Amfiteatr osiecki - Osiecka na Bemowie 2012

środa, 08 sierpień 2012
Specjalnie dla Strefy Piosenki pisze Piotr Kosela:

Akt I: Amfiteatr podwójnie bemowski.

Ucieszyłem się bardziej niż zwykle na wieść o jednym z koncertów. Po wczytaniu się w jego zapowiedź, okazało się że ten koncert jest jednym z cyklu. Po bliższym zapoznaniu się z programem tegoż cyklu pod nazwą "Osiecka na Bemowie", jak to publiczność, zacząłem kręcić nosem i szukać powodu dla którego mogę być wyłącznie na tym jednym, wyczekanym, a na pozostałych już niekoniecznie. Jak zwykle pojawiały się argumenty za i przeciw. Najważniejszym argumentem, żeby jednak poświęcić wieczór w środku tygodnia i dojechać na koniec świata, było to, że potem można żałować, że przespało się okazje. Okazje były trzy, bo tyle koncertów, z czego chęci ledwie na jeden.
Pierwszą okazją, była możliwość spotkania na żywo z divą polskiej piosenki Ewą Bem. Malutki, ale wredny malkontent we mnie przekonywał, że przecież rzeczy które znane od jakiegoś czasu, więc po co, a rzeczy nowe jakoś nie przekonały (choć mignęły momentalnie i znikły, więc właściwie czemu i jak by miały?), że daleko, że pogoda nie taka, a to amfiteatr. Małe wredne zostało postawione do kąta, a kąt zabarykadowany melodiami, których się spodziewałem. Spodziewane nastąpiło, Mamoń usatysfakcjonowany, ale to nie wszystko.
 
To, że Ewa Bem jest osobowością wielką głosem i interpretacją wiedzą wszyscy nie od dziś. Mój wyjątkowy szacunek zdobyła sobie tego wieczora dodatkowo czymś, co nazywa się lakonicznie kontaktem z publicznością, co w teorii łatwe, jednak jeśli nieszczere, potrafi działać wręcz przeciwnie do oczekiwań. Tutaj, mimo amfiteatralnych (więc specyficznych i trudnych, jak twierdzą ci, którzy mieli okazję próbować) warunków, poczułem się, jakbym został zaproszony do niewielkiego klubu, o którym powstają legendy dzięki atmosferze wytworzonej wspólnie przez właścicieli, obsługę, występujących i zgromadzonych na widowni. Dystans (fizycznie niemały, choć sam obiekt nie należy do największych) z każdą kolejną zapowiedzią i piosenką kurczył się i pozwalał poczuć, że zarówno publiczność bawiona przez Wokalistkę, jak i sama Artystka doceniana przez publiczność bawią się i rozumieją doskonale. Najlepiej o tym świadczy epizod, który niech pozostanie we wspomnieniu.

Jako się rzekło, amfiteatr jest miejscem specyficznym i ten (podwójnie tym razem!) bemowski nie odbiega zbytnio atmosferą od innych. Mamy więc w zestawie publiczność, która rozmawia, chodzi (nie zawsze przemykając cichaczem ani tym bardziej bokiem), dzieci (pół biedy, a nawet fajnie, kiedy tańczące pod sceną, gorzej jeśli biegające i płaczące), odgłosy dowodzące, że na zewnątrz też toczy się życie, tym bardziej, że w plenerze ciężko określić gdzie kończy się "zewnątrz", a zaczyna "wewnątrz". Do kompletu brakowało chyba tylko straganów typu bar z frytkami i piwem (zagadka: który "zapach" zdominowałby atmosferę?). W tym anturażu, jak można by sądzić po ogólnym "uważaniu" społeczeństwa, prawdziwy artysta, co najmniej patrzyłby z wysokości sceny z podniesionym z godnością czołem na maluczkich, którzy nie dorośli do obcowania z artysty wielkością. I tu Pani Ewa zawiodła na całej linii! Czoło ponad normę podnosiła tylko w ekspresyjnie uzasadnionych momentach, a poza tym okazałą się promieniejącą rozbrajającą pogodą ducha ciocią. Widząc beztrosko biegającą dzieciarnię, zwróciła się bezpośrednio do jej przedstawiciela, z obietnicą odśpiewania jednej piosenki specjalnie dla najmłodszych. Tą deklaracją wywołała niewielką co prawda, ale ewidentną konsternację towarzyszącego zespołu nie przewidującego najwyraźniej takiej ewentualności. Konsternacja przeszła w szybkie działanie. Andrzej Jagodziński z pomocą Artystki na karteczce zapisał sobie tekst... Tak, to musiał być tekst! Zajrzyjcie kiedyś przez ramię pianiście - gra z tekstu. Wyjątkiem są pianiści klasyczni, którzy nie wiedzieć czemu grają z nut, podczas kiedy znakomici pianiści jazzowi, jak na przykład kierujący zespołem znakomitych muzyków Andrzej Jagodziński grają lepiej niż jak z nut z tekstu właśnie. Tak więc po konsultacjach test został spisany i piosenka ku uciesze wszystkich - nie tylko najmłodszych - odśpiewana.

Na koncercie Ewy Bem warto być także po to, aby zaobserwować, ciągle występujący pomimo podobno rosnącego wykształcenia i obycia, efekt "Kolegi maja", kiedy to publiczność zapowiedź tytułu grzecznościowo potwierdza brawkiem, a dopiero po pierwszych wersach budzi się do braw prawdziwych i spontanicznych. Powodów obecności jest z resztą co najmniej tyle, ile wykonywanych piosenek. Jeśli dodamy do tego prześwietnych instrumentalistów (pod kierunkiem wspomnianego Andrzeja Jagodzińskiego wystąpili: Adam Cegielski - kontrabas, Czesław Bartkowski - perkusja oraz Robert Murakowski - trąbka) oraz wyśpiewane teksty (nie tylko Osieckiej, czy Przybory, ale także autorstwa samej Ewy Bem), to mamy to, co najlepsze w polskiej piosence, a co niestety umyka specjalistom od tworzenia paylist (paylista, to taka ulepszona obecnie playlista, za umieszczenie na której konstruktorzy - bo autorstwem to niekiedy ciężko nazwać - współczesnych wypełniaczy czasu pomiędzy reklamami, mylnie zwanymi piosenką, pobierają wynagrodzenie).

Ewa Bem obchodzi właśnie okrągła rocznicę pracy twórczej, więc będzie na pewno niejedna okazja trafienia na Jej występ zbliżony do omawianego. Namawiam! Znane i lubiane piosenki brzmią świeżo i lekko, a i na nowsze, umiejętnie wplecione, warto zwrócić ucho. Jako uzurpujący sobie drugie miejsce po Andrzeju Poniedzielskim wśród podobnie entuzjastycznie nastawionych do tańca, lojalnie uprzedzam, że przebywanie na koncercie Ewy Bem może nie być do końca przyjemne, gdyż prowokuje do poddania się jeśli nie znienawidzonemu pląsowi, to na pewno kiwaniu w zgoła nieoczekiwanych kierunkach.

Ciociu Ewo!
Z okazji jubileuszu: najserdeczniejsze podziękowania za już, wielka prośba i życzenia "dalszej kontynuacji" z niezmienną właśnie taką radością, swobodą i kunsztem!


Akt II: Amfiteatr długo oczekiwany.


"Pamięta... My o Osieckiej" to spektakl, za którym tęsknię. Tęsknię i czekam na powtórną możliwość przeżycia, odkąd miałem okazję zobaczyć Margitę Ślizowską i Marcina Kołaczkowskiego z towarzyszeniem Urszuli Borkowskiej w warunkach mocno kameralnych, a tym samym sprzyjającym skupieniu i bliskiemu obcowaniu ze słowem. Nie jest to zwykły koncert-składanka przebojów, a właśnie spektakl, w którym piosenki uzupełniane są aforyzmami wybranymi z książek "Rozmowy w tańcu" i "Galeria potworów" Osieckiej.
Premiera przedstawienia miała miejsce w warszawskim teatrze Syrena w styczniu 2005. O jego powodzeniu niech świadczy wydanie w tym samym roku płyty będącej zapisem spektaklu. Nie wiem, czy płyta była pierwszą w historii, ale jest na pewno jedną z nielicznych wtedy, towarzyszących teatralnemu wydarzeniu będącemu aktualnie na afiszu, co teraz już właściwie nie dziwi, choć nadal nie zdarza z taką częstotliwością, jaką życzyłaby sobie publiczność. Obecnie (to już ponad 7 lat!) "Pamięta... My o Osieckiej" nadal żyje, spektakl z niezmiennym aplauzem jest witany na wielu gościnnych scenach, więc specjalnie nie powinno dziwić, że zawędrował także do na Bemowo. Przy takich okazjach, większa niż zwykle przestrzeń sprawia, że przekaz zostaje wzmocniony o dodatkowe instrumenty i tym razem oprócz Urszuli Borkowskiej (fortepian), wykonawcom towarzyszył zespół w składzie: Marcin Kukieła (gitara), Konrad Kubicki (gitara basowa), Piotr Maślanka (perkusja), Wojciech Kidoń (inst. perkusyjne).

Zaczęło się delikatnymi dźwiękami, przy których wokaliści zasugerowali "Dobrą pogodę na szczęście", po czym nastąpił brawurowo wykonany dramat o obiecywanym "Miasteczku cud" (każdy refren wyśpiewany znakomicie w nieco innym stylu, jednak z wyczuciem, aby interpretacja nie oderwała się od całości, dowodzi  wyraźnie już na początku, że mamy do czynienia z wokalistką o dużych możliwościach). Kolejna opowieść prowadzi "Ulicą japońskiej wiśni" (o ile się nie mylę nie było tej piosenki w pierwotnej wersji, więc mam rację, że spektakl żyje!) ku konstatacji, że "Prawdziwych cyganów już nie ma" (kolejny popis wokalny!). Po porywającym szaleństwie cygańskim, głos otrzymuje On, żeby nieco uspokoić atmosferę (czyżby?) przekomarzając się z Nią, prosząc "Nie całuj mnie pierwsza" (prześwietny duet!), na co Ona że to niby "Serdeczny mój", ale jednak robi (urokliwe!) hoc! W tej sytuacji On unosi się ambicją, bierze się w garść i deklaruje: "Obejmę dozorcostwo" (tym razem On solowo świetnie!).
Na takie dictum "Sto koni" porwało także "Tępą blondynę", której nie w smak sacharyna, do tego stopnia, że zaczyna opowiadać "te bzdury" jak to "Ukradła cyganka kurę". Na szczęście wyznaje ostatecznie, że w tę opowieść wierzyć nie należy, co śledząca historię z zapartym tchem widownia nagradza kolejną już owacją. "A czy to dobrze, czy to źle - to każdy chłopiec wiedzieć powinien", żeby "Nie być idiotą"!

Co jeszcze się działo? Tańczyła wariatka...
Po czym nastąpiła część bardziej zadumana, w której nastąpiło między innymi dziwne połączenie dwóch piosenek w jedną, co moim zdaniem nie wyszło na dobre ani Zielińskiej, ani czytelności przekazu. Letnio-wieczorną i zmierzającą w coraz bardziej refleksyjną stronę atmosferę tej części podkreśliły takie teksty jak "Panie obłoczny", "Sama chciała", czy "Wielka woda"... Na zakończenie oczywiście "Niech żyje bal".
 
Nie.
Przepraszam.
Jeszcze niezmiernie i niezmiennie wzruszający wiersz Mistrza Wojciecha Młynarskiego "Poetka znikła w oddali".
A potem już tylko owacja, kwiaty (zwyczaj szkoda że zanikający) i "Gaj" na bis.
I jeszcze można kupić płytę...
I pozostaje tęsknić...

Są dwie możliwości: albo przedstawienie trafiło idealnie w mój gust albo jest (nie)zwyczajnie dobre. Argumentów, za drugą możliwością jest kilka: ciekawe aranżacje (robiące szczególnie duże wrażenie, gdy trafimy na wyłącznie fortepianowy akompaniament - wielkie wyrazy szacunku za to dla Urszuli Borkowskiej!), znakomici wokaliści z niepomijalnym warsztatem aktorskim (może w pewnym momencie nieco za bardzo rozbrykani tego wieczoru, ale to już kwestia gustu), scenariusz, który powstawał nie tylko przy pomocy kartki i długopisu, ale i z głową. Jak się okazuje po porównaniu kameralnego i amfiteatralnego wystawienia, obraz uzupełnia, świetnie reagująca w każdych warunkach publiczność (w wieku mocno zróżnicowanym!) co biorąc pod uwagę energię płynącą ze sceny - nie dziwi.

Chyba trudno o lepsze podsumowanie całości niż wypowiedź Margity Ślizowskiej:
"[Agnieszka Osiecka] To dla nas niezwykle barwna i dwubiegunowa postać. Popadała ze skrajności w skrajność i taką też chcielibyśmy ją pokazać. Smutną, melancholijną z jednej strony, a z drugiej dowcipną i czerpiącą z życia pełnymi garściami."
Drodzy Państwo, chcieliście i udało się znakomicie!

Jeśli ktoś nie miał okazji zapoznać się z tym spektaklem, polecam płytę, która nadal bywa tu i ówdzie do kupienia. Ale przede wszystkim namawiam do wypatrywania afisza z zawołaniem "Pamięta... My o Osieckiej", bo płyta płytą, ale przynajmniej raz każdy chłopiec zobaczyć powinien.
I dziewczynka też.
Na żywo.
Ślizowska.
Kołaczkowski.
Spektakl.
Znakomity.
Ja ponownie zaczynam tęsknić...
 
Akt III: Amfiteatr zaskakujący.

Często komuś, kto nie słyszał świetnego wykonawcy zazdrości się mającego nastąpić pierwszego spotkania z Talentem - piorunującego wrażenia, jakie Artysta robi na odbiorcy, gęsiej skórki na karku i ciar na plecach. O takie wrażenia jednak tym trudniej, im więcej się obcuje z piosenką nie tylko przy goleniu. Z każdym kolejnym rozczarowaniem świetnie zapowiadaną postacią wydaje się, że prawdopodobieństwo nastąpienia takiego momentu wraz z ilością kolejnych spotkań wcale nie rośnie, ale wręcz maleje wespół z nadzieją.
Tego czwartkowego wieczoru można mi zazdrościć, gdyż takie nieczęste zdarzenie dotknęło mnie z siłą, która o mało nie wywichnęła opadającej w zaskoczeniu szczęki i mam nadzieję, że nikt nie widział mojej miny, bo musiała wyglądać jeszcze dziwniej niż ta codzienna.
Trafiło mnie to i zaskoczyło za sprawą Moniki Węgiel. I to trafiło (bez)c(z)elnie już przy pierwszej piosence. Ba! Przy pierwszej zwrotce nawet. (Trzecim wersie dokładnie). A piosenka, nawet jeśli zapowiedziana (proszę darować - nie pamiętam z wrażenia), to nie zapowiadająca takich emocji i aż takich chyba nie mająca wywołać. Zaśpiewana jakby dla rozgrzewki "Na kulawej naszej barce" zadziałała z siłą (nie?)czystą.

Przy "Ulicy japońskiej wiśni", którą przywitałem z niemałym zadowoleniem, bo po latach upartego naporu, zaczęła przekonywać do siebie, jak nieco namolny, ale jednak miły sąsiad, ochłonąłem nieco i nastawiłem się na odbiór, żeby nie umknęło to coś, co pięć minut wcześniej zadzierzgnęło się między 1/700 publiczności, a wykonawczynią.
Zasłuchałem się więc kolejno w "Na brzozowej korze" i "Dobranoc panowie". Zaskoczony zostałem, może nie tyle odejściem od "osieckowego" - wydawałoby się, że obowiązkowego w tym miejscu i czasie repertuaru, ile odejścia tego kierunkiem w piękny wiersz Asnyka z muzyką Niemena (co podobno bywalców recitali pani Moniki nie dziwi nic). "Jednego serca" zaskoczyło w tym miejscu na tyle, że mnie do końca nie przekonało, czego nie można powiedzieć o bemowskiej publiczności, która znakomicie przyjęła artystkę i od podobnych uprzedzeń najwyraźniej była daleka.

Do Osieckiej wróciliśmy za sprawą "I love you cię" pieśni inspirowanej początkami sztuki awangardowej, a konkretnie napisem wydrapanym na murze - takiemu peerelowskiemu antenatowi graffiti). Najwyraźniej lubianej przez zgromadzonych. Po czym nastąpił chyba najlepiej trafiony pod względem doboru do ekspresji wykonawczyni, makabryczny, ale niosący i różę i dźwięki orkiestry, a więc i nadzieję "Cyrk nocą".

W trakcie kolejnej zapowiedzi zamarłem na moment, a następnie zostałem po raz kolejny zaskoczony. Tym co stało się wokół mnie. Monika Węgiel zapowiedziała kolejne odstępstwo od repertuaru obowiązkowego i kiedy padło nazwisko Edit Piaff, zamiast pretensji (w końcu publiczność nie zapłaciła za bilet na koncert piosenek z repertuaru "paryskiego wróbelka"... w sumie, za bilet na piosenki do tekstów Osieckiej też nie, bo koncert był darmowy, jednak tytuł cyklu zobowiązuje, prawda?) rozległy się brawa, a głowy (nie tylko siwe!) zgromadzonych pokiwały w geście aprobaty. Nie wiem na ile było to planowane, na ile wymuszone ciepłym przyjęciem, ale wyglądało, jakby właśnie wobec tak znakomitego przyjęcia, zabrzmiały aż trzy utwory w tłumaczeniu Andrzeja Ozgi.
Na zakończenie wysłuchaliśmy jeszcze (powrót do Osieckiej - żeby nie było niedomówień) "Kołysanki dla Okruszka" i "Wielkiej wody".
Ciepłomierza nie miałem, ale temperatura rosła, za sprawą aury, nie tylko zapewnioną przez przyrodę, ale i tej tu-i-teraz, której sprawczynię nagradzano brawami wcale nie grzecznościowo, ale jak najbardziej szczerze i rzęsiście.
Na bis nastąpiła piosenka (uważana w niektórych kręgach za Pieśń nawet), z którą nie czuję szczególnego związku, a która w tym wykonaniu i momencie urzekła. "Amsterdam" Brela w tłumaczeniu Mistrza Młynarskiego, skłonił mnie do jeszcze większego żalu, że dopiero teraz poznałem tak świetną wykonawczynię. Na szczęście pozostaje nadzieja na kolejne recitale, poparta odwołaniem zapowiadanego na bieżący rok końca świata.

Jak być może ktoś zauważył, nie padło do tej pory nic o orkiestrze. Napiszę szczerze: popisów nie było. Tylko muszę wyjaśnić, żeby być dobrze zrozumianym. To, że popis nie nastąpił nie oznacza krytyki. Absolutnie. Muzycy przekonali, że rację miał któryś z naszych obdarzanych najszlachetniejszymi określeniami pianistów, który stwierdził, że najlepszym akompaniatorem jest wykonujący swoją robotę pozostając właściwie niezauważonym. Jednak bez akompaniamentu piosenka przecież nie istnieje, więc tym bardziej oddanie honoru zespołowi się należy. Nie żebym nie zauważył występujących, jak najbardziej, dialogów wokalnych z solowymi partiami instrumentów. Były. Nienachalne, a przy tym miłe dla ucha.
Niech więc pozostanie w pamięci, że na instrumentach towarzyszyli: Mateusz Dębski (fortepian i instrument klawiszowy zasilany prądem, a także autor świetnych aranżacji), Łukasz Czekała (skrzypce z potencjałem niemałym), Łukasz Borowiecki (kontrabas szarpany z czułością lub energicznie - zawsze jednak odpowiednio) oraz Franciszek Przybylski (perkusja pożyczona, która trafiła niewątpliwie w dobre ręce). Oni wspierali tego magicznego wieczora Monikę Węgiel... Właściwie należy się w tym miejscu zastanowić, czy o Monice Węgiel wypada myśleć "śpiewająca aktorka", czy raczej "wokalistka jazzowa", a może po prostu prześwietna wokalistka i interpretatorka, czującą, wiedzącą i rozumiejącą co i dlaczego śpiewa.

Powyższe pochwały można odnieść do wszystkich występujących w cyklu "Osiecka na Bemowie", włączając w to występujący jako "support" przesympatyczny chór Bemcanto (w wielu wspomnieniach na pewno pozostanie nieoczekiwanie sprowokowany super energetyczny występ Ewy Śnieżanki w roli drugiej solistki) oraz przemiłe panie konferansjerki: Agatę Passent, Katarzynę Zielińską i Agatę Młynarską.

Czyją zasługą jest taka impreza, która może być opisywana wyłącznie w superlatywach? Czy zasługi i podziękowania powinniśmy zwrócić bardziej w stronę Dzielnicy Bemowo, czy do fundacji "Okularnicy", którzy wspólnie zorganizowali trzy niezapomniane czwartkowe wieczory? Proponuję rozdzielić po równo. Ale też nie można oczywiście pominąć przy tym znakomitych wykonawców, którzy potrafili stworzyć trzy tak różne, ale równie magiczne wieczory, dla których wspólnym mianownikiem był dorobek Agnieszki Osieckiej. Kategoryczne stwierdzenie, że to wyłącznie repertuar zapewnił powodzenie, było by tu nadużyciem. Dowodem próby podobnego wykorzystywania sprawdzonego repertuaru, które kończą się klęską, a powtarzane są z uporem maniaka, wyraźnie na siłę, przy okazji imprez rangi ogólnopolskiej (ranga - już chyba tylko z historycznego rozpędu;  ogólnopolska - wyłącznie zasięgiem rażenia). Istnieją co prawda chlubne wyjątki w rodzaju "Smuteczku, czyli ostatnich naiwnych", czy "Kolędy nocki", ale zachowując proporcję rzeczy udanych do słabych okrutnie, należy wspomniane dwa spektakle traktować jako wypadki przy pracy, tym bardziej, że zrealizowane zostały niezależenie, osobno od tych ogólnopolsko rażących żenadą.
Okazuje się, że i na taką rozrywkę, jak "Osiecka na Bemowie" jest zapotrzebowanie. Rozrywkę inteligentną, niekoniecznie błyskającą kolorowymi światłami po oczach, nie dającą monotonnym rytmem po uszach, wymagającą nieco i osłuchania i oczytania. Jeśli ktoś chce się o tym przekonać, namawiam do odwiedzenia Bemowa za rok, wyrażając jednocześnie nadzieję, że Osiecka znów tam zagości, z równym powodzeniem, a impreza co najmniej utrzyma poziom tegorocznego cyklu.

Nie ma co słuchać malkontentów. Nawet jeśli to nasz prywatny, wewnętrzny, mały malkontencik, do którego jesteśmy chcąc-nie-chcąc przywiązani. Należy postawić go stanowczo do kąta, tam zabarykadować, a samemu (bądź - jeszcze lepiej - w towarzystwie) wyjść z domu. Dookoła tyle się dzieje... Wystarczy się nieco rozejrzeć (na przykład tuż obok - w kalendarium ;) ) i zwalczyć lenistwo. Nastrój, wzruszenia i wspomnienia zapewnione!
 
Piotr Kosela - specjalnie dla Strefy Piosenki.
 
Koncerty "Osiecka na Bemowie" odbyły się 5, 12 i 19 lipca 2012r. w Amfiteatrze w Parku Górczewska w Warszawie.
 
 
Marzec 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
13
14
15
20
26
28

Nadchodzące wydarzenia


30
Mar
2017
19:15
30 marzec 2017 19:15
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
"Jacek Kaczmarski - Lekcja historii" to spektakl złożony z pieśni Kaczmarskiego poświęconych kilkunastu sławnym [...]
31
Mar
2017
19:15
31 marzec 2017 19:15
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
"Jacek Kaczmarski - Lekcja historii" to spektakl złożony z pieśni Kaczmarskiego poświęconych kilkunastu sławnym [...]
31
Mar
2017
23:59
31 marzec 2017 23:59
Powiatowe Centrum Kultury i Sztuki - Ciechanów, ul. Strażacka 5
31 marca 2017 upływa termin nadsyłania zgłoszeń do konkursu w ramach II Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki im. [...]
01
Kwi
2017
19:00
1 kwiecień 2017 19:00
La Boheme - Warszawa, ul. Mysłowicka 1
Agata Grześkiewicz (wokal) i Michał K. Zawadzki (piano) w recitalu pt. "Pejzaże moje". Niezwykły recital [...]
01
Kwi
2017
19:00
Koncert
1 kwiecień 2017 19:00
Gminny Ośrodek Kultury - Pawłowice, ul. Zjednoczenia 67
Grzegorz Turnau & Jacek Królik w koncercie pt. "Wieczór sowich piosenek".
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL