Bogdan Chorążuk urodzinowo

wtorek, 29 grudzień 2009
(www.cialo-umysl-dusza.pl - 30.10.2009r.)

30 października 2009 roku Bogdan Chorążuk, autor kultowego "Zegarmistrza światła", obchodził 75 urodziny. Z tej okazji Sławomir Zygmunt rozmawia z nim o jego poezji, piosenkach, malarstwie, o jego życiu, przy okazji życząc: Bogdanie, wszystkiego najlepszego, dużo zdrowia! Sto lat!

Bogdan Chorążuk- Kiedy zacząłeś pisać wiersze? W szkole?
   
- W szkole nie, zresztą ja skończyłem liceum felczerskie i nie myślałem wtedy zupełnie o tym, że kiedyś zostanę poetą. Dopiero gdy wyjechałem do Gdańska i poznałem tam grupę poetów, to zacząłem pisać jak szalony. Skończyło się na tym, że rzuciłem pracę felczera i pisałem po 20 godzin na dobę. Trochę drukowałem, m.in. w Dzienniku Bałtyckim. Debiutowałem w Tygodniku Morskim oraz w Radiu Gdańsk. Debiut miał być w radiu, ale ja nie miałem odbiornika, a bardzo chciałem posłuchać swoich wierszy. Policzyłem pieniądze, które mi zostały. Było tego 6 zł. i 30 groszy. Wtedy to wystarczyło na pół godziny jazdy taksówką. No to wskoczyłem do taksówki, oczywiście z radiem, poprosiłem kierowcę, by ustawił na odpowiednią falę i pojechaliśmy. Ale podczas jazdy okazało się, że audycja z moimi wierszami będzie opóźniona. Jednak taksówkarz pozwolił mi wysłuchać wierszy, a brakujące pieniądze dla niego pożyczyłem od przyjaciół.
 
- Ale czy mogłeś się z tego pisania utrzymać?
 
- Coś ty, z jednego wiersza? Absolutnie nie.  
 
- Z czego więc wtedy żyłeś?
 
- Żyłem wtedy z prelekcji na temat alkoholizmu, które wygłaszałem w stoczni dla robotników. Ustalałem wcześniej terminy z dyrekcją, przychodziłem do stoczni i w czasie przerwy śniadaniowej mówiłem robotnikom o zgubnym wpływie alkoholu na życie. Że wątroba, że mózg, że to, że tamto. Mówiąc szczerze, to im trułem. Przez kilka miesięcy pracowałem także w izbie wytrzeźwień w Gdyni. To był początek lat 60.  
 
- No właśnie, bardzo ciekawe czasy na Wybrzeżu. Czy widziałeś, będąc wtedy w Trójmieście, słynny teatrzyk Bim-Bom, początki polskiego big-beatu, a więc Czerwone Gitary, Czesława Niemena itp.
 
- Rezydowałem wtedy z przyjaciółmi w Rudym Kocie (tam było najtaniej) oraz w Żaku i widziałem Bim-Bom, a w Non-Stopie koncerty Czerwonych Gitar i Niemena. Myśmy byli bardzo blisko Dziennika Bałtyckiego i Głosu Wybrzeża.

- Czy myślałeś wtedy o pisaniu piosenek?
 
- Nie, mimo że w tej samej kawiarni, gdzie ja spotykałem się z kolegami poetami, zasiadał ojciec polskiego rocka, animator muzyki, Franciszek Walicki.
 
- Dlaczego?
 
- Być może zarobiłbym sporo pieniędzy, ale nie napisałbym już więcej ani jednego wiersza. I powiem Ci, że mimo biedy, którą wtedy przeżywałem, nie żałuję. Ja cały czas musiałem walczyć. I to było wspaniałe. Zresztą nigdy nie przegrałem. Być może byłbym najlepszym tekściarzem w Polsce, zważywszy na to, jak wtedy pisałem. W tym gdańskim okresie byłem wtedy kompletnie wychudzony, wygłodzony, jednym słowem – cień człowieka. I wtedy zadzwonił do mnie kolega z Iławy i ściągnął mnie do Rudzienic, do ośrodka zdrowia, do pracy. Mieszkałem tam, pracowałem i pisałem. Bardzo szybko też podpasłem się, odzyskałem właściwą wagę. Tam napisałem swoje dwie pierwsze książki. Włożyłem maszynopisy do kopert i wysłałem do pięciu wydawnictw. Wkrótce otrzymałem dwie propozycje wydania: z Ludowej Spółdzielni Wydawniczej i z Wydawnictwa Pojezierze. Do Rudzienic przyjeżdżali do mnie koledzy literaci z Olsztyna na wódkę. Ja nie piłem, ale oni – tak. A ja tam miałem spirytus medyczny i góry żarcia. Robiliśmy z tego spirytusu i jajek super ajerkoniak. Po trzech latach spędzonych w Rudzienicach podziękowałem za pracę. Wcześniej zdałem egzamin na wydział filozofii na Uniwersytecie we Wrocławiu. Znałem tam kilku ludzi ze środowiska poetyckiego. Pojechałem do Wrocławia z dziewczyną, ale jej na uczelnię nie przyjęli. Umieściłem ją na wsi pod Wrocławiem, ona była nauczycielką. Niestety, nie zdałem egzaminu z logiki, miałem kłopoty z francuskim i zostałem skreślony z listy studentów po I roku. Wcześniej okazało się, że ja nie mam matury i musiałem ją szybko zdać.

- Jak to, nie miałeś matury? To jak zostałeś przyjęty na studia?
 
- Miałem świadectwo ukończenia liceum felczerskiego, ale okazało się, że to nie jest świadectwo dojrzałości, czyli matura. We Wrocławiu wezwał mnie dziekan i poprosił o dostarczenie świadectwa maturalnego. Tak więc szybko, eksternistycznie zdałem maturę i dostarczyłem na uczelnie papierek. Nie pomogło mi to za wiele, bo zawaliłem logikę i język francuski. Wtedy przyjechałem z dziewczyną, z jedną walizką i stówką w kieszeni do Warszawy. Poszedłem na Uniwersytet Warszawski, by zapytać czy nie przyjęliby mnie na wydział filozofii. Po przyjściu zachciało mi się siusiu. Poszedłem do ubikacji, patrzę a tam jakiś wysoki, chudy facet leje i się do mnie uśmiecha. To ja też się do niego uśmiechnąłem. Kilka minut później poszedłem na wykład z filozofii. Pomyślałem – trzeba pójść, może kogoś poznam, zapytam się co i jak. Patrzę, a tam wykłada ten facet z kibla. Pytam dziewczynę siedzącą obok, kto to jest. A ona: to jest profesor Leszek Kołakowski. Podczas przerwy podchodzę do profesora, tłumaczę że mnie wyrzucili, że chciałbym studiować, czy mnie przyjmie do siebie. Kołakowski uśmiechnął się i mówi: „W porządku, to bardzo dobrze że pan chce studiować. Proszę iść do dziekanatu, wypełnić odpowiednie papierki, przy czym proszę te niezaliczone przedmioty z I roku oczywiście zaliczyć”. W tym momencie uświadomiłem sobie, że jestem na II roku filozofii.

- Właściwie od debiutu, tomiku poetyckiego “Dwulwice”, Twoje nazwisko związane było z kilkoma skandalami, nie tylko literackimi zresztą.
 
- Po ukazaniu się “Dwulwic” cała ówczesna prasa kulturalna (m.in. Kultura, Współczesność, Życie Literackie i coś tam jeszcze) ostro mnie zaatakowała. Były to całostronicowe ataki. Ale dzięki temu skandalowi natychmiast zrobiło się o mnie głośno. Nie byłem w znanej w grupie poetyckiej Hybrydy, ale zostałem przez nich zaakceptowany. Po moim przyjeździe do Warszawy zaopiekował się mną Krzysztof Gąsiorowski, świetny animator kultury i znakomity poeta. A Julian Przyboś zaczął mnie bronić. Napisał “wprowadzenie do Chorążuka”, bardzo ładne, pochwalne, pochlebne. Potem, na początku lat 70. był skandal i napaść w prasie na “Zegarmistrza światła” mojego autorstwa. Doszło nawet do telewizyjnej debaty na temat tej piosenki.

- To rzeczywiście trochę dziwna sytuacja, wziąwszy pod uwagę fakt, że piosenka “Zegarmistrz światła” w wykonaniu Tadeusza Woźniaka zdobyła Grand Prix na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu w roku 1972?
 
- Ta piosenka podzieliła naród. Na przykład Edwardowi Stachurze, którego znałem, “Zegarmistrz swiatła” się nie podobał i z przekąsem o nim nawet napisał, zdaje się w swoim dzienniku. Ale ta piosenka nie tylko Stachurze się nie podobała. Dokonano na mnie napaści, nagonki w prasie. Pisano, że tekst jest wydumany, niezrozumiały, a słowa “zabełtać w głowie” skojarzyły się niektórym dziennikarzom z bełtem, czyli z tanim winem, nazywanym także alpaga. Oliwy do ognia dolała telewizja. Specjalnie nakręcono otwartą debatę w studio na temat tej piosenki. Najśmieszniejsze było to, że ta debata odbyła się po wielkim sukcesie piosenki, która wygrała Opole. To całe zamieszanie podbiło tylko sukces “Zegarmistrza światła”, który stał się wielkim przebojem. A debata telewizyjna była niepotrzebna, niezasłużona jak na tekst piosenki. Gdybym napisał Platona na nowo, to owszem, a tutaj raptem osiem zdań, osiem wersów tekstu i takie zamieszanie.
 
- Jak powstała piosenka “Zegarmistrz światła”?
 
- Napisałem kilka słów, dosłownie strzęp, to był zarys, szkic, pomysł na tekst. I ta kartka leżała w stercie moich papierów literackich. Kiedy nawiązałem kontakt z Tadeuszem Woźniakiem on przychodził do mnie i grzebał w tych moich papierach i któregoś razu wyłowił kartkę z tym pomysłem. Zapytał: a co to jest? Powiedziałem, że to dopiero pomysł. Woźniak zabrał tę kartkę i następnego dnia przyniósł pomysł muzyczny do tych kilku słów. Mnie się to spodobało. Ten poważny ton, ta ograniczona, nierozbuchana muzyka. I wtedy usiadłem i napisałem zwrotkę “Zegarmistrza światła” do muzyki Woźniaka. On to zabrał i nazajutrz znów do mnie przyszedł, bo okazało się, że trzeba jeszcze dopisać do muzyki jedną zwrotkę. Zrobiłem to dość szybko i powstał krótki tekst, zaledwie osiem linijek piosenki “Zegarmistrz światła”.

- W jaki sposób poznałeś się z Tadeuszem Woźniakiem?
 
- Początkowo teksty dla Woźniaka pisał Juliusz Jerzy Emir. Któregoś dnia spotkał się ze mną w kawiarni Literatów i powiedział, że pokłócił się z młodym, dobrze zapowiadającym się muzykiem Tadeuszem Woźniakiem. Nie znałem wtedy Woźniaka, nie wiedziałem, co on śpiewa. Wtedy Emir wpadł na pomysł, że pozna mnie z Woźniakiem, bo on już nie chciał dla niego pisać. Wzbraniałem się, tłumaczyłem, że jestem poetą i piszę wiersze, a nie piosenki. Emir jednak mnie namawiał twierdząc, że przecież jedno drugiemu w ogóle nie przeszkadza. I w końcu zaprowadził mnie do Woźniaka i poznał nas. Było to w roku 1971. Woźniak mnie obejrzał, chrząknął i powiedział: “Studiuje pan filozofię, wydał pan już dwa tomiki wierszy, acha. Proszę pana, chętnie nawiążę współpracę. Tu jest muzyka i niech pan spróbuje coś z tym zrobić. Jak pan to już zrobi, to proszę się do mnie odezwać”. Wobec tego usiadłem i zaraz w nocy wziąłem się do pisania. Następnego dnia rano odwiedziłem Woźniaka i przyniosłem mu dziesięć wersji tekstu do jego muzyki. Byłem wtedy na nieprawdopodobnym szwungu. Teksty po prostu ze mnie tryskały. Woźniak był zaszokowany i po przeczytaniu wszystkich 10 wersji absolutnie mnie zaakceptował. Gdy “Zegarmistrz światła” stał się przebojem i zaczął często chodzić w radiu, ja zacząłem się chyłkiem przekradać do kawiarni Literatów, bo literaci – zwłaszcza w tamtym czasie – nie lubili takiej konkurencji.

- Jakiej konkurencji?
 
- Konkurencji tekściarzy, autorów piosenek. Traktowali ich trochę pogardliwie,  ale i z zazdrością. Mówili o nich: ci to się nie napracują, a sławę szybko zdobędą i pieniądze spore zarobią.

- Na pierwszej płycie Tadeusza Woźniaka, nazywanej przez mnie "niebieską", są Wasze piękne ballady, które stały się potem przebojami: m.in. ”Z dobrych przeczuć”, "Smak i zapach pomarańczy”, "Zanosi się na noc”. Żal, że piosenka “Z pragnienia w pragnienie” nie stała się takim przebojem jak “Zegarmistrz światła”. Tekst jest piękniejszy.
 
- Przy czym “Zegarmistrz światła” jest bardziej uniwersalny. Z piosenką “Z pragnienia w pragnienie” wiąże się następująca historia. Woźniak robił jakiś program telewizyjny i miał wynajęte w nocy studio. O pierwszej w nocy zadzwonił do mnie, bym szybko napisał mu tekst do gotowej muzyki. Okazało się, że wiersz Czesława Miłosza, który Woźniak miał zaśpiewać w tym programie, nie przepuściła cenzura. Powiedziałem mu: „W porządku, wpadnę do ciebie jutro i napiszę”. Na to on: „Ty się nie wygłupiaj. Mam studio wynajęte do 6 rano. A wiesz ile to kosztuje, ile tu ludzi pracuje? Masz dwie godziny na napisanie tekstu, o 4 muszę tekst mieć gotowy, wtedy do 6 zdążę nagrać piosenkę. Ale ja nie znam melodii? – powiedziałem. Wtedy Tadeusz Woźniak podyktował mi przez telefon wiersz Miłosza, bym na podstawie tego tekstu mógł określić ilość sylab w poszczególnych linijkach. Nie mogąc zawieść przyjaciela usiadłem do biurka i do 4 rano tekst był gotowy.  
 
- Druga płyta Tadeusza Woźniaka, z Waszymi piosenkami, nazywam ją umownie "brązowa", nie zawiera już tylu przebojów. Jest chłodna, bardziej wyrafinowana, może nawet ciekawsza od strony muzycznej, aranżacyjnej, mamy na niej przecież suitę, ale jest zbyt jest dopracowana, doszlifowana, brakuje większej ilości melodyjnych, wpadających w ucho piosenek. Teksty też są głębsze i przez to może bardziej niedostępne dla przeciętnego słuchacza. Choć takie ballady jak “Dosłowność”, “I nim się ockniesz” czy “Tren o róży” pokazują mistrzostwo Twoje i Woźniaka.
 
- "I nim się ockniesz”, to są 4 linijki tekstu. To nie był tekst tylko wiersz wydrukowany w jednej z moich pierwszych książek. Podobnie “Tren o róży”. Tadeusz wybrał sobie te wiersze z książki, którą mu sprezentowałem.
 
S. Zygmunt i B. Chorążuk- Dopiero po prawie 20 latach od nagrania niebieskiej i brązowej płyty, nagraliście wspólnie trzecią płytę - “Tak, tak to ptak”. Czym spowodowana była tak długa przerwa?
 
- Mniej więcej po sukcesie piosenki “Zegarmistrz światła” przyszedł do mnie reżyser teatralny Andrzej Maria Marczewski i zaproponował żebyśmy założyli grupę teatralną ARA, A - aktor, R - reżyser, A - autor. Zaproponował mi, bym napisał sztukę, którą on wystawi z grupą młodych aktorów. I dla tej grupy teatralnej napisałem swój pierwszy dramat – “Didaskalia” – wystawiony w warszawskim teatrze Ateneum, w roku 1977.  
 
- Dlaczego w takim razie Marczewski do Ciebie się zwrócił? Znał twoje wiersze?
 
- Wydaje mi się, że po zdobyciu przez piosenkę “Zegarmistrza światła” Grand Prix w Opolu, on sądził, że mam nazwisko i że to wystarczy by ze mną, w roli autora, wystartować. Grupa teatralna powstała, Marczewski do mnie przychodził i dyskutowaliśmy o sztuce, którą pisałem. Pisałem na cztery osoby, bo tyle liczyła grupa teatralna. Tworzyliśmy intelektualny teatr, choć, przyznam się teraz, nie miałem zielonego pojęcia, co to takiego. Potem Marczewski prowadził rozmowy z teatrami, szukał gdzie dałoby się wystawić “Didaskalia”. Spotykał się także z krytykami, przedstawiał założenia grupy teatralnej ARA. “Didaskalia” to nasz wspólny debiut. Mój – dramatopisarski, Marczewskiego – jako reżysera teatralnego.
 
- Czy to był Twój pierwszy kontakt ze sceną?
 
- Jako młody chłopak występowałem w dobrym teatrze amatorskim.  Do dziś zresztą aktorsko bardzo dobrze się czuję i czasami na spotkaniach autorskich “rozgrywam” aktorsko swoje wiersze.

- Po premierze sztuki “Didaskalia” krytycy pisali pozytywnie. Czy napisałeś jeszcze jakąś sztukę dla teatru?
 
- Napisałem jeszcze kilka sztuk, ale już ich nie wystawiałem. Teksty leżą do dzisiaj na pawlaczu w moim mieszkaniu. Grupa teatralna ARA po “Didaskaliach” przestała istnieć. Marczewski zaczął się starać o teatr i to z powodzeniem, został dyrektorem teatru w Wałbrzychu. Jak Marczewski się poznał z Woźniakiem, to zaproponował mu funkcję kompozytora i kierownika muzycznego w swoim teatrze i Tadeusz ugrzązł w Wałbrzychu na 20 lat. Tak więc dopiero po tych 20 latach napisaliśmy razem trzecią płytę “Tak tak, to ptak”.

- A co Ty robiłeś przez te 20 lat? Nie chciałeś pisać dla teatru?
 
- Marczewski proponował mi kierownictwo literackie w swoim teatrze, ale to mnie nie interesowało. Musiałbym się tam przenieść, mieszkać z aktorami i wódkę pić. Byłem już członkiem Związku Literatów Polskich i pisałem następne książki. Zresztą zdarzało się, że jak Woźniak pisał do spektakli muzykę, to ja pisałem do tych spektakli piosenki. W Wałbrzychu przecież powstał musical “Lato Muminków”, z Woźniaka muzyką i moimi tekstami piosenek.

- Należałoby dodać - słynny musical, który nie schodził ze sceny przez 20 lat. Twoje nazwisko najbardziej kojarzy się z Tadeuszem Woźniakiem. Czy pisywałeś dla innych wykonawców?
 
- Napisałem teksty dla kilkunastu piosenkarzy, ale to byli nieznani ludzie, nie zrobili kariery w tej branży.
 
- Pomówmy o Twoim malarstwie?
 
- Maluję od dawna, ale nie od zawsze. W 1976 roku poeta i malarz Wiesław Sadurski zabrał mnie w podróż do Amsterdamu. I zacząłem malować. W ciągu tych 35 lat uzbierało się sporo obrazów.  
 
- Sprzedajesz te obrazy?
 
- Ze sprzedawaniem jest dużo gorzej niż z malowaniem, ale czasem sprzedaję. Obecnie mam swojego przedstawiciela w Nowym Jorku. W Internecie jest kilka stron z moimi pracami.

- Malujesz jakąś techniką?
 
- Przeszedłem przez wszystkie techniki, malowałem portrety, pejzaże, martwe natury. Obecnie maluję obrazy z inskrypcją, z napisami, z jakimś symbolem. Maluję tak jak piszę wiersze, robię to spontanicznie, poza umysłem. Pracuję całą swoją świadomością. Logikę włączam wtedy, kiedy trzeba dokonać wyboru, coś wyczyścić, zmienić.


Rozmawiał: Sławomir Zygmunt.
Wywiad został opublikowany 30.10.2009 roku na portalu internetowym www.cialo-umysl-dusza.pl
Wrzesień 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
4
5
6
7
14
19
21

Nadchodzące wydarzenia


25
Wrz
2017
19:00
25 wrzesień 2017 19:00
Dom Kultury Śródmieście - Warszawa, ul. Smolna 9
Jarek Tomaszewski i Przyjaciele w koncercie piosenki literackiej pt. "Koncert Na Marginesie".
25
Wrz
2017
19:00
25 wrzesień 2017 19:00
Prom Kultury Saska Kępa - Warszawa, ul. Brukselska 23
Teresa Drozda przypomina…Irena Kwiatkowska w 105. rocznicę urodzin Teresa Drozda rozpocznie kolejny sezon gawęd w PROMie Kultury Saska Kępa od rocznicy, [...]
26
Wrz
2017
19:00
26 wrzesień 2017 19:00
Studio Koncertowe Polskiego Radia im.Witolda Lutosławskiego - Warszawa ul. Modzelewskiego 59
Koncert piosenek Wojciecha Młynarskiego pt. Piosenka to forma Magiczna. Kierownictwo muzyczne – Aldona [...]
26
Wrz
2017
19:15
Koncert
26 wrzesień 2017 19:15
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
Artur Andrus w recitalu kabaretowym. Artyście towarzyszy zespół muzyczny w składzie Wojciech Stec (fortepian) i Łukasz [...]
27
Wrz
2017
18:00
27 wrzesień 2017 18:00
Muzyczne Studio Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej - Warszawa ul. Myśliwiecka 3/5/7
Nula Stankiewicz w koncercie piosenek Agnieszki Osieckiej pt. Byle nie o miłości. Występują:Nula Stankiewicz - śpiewJanusz Strobel - gitara klasycznaWłodzimierz Nahorny - fortepianMariusz "Fazi" [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL