacunek dla autorów piosenek, których to pan Michał każdorazowo wymieniał z imienia i nazwiska. Niby nic, banał, autorzy przecież się o tym nie dowiedzą, ale choćby ze względu na słuchaczy - było to niezwykle istotne i takie zwykłe...

Szacowne Jury obradujące pod przewodnictwem Jerzego Satanowskiego ustaliło, że:
I nagrodę otrzymała Patrycja Zisch, II - Eliza Banasik, III - Kamila Pieńkos. Zaś wyróżnienia w postaci zaproszenia do koncertu laureatów otrzymali: Natasza Topor, Małgorzata Walenda, Adrianna Niewolańska, Karolina Michalik, "Panny z Turku", czyli Milena Chypś i Joanna Gogulska, Paulina Brzozowska i Piotr Dąbrówka.
Werdykt - jak to zwykle bywa - niespecjalnie zgodził się z naszymi typami. Tylko najmłodsza uczestniczka finału Eliza Banasik pojawiła się na obu listach - tej oficjalnej i naszej. Wielki szacunek dla tej nastolatki za odwagę w doborze repertuaru – Jacek Kleyff i Jacek Karczmarski odczytani samodzielnie, inteligentnie i świetnie muzycznie. Wśród wyróżnionych zainteresowała mnie Adrianna Niewolańska, szczególnie w uroczym żarcie Osieckiej o drobiu i szczepie, chociaż Tunia zwróciła uwagę na użycie podobnych środków wyrazu w obu piosenkach i (jak zwykle w tych sprawach) miała rację. Podobała mi się też Karolina Michalik, zwłaszcza w "Żywej wodzie", piosenka druga "Dom" z muzyką Waldemara Kazaneckiego była dla niej chyba trochę za poważna. Piotr Dąbrówka w autorskim repertuarze brzmiał trochę jak młody Jan Wołek - co należy odczytać jako komplement.
Wśród imprez towarzyszących Spotkaniom Zamkowym wyróżniłbym inicjatywę Czerwonego Tulipana - wspólne z publicznością śpiewanie na rynku "przebojów" piosenki literackiej. W czasie czwartkowego koncertu, na którym byliśmy (a były też kolejne w piątek i sobotę) Stefan Brzozowski rozdawał widzom teksty piosenek i namawiał do wspólnego śpiewania i trzeba przyznać, że po chwili cały rynek był rozśpiewany, a koncert nie chciał się skończyć.
Obowiązki wezwały nas do Warszawy, nie widzieliśmy więc sobotniego koncertu finałowego festiwalu, na który składały się śpiewane po polsku piosenki Jaromira Nohavicy i prezentacja laureatów.
Niezależnie od tego - było uroczo - dla ducha i ciała (pyszne naleśniki), choć rycerze zakonni, dawni właściciele obu zamków, nie zadbali o ogrzewanie podwórców. Już sobie obiecaliśmy wizytę na Warmii i Mazurach za rok.
 
Tekst ukazał się 5 lipca 2009r. w blogu "Chodzimy do teatru".
 
 

Artykuły powiązane