Jacek Kaczmarski: człowiek z krwi i kości - mówi Krzysztof Gajda

niedziela, 30 sierpień 2009

Z Krzysztofem Gajdą - autorem biografii Jacka Kaczmarskiego "To moja droga" - rozmawia Teresa Drozda.

- Tytuł Twojej książki "To moja droga" został zaczerpnięty z "Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego". Twoja droga do Kaczmarskiego też była długa i wyboista?

- Tak źle nie było. Miałem 17 lat, kiedy poznałam twórczość Jacka, wtedy te piosenki do mnie trafiły. Był to rok 1989, a jego piosenki zaczęły już tracić swój wymiar polityczny i bardzo mnie wciągnęły. Potwierdza to regułę, która dotyczy wielu młodych ludzi, interesujących się Jackiem. Zwracają na niego uwagę w tym wieku niezależnie od "łatki" barda Solidarności. Dla nich (i dla mnie) Jacek bardziej funkcjonuje jako poeta – artysta śpiewający swoje filozoficzne i erudycyjne piosenki.
 
- Też mam wrażenie, że ów kontekst polityczny nie jest im potrzebny. Poruszają i robią wrażenie również bez niego. Nawet te najbardziej "upolitycznione".

- Bardzo dobrze, że tak się właśnie odnajdują w słuchaniu. Wydaje mi się, że to nigdy nie będzie masowość na miarę Dody, czy Michaela Jacksona, tym niemniej grupa odbiorców twórczości Jacka jest bardzo duża i bardzo silna. Spotykam się też z bardzo żywymi reakcjami wśród ludzi, którzy niekoniecznie byli zainteresowani twórczością Kaczmarskiego, ale sama postać stanowi dla wielu bardzo interesujące zjawisko i fenomen artystyczny.
 
- Powiedziałam o Twojej długiej drodze do Kaczmarskiego, ponieważ nie poprzestałeś na słuchaniu piosenek, ale zająłeś się ich głębszą analizą.

- Trochę tak wyszło. Pracę magisterską na poznańskiej polonistyce postanowiłem napisać z piosenek Jana Krzysztofa Kelusa, który był dla Jacka nauczycielem pewnej drogi artystycznej. Jan Krzysztof Kelus i Jacek Kaczmarski, to osoby które w masowym odbiorze funkcjonują jako przedstawiciele piosenki politycznej, jednak przy bliższym poznaniu okazuje się jak bardzo są to dwie różne osobowości artystyczne. Każdy z nich śpiewa o innych sprawach, problemach, dla których polityka jest jedynie tłem.
Gitara jest instrumentem, który łatwo jest wziąć w futerał i ruszyć w świat, więc zawsze służyła wędrowcom do śpiewania swoich piosenek. Jacek był wędrującym trubadurem. W latach 80-tych była to rola upolityczniona, ale poza tym realizował swoją artystyczną drogę. Śpiewał o historii, korzystając z kulturowych odniesień, ale śpiewał też o miłości, człowieczeństwie, właściwie wszelkie problemy pojawiające się w szeroko rozumianej Poezji znajdują tutaj swoje odbicie.

- Powiedziałeś, że pracę magisterską napisałeś o Janie Krzysztofie Kelusie. Twoja praca doktorska poświęcona została twórczości Jacka Kaczmarskiego.

- Napisałem doktorat o tekstach piosenek Jacka. O tym, jak zróżnicowany jest język tej poezji na tle konwencji gatunkowych. Dla mnie twórczość Kaczmarskiego jest czymś pomiędzy typową formą piosenki a poezją, jaką znamy z tomików poetyckich. Obie te formy wypowiedzi podlegają innym regułom i nie możemy im stawiać tych samych pytań ani wymogów.
Później chciałem na jakiś czas dać sobie spokój z Kaczmarskim, jednak bez przerwy ktoś zgłaszał się do mnie z tym tematem i wyskakiwało coś, co trzeba było napisać.

- Gdy ukazuje się książka stajesz się autorytetem w danej dziedzinie, dlatego Ty stałeś się specjalistą w zakresie twórczości Kaczmarskiego. Zwłaszcza, że Twój doktorat był poważną naukową książką. To dość naturalne, że ciągle Cię ludzie o Kaczmarskiego pytają i pewnie tak już pozostanie.

- Rzeczywiście tak było i kiedy w listopadzie 2006 roku pojawiła się propozycja napisania biografii Kaczmarskiego pomyślałem, że chyba już czas i mogę to zrobić.

- Czy chciałeś aby Twoja biografia była bardzo staranną i dokładną rekonstrukcją życia Jacka Kaczmarskiego? Czy próbowałeś na podstawie tej rekonstrukcji stworzyć syntetyczny obraz tego kim był i z czego się składał Kaczmarski?
 
- Na pewno nie odtwarzam życia Jacka dzień po dniu, nie jest to również typowo archiwistyczna praca dokumentująca poszczególne wydarzenia, koncerty. Nadrzędnym celem nie było dla mnie ułożenie ścisłego porządku faktograficznego. Od początku wiedziałem, że bardziej interesuje mnie Jacek Kaczmarski jako człowiek i artysta, dlatego starałem się wydobyć z moich rozmówców jak najwięcej informacji o nim, a następnie ułożyć z ich wypowiedzi mozaikę, która dała pewien obraz. Psychologiczny portret artysty interesował mnie najbardziej.

- Znałeś dość dobrze twórczość Kaczmarskiego i jego także poznałeś osobiście, jednak biografia powstawała po jego śmierci. Czy zaczynając pracę nad książką postawiłeś sobie jakieś pytania nadrzędne, miałeś tezy do udowodnienia czy przeczucia do zweryfikowania?

- Przez długi czas nie próbowałem sobie nawet odpowiadać na takie pytanie. Jednym z  ważnych założeń, które przyświecało mi podczas pisania książki była na pewno próba zbadania mitu barda Solidarności. Miałem wiedzę i przeczucie graniczące z pewnością, że to nie było tak jak głosi powszechne przekonanie. Jacek został wepchnięty do szuflady barda Solidarności, w pewnym momencie sam podchwycił rolę, która została mu nadana, ale dość szybko zaczął się z niej wyplątywać. Wyplątywał się jednak nie do końca konsekwentnie i nigdy tak naprawdę mu się to nie udało. Wydawało mi się istotne, jaka była ta „droga” barda Solidarności. Na podstawie tego, co udało mi się dowiedzieć od wielu osób, próbuję opisać rozdwojenie Jacka: artysty i społecznika. Kaczmarski zaistniał przecież w świadomości społecznej, jako ten który oddał swoją gitarę"„na usługi". Wiedziałem, że to nie było prawdą.

- Myślę, że niewiele osób wie lub pamięta, ponieważ było to chyba epizodem w artystycznym życiu Jacka Kaczmarskiego, który o kabaret się otarł występując przez kilka lat w Kabarecie Pod Egidą u Jana Pietrzaka. Kaczmarski był też członkiem kabaretu studenckiego, który funkcjonował w Warszawie.

- Z kabaretem i pojęciem kabaretu wiążą się w latach 70-tych pewne złożoności i zawiłości. Kabaret stał się miejscem, w którym ze względu na rozkwit kultury studenckiej mogły się pojawiać postacie i piosenki z aluzjami politycznymi. Działalność kabaretów stała się bardzo zróżnicowana i na pewno był to inny kabaret niż dzisiaj. Były to miejsca szeroko rozumianej aktywności artystycznej młodzieży, również teatry studenckie funkcjonowały jako kabarety (i na odwrót). Teatr Ósmego Dnia, Pod Egidą, Kabaret Tey, Jacek Kaczmarski – ich twórczość w bardzo podobnych sytuacjach i okolicznościach mieszała się. Jacek razem z kolegami: Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim znaleźli swoje miejsce na scenie studenckiej, która była również sceną kabaretową. Jacek jako młody człowiek dość wcześnie został przyjęty do Kabaretu Pod Egidą Jana Pietrzaka. Jak mówią współpracownicy o Pietrzaku, miał on dar do wyszukiwania talentów. Przez jego kabaret przewinęło się mnóstwo osób, które później funkcjonowały z powodzeniem na profesjonalnych estradach. Były też kabarety dużo młodsze ze względu na ludzi, którzy je tworzyli. Funkcjonowały one przy klubach studenckich. Pierwszy kabaret założony przez Kaczmarskiego z kolegami był kabaretem piosenki i nazywał się Piosenkariat. Występowali w nim: Jacek Kaczmarski, Stanisław Klawe, Stanisław Zygmunt, Przemysław Gintrowski i Zbigniew Łapiński.

- W książce piszesz o tym, że Jacek dość szybko musiał pożegnać się z Piosenkariatem, ponieważ jego piosenki nie przystawały do formuły kabaretowej.

- Tak, ale prawdopodobnie wtedy nie było to dramatyczne rozstanie. Piosenkariat był na etapie powstawania i tworzenia, a każdy z jego współautorów próbował robić coś swojego, każdy funkcjonował w kilku takich miejscach. Dopiero kiedy o rozstaniu napisze się i przybiera to formę twardego akapitu mamy tendencje, żeby zrobić z tego faktu zwartą historię. W swojej książce chciałem jedynie oddać nastrój ciągłej żywotności tego zjawiska. Niewykluczone, że jest jeszcze pięć miejsc, z którymi Jacek był powiązany instytucjonalnie i w których występował. W książce używam takiego zdania: Każdy grał gdzie popadnie i w różnych konstelacjach, bo takie wrażenie odniosłem rozmawiając z ówczesnymi przyjaciółmi Jacka.

- Przypuszczam, że pokłosiem Piosenkariatu było odczytanie przez Kaczmarskiego w Radiu Wolna Europa tekstu Stanisława Zygmunta "Wspomnienia niebieskiego mundurka" ze stanu wojennego. Dzięki temu ten tekst zaistniał.

- Po pierwsze Jacek przeczytał ten tekst, a po drugie dopisywał swoje wersje „Wspomnień niebieskiego mundurka”, ale sam dość szybko zarzucił to zajęcie. Jeśli się nie mylę, raczej sam nie miał najlepszego zdania o pisanych przez siebie kontynuacjach, ponieważ twierdził, że oryginalne teksty Stanisława Zygmunta były lepsze. On natomiast chciał się skupić bardziej na swojej formie i stylistyce.

- Kaczmarskiego kojarzymy z czymś monumentalnym, wielką historią, poważnymi pieśniami. Czy próbował się od tych skojarzeń oderwać pisząc piosenki nieco lżejsze i troszkę zabawne?

- Patos przypisywany Jackowi jest dość mocno obecny w zbiorowym myśleniu, dlatego warto przypominać również o całkiem innej naturze Jacka. Był bardzo wesołym człowiekiem, który czerpał radość z życia na wszelakie sposoby. Jest sporo piosenek, w których Jacek pokazuje swoje poczucie humoru i spogląda z dystansem na otaczającą rzeczywistość. Jedną z rzeczy, która mnie w twórczości Kaczmarskiego ujmuje jest umiejętność spojrzenia z humorem na smutne sytuacje, przykładem tego może być choćby piosenka "Narody".

- Istnieje również program pt. "Bankiet", który potocznie odbierany jest i interpretowany jako lżejszy i kabaretowy blok piosenek Jacka Kaczmarskiego...

- "Bankiet" ma swoją dłuższą historię, a zrodził się ze stylu życia Jacka. Zawsze po koncercie, który trwał 2 – 3 godziny Jacek spotykał się towarzysko z ludźmi. Repertuar tych spotkań nie był tak poważny. Jacek grał wówczas najróżniejsze piosenki, nie tylko swoje, ale również lżejsze piosenki polskich bardów, jak Stanisław Staszewski. Uwielbiał też melodie ludowe i toasty w innych językach. Taka formuła spotkań zaowocowała tym, że Jacek sam zaczął tworzyć repertuar na tego typu nieformalne spotkania. Utwory te uzbierały się w większą całość i w roku 1986 została nagrana kaseta pt. „Pijany poeta” albo „Kaczmarski inaczej”. Do nagrania tej kasety i wypuszczenia jej na podziemny rynek przyznają się bracia Kurscy: Jarosław i Jacek. Jakość nagrań na kasecie była fatalna, ale znalazły się tam piosenki z repertuaru bankietowego. Kiedy w latach 90-tych powstała firma Pomaton wydająca twórczość Jacka, zrodził się pomysł, żeby nagrać również płytę z lżejszym repertuarem. Wówczas zaaranżowano taką sytuację bankietową, już z dobrym nagłośnieniem, jednak w moim odczuciu to nie było najszczęśliwsze rozwiązanie. Zabrakło autentyzmu i spontaniczności, które słychać w nagraniach z „Pijanego poety”.

- Z jak wielu elementów składa się Jacek Kaczmarski i na ilu polach może na nas oddziaływać?

- Jacek Kaczmarski kojarzony jest z instrumentarium: gitara + fortepian + głos. Do rzadkości należą jego projekty bogatsze instrumentalnie. Jacek potrafił z trzech instrumentów wydobywać emocje, które pozwalają odbierać go na różnych muzycznych falach. Ciekawe jest to, że Jacek dociera do ludzi o najrozmaitszych zainteresowaniach muzycznych, w różnym wieku i o różnych zainteresowaniach zawodowych. Wśród odbiorców Jacka spotkać można cały przekrój społeczny.

- Międzypokoleniowym utworem jest "Nasza klasa". Identyfikują się z nią koledzy z klasy Jacka Kaczmarskiego, całe jego pokolenie, ale też pokolenia ludzi kilka a nawet kilkadziesiąt lat młodszych.

- Historia piosenki "Nasza klasa" jest złożona. Jacek przypadkiem znalazł się na Zachodzie, we Francji, kiedy tutaj wybuchł stan wojenny. Pojechał tam na kilka koncertów i tak, jak wielu Polaków za granicą nie zdążył wrócić na święta. Chciał pokoncertować, ale okazało się, że „wakacje” poza Polską potrwały 9 lat. Z niepewności, nerwowości, wściekłości na sytuację która wydarzyła się w Polsce rodziły się takie piosenki jak "Nasza klasa" czy "Prośba". Wiele z tych utworów ma bardzo osobisty rodowód i dopiero praca nad książką pozwoliła mi rozwikłać jedną z takich zagadek. Emocjonalnie Jacek wyrażał odczucia wielu ludzi. Stał się pełnoprawnym bardem i chociaż kasety przychodziły do Polski z zagranicy, to jego piosenki wyrażały emocje tysięcy ludzi. Dlatego zyskały wielką popularność. Z punktu widzenia Jacka piosenki powstawały z motywów bardzo osobistych: w Polsce została jego żona, którą starał się ściągnąć na Zachód. Wielu tych przypadkowych emigrantów powtarza, że to były wielkie emocje: żal, rozdarcie, wściekłość i pytanie co będzie dalej, a piosenki Jacka oddawały nastrój tamtego czasu.

- Powiedziałeś o jednej bardzo ważnej kwestii – wiele razy zastanawiałam się na ile Jacek Kaczmarski odkrywa się w swoich piosenkach. Pomijając utwory, które przez niego samego nazywane są utworami autobiograficznymi, na ile w tekstach inspirowanych malarstwem czy historią odkrywa siebie i zawiera elementy swojej biografii. Analizowałeś to?

- Odpowiedzią na pytanie, czy Jacek odkrywa czy ukrywa siebie kiedy pisze, jest sposób filtrowania świata przez filtr kultury, którym nasycony był od dzieciństwa. Wyobrażam sobie, że dla niego każde wydarzenie znajdowało swój pierwowzór w wydarzeniach, które miały miejsce w historii, dziełach malarskich czy literackich. Wszystko co już było, przetwarzał i tak znajdował nową obudowę do tego, co chciał powiedzieć o świecie, człowieku i życiu. Bogactwo jego piosenek rodzi się z autentyzmu jego osobistych przeżyć, ubranych w kostium kulturowy, historyczny. Śpiewając o postaciach z przeszłości, z literatury, opisując obrazy – śpiewa jednocześnie o sobie, swoich bliskich, czy postaciach zanurzonych w politykę.

- Bardzo często Kaczmarski pisze w pierwszej osobie, przez co interpretujemy jego piosenki jak osobiste zwierzenia. Mamy tendencję, aby utożsamiać autora z podmiotem lirycznym.

- Myślę, że siłą piosenek Jacka dla bardzo wielu ludzi były emocje, które zawierał w swojej twórczości. Oprócz intelektu i ładunku erudycyjnego Jacek przyprawiał piosenki wielką dawką emocjonalną. Podstawowym kontaktem z publicznością był dla niego kontakt w trakcie koncertu. Niezależnie od tego, czy był to koncert dla wielu tysięcy ludzi, czy dla kilkunastu osób, Jacek zawsze oddawał podczas występu siebie. Wydaje się, że podstawowy i pierwotny kontakt, nawet jeśli utrwalony tylko na kasetach, był jego wielką siłą. Płyty studyjne mają chyba mniejszą moc w porównaniu z nagraniami koncertowymi, kiedy w całości koncentrował energię na tych kilkudziesięciu minutach bezpośredniego kontaktu z odbiorcą.
Z kolei sprawa pisania w pierwszej osobie znowu zmuszałaby nas do wchodzenia w literaturoznawcze zawiłości. Sprawy relacji: autor – autor wewnętrzny – bohater – podmiot liryczny, wydają się dość skomplikowane nawet na kursie teorii literatury czy poetyki. Do tego dochodzi liryka roli/maski, sprawy ironii, dystansu – to wszystko kwestie bardzo istotne w przypadku takiego twórcy jak Kaczmarski, ale nie tylko on...

- Cały czas odchodzimy od książki, chociaż wszystko o czym mówisz, czyli rodzaj refleksji nad twórczością Kaczmarskiego, pojawia się w Twojej książce. Wspomniałam o  „Naszej klasie” żeby spróbować opowiedzieć o tym, skąd wziął się jego mit polityczny. Skoro jego piosenki były interpretowane tak, a nie inaczej, on sam musiał być gdzieś pod lupą powiększającą Służby Bezpieczeństwa. Prawdopodobnie próbowano zwerbować ludzi dookoła niego jako tajnych współpracowników, być może jego samego próbowano w jakiś sposób straszyć. Do tej pory nie ukazały się takie dokumenty dotyczące Jacka Kaczmarskiego. Czy szukałeś też takich wątków?

- Początkowo nie byłem specjalnie przekonany ani zainteresowany dokumentami SB, ale w trakcie pracy powstała świadomość, że jednak chyba trzeba by się tym zająć. Nie żałuję, że zapoznałem się z tym materiałem pewnie i dlatego, że nic wielkiego na Jacka nie można było w nich znaleźć, a w związku z tym ewentualny problem zszedł mi z głowy, kamień spadł z serca. Materiały te natomiast stały się dla mnie opowieścią o czasie i funkcjonowaniu tego aparatu. Lektura wciągnęła mnie i starałem się kilka takich migawek przekazać w swojej książce, które w moim przekonaniu mówią więcej o Służbie Bezpieczeństwa i jej nieudolnych metodach, niż o samym Jacku. Jak się okazuje, cała kultura studencka znalazła się w obiektywie zainteresowania SB, która dosyć mocno miała nastawione radary na młodą inteligencję wkraczającą w połowie lat 70-tych w dorosłe życie.

- Chcesz powiedzieć, że Służba Bezpieczeństwa nie zaszkodziła Kaczmarskiemu?

- Z dokumentów które mam i z faktów pobocznych, które udało mi się zestawić, wynika że w danym momencie Jacek był w orbicie zainteresowań, ale udało mu się z tego wywinąć. Prawdopodobnie na przełomie lat 1979/1980, kiedy był na tyle znany, że należało się nim zainteresować, władze miały już ważniejsze sprawy na głowie. Padają takie argumenty, że Jacek jako zaznajomiony ze środowiskiem studenckim może mieć jakieś możliwości „rozpoznania środowiska”, ale on – prawdopodobnie - umiejętnie poprowadzony przez środowisko opozycyjne, w którym się już obracał, rozegrał to w ten sposób, że po kilku telefonach SB dało mu spokój. Nie wiem, czy te materiały są kompletne, ale wynika z nich, że sprawa potoczyła się dla niego raczej bezboleśnie.

- W książce zawarłeś kilka faktów, które mogą zmienić nasze spojrzenie na to, kim był Jacek Kaczmarski. Chcę Cię zapytać o to, jak wyglądał Twój plan działań dotyczących pracy nad książką? Co wiedziałeś o Kaczmarskim, a czego musiałeś się o nim dowiedzieć pisząc książkę? Czy w ogóle wiedziałeś na co się natkniesz, czego się dowiesz i jakie rzeczy przedstawisz?

- Nie potrafię z perspektywy czasu odtworzyć całego procesu pisania książki. Jest dla mnie jednak ważne, że dowiadywałem się wielu rzeczy właśnie w trakcie pracy, a także to, że urodziła się ona z tych „dowiadywań” i zaskoczeń. Całościowo wiedza, którą zdobyłem nie zmieniła we mnie wiele, ale pojawiło się kilka szczegółów, które za każdym razem zmieniały jakoś moje myślenie.

- W książce zamieściłeś cały rozdział o dziecięcej twórczości Kaczmarskiego...

- Bardzo ważne było dla mnie, żeby opowiedzieć o dziecięcej twórczości Jacka. Pokazało mi to jego osobowość i to w jaki sposób została ona ukształtowana. Jacek od najmłodszych lat był z jednej strony kształcony i pasowany na artystę. Miał talent również w innych kierunkach: świetnie rysował, pisał dramaty, próby powieściowe, opowiadania, wiersze i piosenki. Różne formy twórczości powstawały w jego umyśle i wypływało z niego jako coś potencjalnie do przygotowania, ale on był zbyt niecierpliwy, żeby je dokończyć. Wiele rzeczy udało mu się doprowadzić do finału artystycznego, chociaż nie zdobyły one wielkiego poważania. Później natomiast naprodukował tyle ciekawych rzeczy, że co to tworzył we wcześniejszych latach umknęło jako coś mniej istotnego, skazanego na zapomnienie.

- Rozumiem, że jego twórczość dziecięca nie powstawała z myślą o tym, że zostanie kiedykolwiek opublikowana, to był rodzaj zabawy. Jedni grają w piłkę na boisku, a on pisał książki?

- Najciekawsze było to, że Jacek grał w piłkę, pisał książki i czytał, oglądał filmy, oglądał obrazy i robił to wszystko z właściwą sobie intensywnością. Głównie przebywał w domu dziadków, więc pewnie oni nie pozwalali mu marnować zbyt wiele czasu na różne głupstwa. Jacek był dzieckiem, któremu najbliższe otoczenie nakazywało wręcz rozwijać wrodzone talenty. Ale jak każdy normalny chłopak uwielbiał zabawę, i jego koledzy podkreślają, że świetnie grał w piłkę.

- Był osobą, która gromadziła wokół siebie innych?

- Nikt nie opowiadał, żeby Jacek był odludkiem. Wszyscy twierdzą, że był bardzo towarzyski i w mojej pracy nad biografią problemem była jego towarzyskość. Gdy zacząłem dobierać listę osób, z którymi chciałem porozmawiać, to szybko zdałem sobie sprawę, że nie będę w stanie porozmawiać ze wszystkimi. Nie byłem w stanie spotkać się nawet z połową osób, które byłyby ważne lub bardzo ważne.

- Książka w dużej mierze powstała na podstawie Twoich rozmów z różnymi osobami.

- Rozmawiałem z różnymi ludźmi, którzy ze względu na inne punkty widzenia mogli mi jakoś zróżnicować obraz Jacka. Były to bliskie osoby, które na różnych etapach przeżywały z nim życie rodzinne. Było też wielu znajomych, w niektórych przypadkach to były znajomości trwające przez całe życie, w innych - przelotne kontakty. Taki był Jacek – wszędzie, gdzie się pojawił miał wokół siebie grono bliskich, życzliwych ludzi. Niektórych do siebie zrażał, ale cały czas szedł do przodu i niósł swoją sztukę, tym którzy chcieli ją poznawać i którzy jej potrzebowali.

- Czy udało Ci się odpowiedzieć na pytanie dlaczego Kaczmarski postanowił wyjechać z wolnej Polski i osiąść w Australii? Ciągle wracał, więc może nie była to do końca przemyślana decyzja. Czy znalazłeś rodzaj logiki w jego działaniach życiowych?

- Jeśli logiką moglibyśmy określić intuicję, to myślę, że właśnie ona przyświecała Jackowi. Wydaje mi się, że jego logiką i motorem działań był instynkt ruchu, potrzeba działania. Kiedy wydało mu się, że tutaj w połowie lat 90-tych już niewiele ma do zrobienia, postanowił wyjechać, zmienić środowisko i poszukać czegoś nowego. W ten sposób znalazł się w Australii. To była decyzja złożona, której nie podejmował sam, ale z żoną. Jednak Australia mu się podobała. Niewątpliwie jest to ciekawy kontynent, gdzie Jacek odnajdował swoje młodzieńcze fascynacje. "Spełnienie marzeń o podróżach" - tak zatytułowałem jeden z podrozdziałów książki. Niewątpliwie Jacek korzystał z uroków tego świata, na ile się dało. Wracał do Polski pewnie też kilku powodów, jedną z ważnych motywacji było, żeby tutaj koncertować (a więc zarabiać), a drugim powodem była pożywka duchowa, potrzeba kontaktu. W Australii mógł zagrać koncert dla Polonii, ale zamknięcie i hermetyczność tego środowiska zaczęła mu bardzo szybko przeszkadzać. Wielu jego znajomych wspominało, że z dużymi emocjami podchodził do koncertów w Polsce, zarówno do tych pierwszych po emigracji w 1990 roku, jak i później, gdy przyjeżdżał. Miał w zwyczaju opowiadać anegdotę, że kiedy przebywa w Polsce przez dłuższy czas i kilka tygodni tu koncertuje, to gdy śpiewa "Epitafium dla Włodzimierza Wysokiego", które trwa ok. 10 minut i kiedy widzi swój parking przed domem w Australii w trakcie wykonywania tej piosenki to znaczy, że czas wracać. Był jednocześnie trochę tu i trochę tam.  

- Dużo miejsca poświęcasz w swojej książce triu Kaczmarski-Gintrowski-Łapiński, czy Przemysław Gintrowski i Zbigniew Łapiński chętnie opowiadali o swojej, trudnej czasami współpracy, z Jackiem Kaczmarskim?

- Nie opowiadam aż tak wielu historii z czasów tria. Mam wrażenie, że ta historia nie może być napisana zbyt obiektywnie. Wpływają na to pewne zadawnione urazy, szczególnie między współpracownikami Jacka. Dla mnie bardzo ważne były występy Jacka z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim. W moim odczuciu oni zawsze funkcjonowali jako trio i żałowałem kiedy Jacek nie grał w tej konstelacji. Później, w trakcie pracy nad książką, po rozmowach z wieloma osobami, także z samymi zainteresowanymi, to przekonanie się zmieniało i z biegiem czasu inaczej rozumiałem śpiewającego Jacka. Wydaje mi się, że o współpracy tria wystarczająco w kilku zdaniach napisałem w biografii, a jeśli ktoś jeszcze będzie chciał kiedyś opisać tylko ten temat - na pewno zrobi to lepiej i dokładniej.

- Użyłeś bardzo ważnego słowa "obiektywizm". Na ile obiektywnie dało się tę książkę napisać i opowiedzieć o Kaczmarskim? Minęło dopiero 5 lat od jego śmierci. To niewiele. W ludziach, którzy go znali jeszcze buzują emocje, niektórzy mieli z nim bardzo trudne relacje, więc czy udało Ci się uciec od sensacyjności?


- Już we wstępie swojej książki informuję, że to nie może być to praca całkowicie obiektywna, ponieważ przystępowałem do zajmowania się twórczością Jacka z pozycji zagorzałego fana. Później fan zamienił się trochę w badacza i autora, który musiał przysiąść przy tekstach i spojrzeć na nie trochę innym okiem. Po doktoracie była to jeszcze inna relacja. Nie wiem, na ile przy swoim subiektywizmie udało mi się wykrzesać obiektywizmu i dystansu. Bardzo wcześnie założyłem również, że chcę zdobywać materiały do książki rozmawiając z ludźmi. Mam świadomość, że minęła dopiero piąta rocznica śmierci Jacka, więc wspomnienia są bardzo żywe. Dla wielu ludzi wspomnienia, o które pytałem są bardzo osobiste, ponieważ mówią o człowieku, z którym żyli i z którym łączyły ich kontakty zawodowe, ale wielu ludzi wspomina lata i miesiące, kiedy widywali się codziennie jako przyjaciele. Traktowali oni Jacka jako człowieka, który jest znanym artystą, ale dla nich przede wszystkich funkcjonował jako przyjaciel w życiu towarzyskim. Stąd oczywiście brały się problemy, ale też smaczki mojej pracy nad książką, kiedy mogłem poznawać emocje ludzi. W dużym stopniu to właśnie emocje kształtowały moje spojrzenie na biografię Jacka i na materiał, który dobierałem. Kluczem emocjonalnym kierowałem się częściej niż kluczem ściśle faktograficznym, dlatego o pełnym obiektywizmie nie może być mowy. Natomiast starałem się tak zestawiać wypowiedzi ludzi, którzy znali Jacka, żeby jakoś to wszystko równoważyć, zachowując elementarną sprawiedliwość.

- Bardzo cenię Twoje podejście do swojej własnej pracy. Piszesz we wstępie, że tak naprawdę coś zacząłeś, ale nie jest to ani kompletne, ani skończone. Na razie otworzyłeś pokój zatytułowany ‘biografia Jacka Kaczmarskiego’, do którego może wejść jeszcze wiele osób, które będą chciały się tym tematem zająć, a każda z nich może znaleźć coś zupełnie innego.
    
- Biografia Jacka nie jest w żadnym stopniu moją własnością. Sposób, w jaki napisałem swoją książkę jest jednym ze sposobów spojrzenia i napisania. Pewnie będą jeszcze bardziej osobiste wypowiedzi, będą próby całościowego i encyklopedycznego uporządkowania, bo twórczość Jacka i dorobek jego pracy zasługują na takie podejścia. Usprawiedliwiam się we wstępie książki, że nie zrobiłem wszystkiego, aby opisać całość, ponieważ dla mnie nie było to wszystko łatwe do ogarnięcia.

- Na zakończenie chcę Ci się nisko ukłonić i podziękować za pracę, którą wykonałeś, bo poza wszystkim innym, to jest naprawdę fascynująca książka o człowieku. O człowieku, którego piosenki znamy i śpiewamy, ale jest to też człowiek, w którym sami możemy się przejrzeć.

- Bardzo dziękuję za miłe słowa na temat mojej pracy, a książkę każdy może ocenić sam i spojrzeć na Jacka swoimi oczami. Chciałbym, żeby biografia Jacka mogła prowokować do indywidualnego spojrzenia na jego życie i twórczość. A także na czasy, w których tworzył i żył. Jest to przecież historia bardzo świeża, a przez to ciągle żywa i powstająca trochę z naszym udziałem.

Rozmawiała: Teresa Drozda
Spisała: Barbara Radziszewska

Od redakcji:
Rozmowa jest zapisem audycji "Nocne Spotkania", która miała miejsce 1 maja 2009r. na antenie I Programu Polskiego Radia.
 
 
Maj 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
8
9
11
14
17
26
28

Nadchodzące wydarzenia


25
Maj
2017
17:30
25 maj 2017 17:30
Pałac - Chrzęsne, ul. Pałacowa 1
Teresa Drozda po raz kolejny opowie o twórczości Jeremiego Przybory w ramach spotkania "Radiowy Teatr Jeremiego [...]
25
Maj
2017
19:00
25 maj 2017 19:00
Hybrydy - Warszawa, ul. Złota 7/9
Mateusz Nagórski i Andrzej Dębowski w koncercie pt. "Skruchy i erotyki dla Ewy". To projekt [...]
25
Maj
2017
19:30
Koncert
25 maj 2017 19:30
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Plateau w koncercie pt. "Piosenki o miłości", na który składają się utwory ze wszystkich płyt [...]
27
Maj
2017
17:00
27 maj 2017 17:00
Teatr Stary - Lublin, ul. Jezuicka 18
"Wieczorem" to przedsięwzięcie z gatunku koncert – teatr łączące wiersze Józefa [...]
27
Maj
2017
19:00
Koncert
27 maj 2017 19:00
Łódzka Piwnica Artystyczna Przechowalnia - Łódź, ul. 6 sierpnia 5
Zespół "Drabina Jakuba" w premierowym koncercie promującym debiutancką płytę pt. "Drugi [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL