Dobrze napisana piosenka może więcej... - mówi Andrzej Sikorowski

poniedziałek, 24 styczeń 2011
Z Andrzejem Sikorowskim rozmawia Teresa Drozda:

- Punktem wyjścia do naszego spotkania są Twoje jubileusze (40 lat na estradzie i 60 lat w życiu), zacznę więc od płyty zatytułowanej "Zmowa z zegarem". Pamiętam nasze spotkanie w Krakowie na Rynku, w biegu, kiedy powiedziałeś, że przygotowujesz jubileusz, któremu towarzyszyć będzie nowa płyta i koncerty. Zapamiętałam z tej rozmowy, że na płycie będą nowe piosenki, stąd moje leciutkie zawiedzenie.

- Piosenki na płycie "Zmowa z zegarem" rzeczywiście nie są premierami. To piosenki wybrane spośród kilkuset, które napisałem w życiu. Miałem trudne zadanie, ponieważ oprócz piosenek bliskich sercu, do których mam większy sentyment, musiałem również wybrać piosenki, które są "kamieniami milowymi" w mojej robocie. Nie mogłem uciec od kilku przebojów, ponieważ wiem, że ludzie na nie czekają. Gdy na spotkaniach z publicznością nie zaśpiewam "kap, kap, płyną łzy..." z "Bardzo smutnej piosenki retro", albo "Nie przenoście nam stolicy do Krakowa" to słuchacze przychodzą z pretensjami. Jest w człowieku stara prawda płynąca z filmu "Rejs", że najbardziej lubimy te piosenki, które znamy i potrafimy zanucić.
Na nowej płycie nie ma więc nowości. Jest ona podsumowaniem. Nowe piosenki z pewnością pojawią się na następnych płytach, jeśli kolejne płyty będą, a na razie wszystko wskazuje, tak.
 
"Zmowa z zegarem" i "Sprawa rodzinna" sprzedają się nieźle. Wciąż jest grupa ludzi schowana w niszy, która jest na tyle obszerna, że kolejne wydawnictwo z moim nazwiskiem opuszcza półki punktów sprzedaży. To pozwala mi ufać, że piosenka autorska jeszcze w dalszym ciągu się nie poddała.
 
- "Zmowa z zegarem" to Twoja druga autorska płyta, pierwsza ukazała się w 1991 roku. To było Twoje pierwsze wyraźne pokazanie się od strony autorskiej, bo Twoje piosenki funkcjonują raczej jako piosenki zespołu. Najnowsza płyta to kolejny solowy akcent...

- To prawda. Mam świadomość, że Andrzej Sikorowski zawsze kojarzony był z zespołem "Pod Budą". Nigdy nie dbałem, żeby było inaczej. Często zapowiedzi estradowe, które brzmiały: Andrzej Sikorowski i zespół "Pod Budą", prostowałem, uważając że nie ma potrzeby akcentowania mojej osoby, mimo że nominalnie byłem liderem grupy i głównym dostarczycielem repertuaru.
Przychodzi jednak dla człowieka taki czas, kiedy chce być rozliczany z tego, co zrobił, pod własnym imieniem i nazwiskiem. To jest satysfakcja, kiedy przestaje działać kredyt zaufania udzielony znanemu zespołowi i okazuje się, że samemu się poradzi. Samotne bycie na estradzie rozpocząłem dosyć dawno, nagrywając płytę w 1991 roku. Potem nagrałem dwie płyty ze swoją córką Mają, a "Zmowa z zegarem" jest rodzajem podsumowania.
Koncert zespołu "Pod Budą" który jest legendą polskiej estrady, oklaskiwany przez publiczność na stojąco, jest dla mnie ogromną satysfakcją. Kiedy koncert mój i mojej córki, która nie jest rozpoznawalną i lansowaną artystką, wzbudza aplauz, to satysfakcja jest podwójna. Myślę, że jeśli dalej będę funkcjonował na estradzie, to raczej jako śpiewający autor, a nie frontman popowej kapeli.

- "Pod Budą" jest popową kapelą? Nie popadamy w jakąś skrajność?

- Wydaje mi się, że tak. Teksty śpiewane przez zespół "Pod Budą" i teksty, które wkładałem w usta innych ludzi, np. mojej córki, czy Maryli Rodowicz, czy wreszcie swoje własne, te teksty uważam, za przyzwoite teksty piosenek i nie przypisuję im specjalnych wartości poetyckich. Natomiast muzyka zespołu to dość popularne przeboje i pod tym względem słowo "pop" nie musi brzmieć pejoratywnie. Nam słowo "pop" kojarzy się źle, ale przecież to jest wielki kawał światowej muzyki, na którą się nikt nie obraża, ani nikt nie ma o nią pretensji. Powstały w tym nurcie zupełnie niebotyczne przeboje, które potrafi zanucić niemal każdy człowiek na kuli ziemskiej i płynięcie z tym nurtem nikomu ujmy nie przynosi.

- W takim razie "Zmowa z zegarem" jest płytą popową?

- Myślę, że gdyby piosenki, które zaśpiewane zostały z akompaniamentem dwóch gitar akustycznych i kontrabasu, zaaranżować, dodać im blasku, jakim oprawia się czasami przeboje muzyki pop, to prawdopodobnie można tę muzykę uznać za popową. Gdybym szukał porównań światowych to śpiewający autor, legenda piosenki – Leonard Cohen, także zaśpiewał mnóstwo popowych przebojów, które nucił cały świat.

- W ten sposób rozumiany pop jestem w stanie zaakceptować. Wydaje mi się jednak że popularność autorów śpiewających: Boba Dylana, Leonarda Cohena, Jaromira Nohavicy, a także ciągła potrzeba wracania do piosenek Wysockiego czy Okudżawy, pokazuje, że publiczność tych piosenek szuka. To, że płyty "Sprawa rodzinna", czy "Zmowa z zegarem" się sprzedają, udowadnia, że ludzie szukają i chcą trochę tego sensu w piosence, dlatego nie można tego zrównoważyć z popem. Tak samo jest z "Pod Budą" i kilkoma innymi wykonawcami, jak np. "Raz Dwa Trzy", z jednej strony są to popularne zespoły, które funkcjonują w szerszej świadomości, ale jednocześnie nie idą one nurtem muzyki pop.

- Nie idą z nurtem komercyjnym... Skoro wywołaliśmy nazwę "Raz Dwa Trzy", bardzo bliskiego mi zespołu, bo przyłożyłem rękę do ich kariery, będąc jurorem Studenckiego Festiwalu Piosenki, który wygrali, i obserwuję ich z wielką sympatią, to muszę stwierdzić, że na dobrą sprawę najbardziej przebili się do masowej wyobraźni i świadomości przy pomocy piosenek, których Adam Nowak nie uznałby pewnie za specjalnie ambitne. Popularności nie przyniosły im mądre i piękne pieśni jak np. "Talerzyk", ale "Czarna Inez", która jest hitem mocno dancingowym. W związku z tym, że cały czas próbujemy budować pewnego rodzaju opozycję, może uruchomić termin np. "ambitny pop".
Z zespołem "Pod Budą" zaśpiewaliśmy wiele interesujących piosenek, ale funkcjonowaliśmy w środowisku studenckim i dopiero sukces na Festiwalu w Opolu "Bardzo smutnej piosenki retro" czyli  "Kap, kap, płyną łzy", którą napisałem jako rodzaj pastiszu i kpiny, przyniósł nam prawdziwą popularność. Dopiero z taką piosenką byliśmy w stanie wbić się w "komerchę", o co nasi rówieśnicy wywodzący się ze środowiska studenckiego mieli do nas żal. Pamiętam, jak uważano, że poszliśmy na łatwiznę, bo to nie była specjalnie ambitna piosenka.
Teraz arogancja wobec wszystkiego, co zmusza do jakiegokolwiek myślenia się pogłębia. Anteny stacji radiowych i telewizyjnych okupują rzeczy, które nie wywołują żadnego ruchu szarych komórek. Nasza kultura się zmakdonaldyzowała i jest rodzajem hamburgera - smacznego i niewiele wartego, bo nic nie wynika z przyswojenia takiej piosenki, ale nie mówię tego z tonem pretensji, albo żalu, bo nie czuję się pokrzywdzony.
Szkoda tylko, że zamknięto drogę młodym ludziom, którzy idą moim tropem, do tego by mogli zaistnieć. W polskich miastach tworzą piosenki przy akompaniamencie gitar czy fortepianów młodzi faceci, którzy nie nazywają się Sikorowski, ale robią rzeczy bardzo wartościowe, które nie są gorsze od tego, co robię dzisiaj lub robiłem bardzo dawno temu. Znaleźli się jednak w fatalnej sytuacji, że nikt nie chce ich zaprezentować. Przykre jest, że szef muzyczny odpowiedzialny za antenę, po wysłuchaniu 15 sekund takiej piosenki powie, że nikogo to nie zainteresuje, i że piosenka zostanie przerwana zanim zabrzmi jej puenta.
Etos autora upadł zupełnie. Uświadamiam sobie dzisiaj, że gdyby aktualny regulamin Festiwalu w Opolu funkcjonował 30 lat temu, to polska kultura nigdy nie wzbogaciłaby się o takie genialne piosenki jak "Korowód" Grechuty, który trwa 11 minut. Teraz piosenka ma trwać maksymalnie 3 minuty 10 sekund.
Czas, w którym żyjemy jest głupszy, a komercja to w ogóle nie jest zjawisko mądre. Przyjęliśmy ją jednak z całym dobrodziejstwem inwentarza jako skutek przemian ustrojowych i nie mamy na to wpływu. Mogę zżymać się na kapitalizm, ale ma on swoje jasne i ciemne strony. Jasnymi są, np. wolność słowa, demokracja i paszport w kieszeni, a ciemnymi, np. pauperyzacja życia. Lepszego systemu ludzie jeszcze nie wymyślili i czy nam się podoba, czy nie, musimy w takim funkcjonować.

- Jest jednak tak, że ludziom Sikorowski, Nohavica i wielu innych nie może się podobać, skoro nie mieli okazji poznać ich twórczości, a gdy przez jakiś przypadek posłuchają ich piosenek, to bardzo często stają się ich fanami.

- Potwierdzam tę tezę w całej rozciągłości. Na spotkania ze mną bardzo często przychodzą młodzi ludzie i prawie zawsze okazuje się, że zostali zarażeni mną przez swoich rodziców. Jeśli nie znaleźli mnie w radiu czy telewizji, to nie musieli mnie szukać, bo u nich w domu płyta winylowa, kaseta, czy CD z moimi piosenkami funkcjonowała i przyjmowali to jako stan oczywisty, że taki facet i takie piosenki są.
Na początku 2010 roku pracowałem z Michałem Jurkiewiczem, który aranżował płytę "Sprawa rodzinna". Michał to rówieśnik mojej córki i dowiedziałem się od niego, że on niedawno odkrył piosenki Andrzeja Zauchy. Oszalał z zachwytu, ponieważ nie wiedział, że kiedyś pisano tak świetne piosenki, że 30 – 40 lat temu też byli ludzie, którzy potrafili wspaniale aranżować.
Bardzo często ludzie odpowiedzialni za nasz ruch muzyczny: dziennikarze i krytycy muzyczni, zachowują się tak, jakby muzyka zaczęła się w momencie, kiedy oni zaczęli ją percypować, jakby wcześniej nie było muzyki. Przez to jedni z pokorą stare rzeczy akceptują i próbują się im przyjrzeć, a inni a priori je odrzucają. Bawi mnie, gdy w recenzjach muzycznych nowych płyt tuzów muzyki światowej jak Bruce Springsteen, czy Joe Cocker odnotowuje się jeden zarzut, że artysta nie pokazał nic nowego. Świat mediów ma nieustające oczekiwanie, że wejście na rynek z kolejną pozycją powinno być szokiem. Tak samo wywiad... ciepła i wyważona rozmowa nie interesuje widza, jeśli rozmowa ma konwencjonalny przebieg to ludzie nudzą się i słupki oglądalności nie idą w górę.

- Z tego wynika, że nas nikt nie przeczyta...

- Myślę, że nas poczyta nisza. Jestem wdzięczny tej grupie ludzi, którzy są wychowani na takich klimatach i którzy zadadzą sobie trud, żeby znaleźć mnie w sklepie i w internecie, żeby dowiedzieć się z mojej strony internetowej, gdzie mam następną imprezę i jakie są moje plany. Mimo wszystko myślę, że nie ma jeszcze totalnej obawy, że znikną z anteny czy gazet takie rozmowy, jaką prowadzimy, a to że nie są one promowane, to zupełnie inna para kaloszy.

- Wrócę do płyty i solowego występowania, które nie jest całkiem solowe, bo córka cały czas Ci towarzyszy. Czy są takie koncerty, które grasz tylko z gitarą?

- Tak, zdarzają się koncerty z gitarą. Bywa tak, że ktoś do mnie dzwoni i wie, że występuję z Mają i większym składem, ale najzwyczajniej nie ma na to pieniędzy. Wtedy pada pytanie, czy przyjechałbym sam. Godzę się na takie występy ponieważ lubię grać sam z gitarą. Gdy jestem tylko z jednym towarzyszącym instrumentem, to próbuję występ zamienić w spotkanie autorskie, bardziej opowiadam o sobie i o historii piosenek, niż daję solowy show. Im skromniejsza forma, w jakiej się pojawiam i im jest słabszy atak dźwiękowy (trudno zaatakować publiczność przy pomocy wokalu i jednej gitary), tym większa satysfakcja, gdy spotykam się z ciepłym przyjęciem. To daje poczucie, że poradzę sobie z koncertem nawet w dużej sali.

- Korzystając z jubileuszy chcę się też dowiedzieć ile gitar miałeś w życiu i czy pamiętasz tę pierwszą?

- Pamiętam, to była jakaś polska gitara, którą ojciec kupił mi w sklepie. Byłem drobny, miałem drobne dłonie i miałem trudności, żeby objąć gryf, dlatego pierwsza gitara była mała, ale swoją przygodę z instrumentami zaczynałem od mandoliny. Dzięki mandolinie nauczyłem się nut. Do dzisiaj gram na mandolinie w domu traktując to jako hobby i przyjemność. Potem była druga polska gitara normalnych rozmiarów. To były instrumenty produkowane seryjnie przez ówczesny przemysł muzyczny, trudne do porządnego nastrojenia. Na Festiwalu w Krakowie zagrałem na gitarze pożyczonej, która była lepsza, ale również daleka do ideału. Muszę tu wspomnieć, że przygoda podczas studiów była daleka od planów artystycznych. Byłem studentem czwartego roku filologii i myślałem, że będę w najlepszym wypadku dziennikarzem, jak mój ojciec, ale byłem również zdecydowany na to, że będę zwyczajnym nauczycielem języka polskiego. Dzisiaj brzmi to bardzo dumnie, bo gdy słucha się jaką polszczyzną operuje młodzież odnosi się wrażenie, że brakuje nauczycieli języka polskiego.
Od momentu gdy wygrałem Festiwal Studencki, minęło wiele lat zanim zacząłem myśleć poważnie, że moja droga będzie polegała na graniu, pisaniu i śpiewaniu piosenek. Dlatego też nie przywiązywałem wtedy wielkiej wagi do tego, żeby się usprzętowić, nie mówiąc o tym, że to były czasy, w których trudno było kupić dobry instrument. Gdy wygrałem Festiwal w Krakowie, zaczęły się pojawiać propozycje grania w klubach studenckich.
Kluby studenckie to był absolutnie światowy ewenement. W klubie studenckim odbywał się bardzo poważny proces kulturotwórczy, o którym społeczność polska pozaakademicka niewiele wiedziała. Artysta mógł grać w klubach, zarabiać pieniądze i żyć z tego, nie będąc w ogóle znanym w Polsce. Gdy zaczęły przychodzić propozycje koncertów w klubach studenckich, zorientowałem się, że moje granie zaczyna przybierać formę zaawansowaną. Pomyślałem o kolejnym instrumencie i kupiłem NRD-owską gitarę akustyczną w komisie. To było już większe wyrzeczenie finansowe. Potem kupiłem w Grecji gitarę akustyczną Ibanez, poważniejszy instrument japoński. A gdy pojawiła się taka możliwość, sprowadziłem z Niemiec gitarę Ovation. To była już gitara z przystawką, czyli z możliwością transmitowania dźwięku przez kabel. Następnie w Stanach Zjednoczonych kupiłem kolejną gitarę Ovation, którą potem ukradziono podczas kradzieży samochodu z całym sprzętem zespołu. Potem kupiłem dwunastostrunową gitarę Ovation. A później jeszcze kupiłem gitarę Seagull - to jest kanadyjska gitara akustyczna z dobrym przetwornikiem. Teraz ostatnio gram na Gibsonie, takim modelu Elvis Presley, który zawsze mi się bardzo podobał i teraz go mam.

- To już wszystkie marzenia gitarowe?

- Myślę, że ta lepsza może jeszcze zostać wyprodukowana, bo to jest oczywiste. Jednocześnie myślę, że gdybym mógł penetrować rynek amerykański, ale na to potrzeba czasu, to może udało by się kupić Martina z lat 70-tych, to może by była ta gitara marzeń.

- Twoje piosenki zawsze powstają tak, że gitara i pióro są jednocześnie obok siebie?

- Nie, zupełnie nie tak. To może kogoś zaskoczyć, ale nigdy nie miałem żadnego gabinetu, biurka, ani stałego miejsca pracy. Nigdy nie miałem maszyny do pisania, ani komputera. Piosenki piszę piórem na zwykłej kartce papieru. Gdy mam już w głowie gotowy tekst, to przelewam go na papier. Proces tworzenia nie polega u mnie na siedzeniu przy stoliku. Ja łażę i wymyślam piosenki na spacerach, albo na zakupach, albo biorąc prysznic. Przeważnie gdzieś w tym czasie, gdy sobie w głowie rymuję różne frazy, to powstają też melodie. Charakterystyczne jest, że gdy melodia nie pojawia się wraz z tekstem, to najczęściej ten tekst komuś oddaję do zrobienia. Melodia musi przyjść samoistnie. Potem po prostu z gitarą próbuję tę piosenkę zaśpiewać, robię to w domu, a pierwszymi słuchaczami są zawsze najbliżsi, czyli żona i córka. Obie moje kobiety są wyczulone na chropawość języka i gdy mówią, że jakieś słowo nie brzmi lub cała fraza jest za ostra, to zmieniam tekst. Potem jest okres kochania najmłodszej piosenki. Najbardziej lubię swoje nowe piosenki, bo chcę je zaśpiewać, zobaczyć, jak sprawdzają się przed publicznością. Lubię ostatnio napisane piosenki, dlatego najbardziej lubię tę, której jeszcze brakuje puenty, ale już wiem że powstanie, wiem, jak ma brzmieć chociaż jeszcze się z nią mocuję.

- A z tych gotowych piosenek, które teraz lubisz najbardziej?

- Z gotowych lubię najbardziej piosenki z płyty "Sprawa rodzinna". Bardzo bliska mojemu sercu jest piosenka "Lekcja religii", bardzo lubię też "Piosenkę na koniec świata". To są piosenki, które teraz dosyć często śpiewam, wywołujące u odbiorców łzy wzruszenia, które są najlepszą miarą. Piosenka jest dziwnym tworem, bo ma ogromną moc przekazu, chociaż trwa 3 – 4 minuty. Dobrze napisana piosenka czasami załatwia tyle, co źle napisana książka.
Piosenka jest pewną szczególną umiejętnością operowania skrótem myślowym. Pisząc ją trzeba wpasować się we frazę muzyczną, a także opowiedzieć historię i ją spuentować w kilkunastu wersach. Nie wszyscy posiadają ten dar. Bardzo często wybitni literaci nie są w stanie napisać tekstu piosenki, bo to wcale nie jest taka prosta rzecz.
Nie jestem typem, który pisze dużo. Bardzo długo się z piosenkami obnoszę. Gdy decyduję się, aby przelać piosenkę na papier, to jest już ona produktem finalnym. Mam kolegów, którzy pracują w zupełnie inny sposób, pisząc dziennie kilka tekstów i selekcjonując je, albo dokonując syntezy, z której zostawała jedna stronica. Ja nie jestem maszyną do pisania i nie ma we mnie takiej biegłości i imperatywu. Jestem dosyć leniwym człowiekiem. Gdybym był bardziej aktywnym i pracowitym, to może miałbym na swoim koncie więcej płyt, ale nie miałem takiej potrzeby. Bywało tak, że mijało 4 – 5 lat zanim pojawiła się moja kolejna płyta. To jest kwestia temperamentu i mojego charakteru. Nie mam potrzeby, żeby to robić. Płyta powstaje wtedy, gdy mam na nią odpowiednią ilość dobrego materiału. Jak powiedział kiedyś jakiś krytyk po wysłuchaniu płyty „Pod Budą” i  to był dla mnie wielki komplement: gdyby ktoś zdecydowałby się lansować te piosenki, to każda mogłaby zostać przebojem. Artyści często idą odmiennym tropem tworząc jedną piosenkę - „lokomotywkę”, a reszta w zasadzie jest nieistotna. Jedna piosenka załatwia sprawę, pojawia się na listach przebojów, a później słuchacz kupuje płytę i stwierdza, że reszta piosenek jest bardzo średnia. Nie chciałbym tak.

- Wrócę do nowych i ulubionych piosenek, myślałam, że wymienisz piosenkę "Pani Zosia"...


- "Pani Zosia" to szczególny przypadek. Bardzo lubię temat tej piosenki, który jest próbą przekornego flirtu, w którym wspominam przeszłość. Ktoś mógłby uznać, że mam zdecydowanie komunistyczne, stare poglądy, a ja tęsknię za młodością, ale tęsknię też za pewnymi aspektami komuny. Napisałem piosenkę "Pani Zosia" i miałem już w głowie swoją melodię, ale w związku z tym, że mieliśmy tę piosenkę zaprezentować z Grzegorzem Turnauem w Opolu, gdzie prowadziliśmy koncert premier, dałem ją Grzesiowi, który zrobił do niej melodię. "Pani Zosia" funkcjonuje na estradzie i na nagraniu płytowym z jego melodią, a jak jestem sam z gitarą to funkcjonuje z moją melodią, która jest zupełnie inna, jest rodzajem osobistego bluesika. Dlatego lubię tę piosenkę w dwójnasób, bo bardzo lubię ażurową kompozycję Grzesia, ale lubię też moją osobistą kompozycję.

- Pamiętam też, że gdy minęliśmy się na rynku mówiłeś coś również o książce z tekstami...

- Początkowo chciałem zrobić tak, żeby dołączyć płytę do książki, ale zamiar książki był inny. Chciałem wybrać kilkadziesiąt swoich piosenek i do każdej dopisać komentarz dotyczący jej powstania. Zrobiłem próbę do ponad 20 tekstów i pokazałem to w Wydawnictwie Literackim, gdzie zachwycili się tym pomysłem, ale jednocześnie uznali, że moje komentarze są znacznie bardziej interesujące niż teksty piosenek. Zaproponowali, żebym poszedł w prozę i napisał rodzaj autobiografii. Początkowo połknąłem tę przynętę, a potem pomyślałem, że mój pomysł był lepszy. Z komentarzy do tekstów siłą rzeczy powstanie autobiografia, ale to trochę czasu zajmie.
Chciałbym już mniej jeździć i śpiewać, a więcej siedzieć i pisać. Nie jest to łatwe. Telefon, który dzwoni z propozycjami, jest wystarczająco silną pokusą, aby zabierać gitarę i wychodzić z domu. Żyjemy w czasach, w których bardzo wielu moich kolegów czeka na takie telefony z niecierpliwością. W związku z tym, że mnie propozycje same znajdują, to arogancją by było je lekceważyć. Pewnie, że nie chce mi się zimą jechać, np. do Białegostoku, bo to jest zwyczajnie niebezpieczne, ale równocześnie myślę, że w tym Białymstoku ktoś ma ochotę posłuchać moich piosenek. Jestem w tej sytuacji niszowej, że słuchacz nie znajdzie moich piosenek w radiu, czy telewizji, dlatego trzeba jechać mu je zaśpiewać, a przy okazji zawieźć parę płyt.

- Wiadomość dotycząca książki jest bardzo dobra, a teksty felietonowe, które ukazują się w Dzienniku Polskim, nadal je piszesz?

- Z pisania felietonów wycofałem się na wiosnę 2010 roku, po 13 latach. Tych felietonów powstało około 600, więc sporo. Teraz przeniosłem się do radia, bo lubię radio. Od paru miesięcy mam felieton w Radiu Kraków, w piątki o porannej godzinie zatytułowany „Zamiast przeboju”. Polega to na tym, że 2 – 2,5 minutową wypowiedź na jakiś temat ilustruję piosenką, niekoniecznie swoją, ale chodzi o to, aby piosenka w jakiś sposób w korespondencji pozostawała z tym co wypowiadam. Teraz jestem bardziej felietonistą radiowym niż prasowym.

- Felieton jest popularną formą dziennikarstwa. Jaromir Nohavica na swojej stronie publikuje krótkie nagrania o treści felietonów tzw. wirtualki (virtuálka). Ale Ty chyba nie pisałeś takich tekścików?

- Króciutkie wierszyki piszę w formie dedykacji różnym ludziom na płytach i książkach które ofiarowuję ludziom. Piszę limeryki, ale ich nie publikuję, bo są nieprzyzwoite. Wymieniam się z nimi znajomymi, zwłaszcza gdy jestem w jakiejś podróży. Zawsze jakiś limeryk pisałem Grzesiowi Turnauowi, ale przeważnie niecenzuralny. Aktywność Jarka Nohavicy jest godna podziwu, ale równocześnie to nie moja bajka. Nie jestem tak aktywnym człowiekiem. Podrzuciłaś mi pomysł zamieszczania w internecie śpiewanych kuplecików, które by miały rangę felietonu, ale mnie też zwyczajnie się nie chce. Zadam sobie pytanie czy muszę to robić. Wolę przez ten czas obejrzeć mecz lub przeczytać książkę. Jestem człowiekiem, który przejawia aktywność, ale po 40 latach posługiwania się słowem, mam coraz więcej ochoty na milczenie. Nie oznacza to, że wycofuję się i dokonuję manifestacji, ale myślę, że mocno zwolnię. Ostatnio miałem mocny imperatyw w postaci Mai, żeby jej pomóc w tej zabawie. Maja się usamodzielnia. Teraz nagrywa płytę z zespołem Kroke. Nie twierdzę, że będzie z nimi występować, ale przejawia pewien rodzaj aktywności, który może spowodować, że już nie będę musiał martwić się jej losem estradowym. Będę miał więcej czasu na siedzenie w domu, spotykanie się ze znajomymi, czytanie książek i oglądanie filmów. Zdaję sobie sprawę, że książek które mnie interesują nie przeczytam do końca życia. Mam też swoją przystań w Grecji, i wyrzuty sumienia, że za mało czasu tam spędzam. Jest co robić.

- "Zmowa z zegarem" jest wydawnictwem audio-video. Jak pamiętasz recital z 1977 roku, który jest pomieszczony w albumie?


- Z tej płyty cenię najbardziej to, że jest dokumentem czasów minionych. Dla ludzi, których nie było wtedy na świecie będzie to ciekawostką. W pewnym sensie to zabytek. A mnie to rozbawiło... technika poszła tak daleko do przodu, że jak ogląda się coś sprzed ponad 33 lat, co zostało zarejestrowane ówczesną czarno-białą techniką telewizyjną, to jest szokujące wręcz. Nie mówię już o tym, jak patrzy 60-latek na siebie mającego 28 lat, bo to jest zupełnie inny człowiek. Nie podobam się sobie na tym nagraniu. Dzisiaj potrafię zdiagnozować jakie to jest nieporadne, nieopierzone, amatorskie, ale równocześnie jest to niebywały dokument czasu. Nagrywaliśmy w Krzeszowicach, a ostatnia piosenka przypadała na późny wieczór i było za mało światła. Pamiętam jak nieżyjący już dziś kierownik programu kazał wszystkim ludziom podjechać własnymi samochodami w miejsce, gdzie nagrywaliśmy piosenkę i w ten sposób doświetlił plan. Tak robiliśmy ostatnią piosenkę pt. "Ballada o mojej ulicy". Dla mnie to kawał przeszłości i powrót do czasów młodzieńczych i w tym aspekcie jest bardzo miłe. Cieszę się, że odgrzebaliśmy to nagranie. Tak samo jak odgrzebaliśmy stare teledyski, które dają świadectwo jak było.

- Kończąc będę próbowała zaapelować do Ciebie, żeby kolejna solowa płyta Andrzeja Sikorowskiego nagrana była tylko z gitarą, w najbardziej surowy sposób, w jaki można zagrać. Może też zaśpiewałbyś na niej swoje ulubione piosenki, nie swojego autorstwa...

- Jest to jakiś pomysł, ale gdybym śpiewał piosenki nie swojego autorstwa to czułbym się jakbym się pod kogoś podszywał. Musiałbym wybrać piosenki, które do mnie przemawiają. Z polskich wykonawców może mógłbym zaśpiewać piosenki, np. Grzesia Tomczaka czy Andrzeja Garczarka. Myślę, że jestem lirykiem i bliżsi są mi faceci, którzy świata nie atakują tylko próbują go zmieniać przy pomocy odruchów serca. Chciałbym żeby moja piosenka piknęła kogoś w okolicach serca niż żeby kazała mu wyjść na barykadę. Nie jestem rewolucjonistą. Trudno byłoby mi zaśpiewać piosenki Jacka Kaczmarskiego, ale pewnie zaśpiewałbym coś Marka Grechuty.

- Taka płyta byłaby ładna. Bardzo chętnie posłuchałabym takiej surowej płyty, będącej pewnego rodzaju wyznaniem.

- To co mówisz utwierdza mnie w przekonaniu, że warto nagrać kolejną płytę, żebyś jej posłuchała, i żeby posłuchało jej jeszcze paru ludzi.
 
Rozmawiała: Teresa Drozda.
 
 
Maj 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
8
9
11
14
17
26
28

Nadchodzące wydarzenia


25
Maj
2017
17:30
25 maj 2017 17:30
Pałac - Chrzęsne, ul. Pałacowa 1
Teresa Drozda po raz kolejny opowie o twórczości Jeremiego Przybory w ramach spotkania "Radiowy Teatr Jeremiego [...]
25
Maj
2017
19:00
25 maj 2017 19:00
Hybrydy - Warszawa, ul. Złota 7/9
Mateusz Nagórski i Andrzej Dębowski w koncercie pt. "Skruchy i erotyki dla Ewy". To projekt [...]
25
Maj
2017
19:30
Koncert
25 maj 2017 19:30
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Plateau w koncercie pt. "Piosenki o miłości", na który składają się utwory ze wszystkich płyt [...]
27
Maj
2017
17:00
27 maj 2017 17:00
Teatr Stary - Lublin, ul. Jezuicka 18
"Wieczorem" to przedsięwzięcie z gatunku koncert – teatr łączące wiersze Józefa [...]
27
Maj
2017
19:00
Koncert
27 maj 2017 19:00
Łódzka Piwnica Artystyczna Przechowalnia - Łódź, ul. 6 sierpnia 5
Zespół "Drabina Jakuba" w premierowym koncercie promującym debiutancką płytę pt. "Drugi [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL