Niepewność składa się na ogólną pewność siebie - mówi Andrzej Poniedzielski

sobota, 27 kwiecień 2013
Z Andrzejem Poniedzielskim o nagrywaniu płyt, pauzie i poczuciu humoru rozmawia Teresa Drozda:

- Twoja koncertowa płyta "Chyba już można", która ukazała się w kwietniu 2012, jest zapisem recitalu...

- Moje recitale nazywam raczej "wieczór z...". Nazewnictwo recitalu pochodzi z kręgów operowych, więc wyobrażam sobie, że wychodzi kobieta lub mężczyzna i przez 1,5 godziny śpiewa. Jakby się przyjrzeć, mojego śpiewania i mówienia jest w stosunku 2:1, na korzyść mówienia. Taka forma moich występów trwa od wielu lat. Uzupełniam ją o nowe piosenki i fragmenty opowieści, ale formuła się nie zmienia. Są tam kamienie milowe, czyli piosenki które napisałem nawet 30 lat temu. Zmieniłem się trochę przez ten czas, więc dopowiadam to i owo. W  programie mam cegiełki, które noszę ze sobą już od rzeczonych trzydziestu lat, jak choćby piosenka "Chyba już można..." czy "Bawitko", ale są i nowsze. Czasem na nowo powołuję stare piosenki. Czasem udaje mi się usłyszeć moją piosenkę po latach i zauważam, że dzisiaj mógłbym się też pod nią podpisać, albo że dzisiaj widzę i czuję ją inaczej, ale nadal rozpoznaję jako swoją.
Nie ma może zbyt wielu amatorów spotkań ze mną. Na stadionach się nie spotykamy, ale szczęśliwie grałem ten swój program przez dwa lata w Teatrze Ateneum, a i w Polsce się zdarzało i zdarza. Ludzie na to przychodzą, co mnie cieszy, a już najbardziej cieszy mnie, że przychodzą ludzie z moim numerem PESEL oraz młodzi, z dziwnie wysokim numerem.
 
Natomiast płyta, o którą pytasz, jest rzeczywiście zapisem 1:1 tego, co dzieje się na scenie, łącznie z pauzami, które są cechą charakterystyczną mojego działania. Myślę, że to nie jest złe. Sam Mistrz Młynarski raczył mnie kiedyś zapowiedzieć: "Przed Państwem cesarz pauzy – Andrzej Poniedzielski". Myślę, że pauza ma istotne znaczenie, ale słuchając tej płyty można mieć z nią kłopot. Jednak gdybyście mnie Państwo widzieli, wiedzielibyście, że ja tej pauzy nie marnuję, ona mi służy do pozbierania myśli.
Rzeczywiście na koncercie jestem. Nie wychodzę i nie odśpiewuję swojego, ale staram się tam być. Podejrzewam zresztą, że takie odśpiewanie słabo by mi wyszło.

- Czy skoro Twój program został  zarejestrowany i  wydany, to diametralnie zmienisz wszystko, co mówisz na swoich "spotkaniach z..."? Albo przestaniesz w ogóle je uprawiać? Pytam o to, czy ta  płyta podsumowała albo zamknęła jakiś etap?


- Tak bywa, że płyty są zanotowaniem pewnego etapu, ale ja tego etapu nie skończyłem. To jest nadal debiut, trwający od 1977 roku. Swoją pierwszą płytę nagrałem 25 lat po debiucie scenicznym, w 2002 roku, więc się do studia bardzo  nie spieszyłem. Mój stosunek do nagrywania płyt jest dziwny, ale wart zauważenia, o czym jeszcze wspomnę, bo skończyłem nagrywać nowy, studyjny materiał.
Moje bycie, pisanie, śpiewanie jest permanentne i na razie tego nie przerywam. Ono ciągle się dzieje, tworzy i dziękuję niebiosom, że dają mi chęć, a wręcz opętańczą skłonność do nazywania rzeczy. Ale ciągle jest tak, że świat się zmienia, ludzie i sposoby skojarzeń też, więc próby nazewnicze funkcjonują. A że jest to działanie ciągłe, nie wypada go ukrywać i zamykać w jakiś etapach. Dlatego mój recital jest ciągle jeden i ten sam, zmieniają się tylko jego elementy.
Pomysł na nową płytę studyjną jest taki, że będą to piosenki, które napisałem dla innych, moich przyjaciół, kolegów i znajomych. Pisywałem piosenki dla Maryli Rodowicz, Grzesia Turnaua, Edyty Geppert, Elżbiety Adamiak. Pisywałem takich piosenek dużo, a teraz chciałem autorski przekaz tego przedstawić. Mam o tyle uczciwe zamiary, że faktycznie przesłuchałem kiedyś piosenki w wykonaniach oryginalnych i zacząłem je na nowo czytać. Do niektórych nawet dziwnym sentymentem zapałałem i postanowiłem go nie marnować.
Być może teraz nazwę swój recital inaczej, może dołączę do niego nowe piosenki, ale to będzie ciągle to samo. Nie wyobrażam sobie spotkania z publicznością inaczej niż jako próbę wytłumaczenia się z tego, dlaczego ja właściwie piszę i po co zawracam ludziom głowę. Dla mężczyzny, blisko sześćdziesięcioletniego, to nie jest normalne, że wychodzi co jakiś czas na scenę i próbuje śpiewać. Ze strachem używam też słowa "śpiewać". Czasami sobie żartuję, że nie nazywam się wokalistą, ponieważ gdyby się to rozeszło, spowodowałoby masowe samobójstwa wśród prawdziwych wokalistów. Gdybym chciał określić swoje śpiewanie, to nie tyle śpiewam, co "nadmieniam wokalnie". W tym "wokalnie" też bym nie upatrywał specjalnej dosłowności. Myślę, że to jest przekazanie tekstów w formie, do której człowiek jest przyzwyczajony, tzn. utarło się szczęśliwie przez wieki, że piosenka to niezobowiązujący dramat. Dramat w sensie teatralnym trwa nawet dwie godziny. Piosenka jest niezobowiązującą formą i trwa 3 minuty, a jest w niej początek, rozwinięcie i zakończenie. Spotykam się z widzami, zgodnie z zasadą, którą uznaję, w sensie działań scenicznych: umawiamy się i zadaniem artysty jest przybycie. Przybywa też publiczność, a do tego włączają światła, by artysta, jako gospodarz, był widoczny. Niezależnie od tego, czy spotkanie trwa 3 minuty jak piosenka, czy 1,5 godziny jak wspomniany recital, artysta ma za zadanie zaprosić widza na chwilę do swojego świata, pokazać mu go, pooprowadzać po nim i porzucić, bo i tak on, ten widz, tam prochu nie wynajdzie. To zwiedzanie światów sąsiadujących. Tak jest z piosenką i tak jest z recitalem.

- Pociągnijmy wątek nagrywania płyt, skoro wchodzisz do studia i będziesz płytę nagrywał, a Twój stosunek do nagrywania płyt jest...

- Mój stosunek do studia nie jest najprzyjemniejszy. Mam mieszaninę uczuć. Mówią: nagrajmy płytę. Ci, którzy tak mówią, nie mają świadomości odpowiedzialności, jaka za tym idzie. Recital jest rodzajem uniku. Wolę być "księciem chwili", wolę sobie wyjść na scenę, powiedzieć coś, a nawet zaśpiewać, bo wiem, że próbuję to zrobić uczciwie i nie zrobię tego byle jak. Może wyjść gorzej lub lepiej, w zależności od mojej formy, ale na ten czas daję siebie całego. Na tym polega moja uczciwość. Chwila zaistaniała, coś co miało być w piosence, zrobiło swoje i sobie poszło, tak jak ja sobie idę z tego miejsca. Jest jakaś jedność poczynań między nami. Natomiast, gdy decydujemy, że wchodzimy do studia, wtedy dochodzi do tego świadomość nagrania. Mam wizję, że oni, tzn. artysta i piosenka powlekani są brązową powłoką. Takie brązowe figurki mogą się komuś podobać, ale ze struktury metalu wynika, że z czasem tężeje i zamienia się w skorupę. Nazywajmy to dalej brązową powłoką, ale niestety jest to skorupa, rzecz nieruchoma.
Myślę, że to mnie zniechęca do poczynań studyjnych, że tego, co zostało nagrane, nie da się właściwie zmienić. Poza tym, gdy sobie śpiewam na scenie, to cały mój kłopot decyzyjny polega na tym, czy na tę scenę wyjść, czy nie wyjść. Jeśli zdecydowałem, że wychodzę, proces decyzyjny się kończy, bo recital musi się odbyć. Kiedy wchodzę do studia, moment decyzyjny zostaje odroczony. Nagrywa się trzy wersje, a potem następuje ból słuchania samego siebie i jeszcze trzeba wybrać jedną z nich. Pamiętam, że jak nagrałem pierwszą płytę, przedstawili mi to wszystko i kazali decydować, więc bardzo serdecznie podziękowałem za włożony wysiłek, trud i za całe przedsięwzięcie. Cichutko się spakowałem i pojechałem w głębokie suwalskie, ze wskazaniem, by robili sobie, co tylko chcą. Nie umiem odnieść się do siebie samego. Nie jestem kształconym wokalistą i każde moje wykonanie jest inne. Śpiewam piosenki po słowach, a nie po melodii, co często jest widoczne. Zależnie od wszystkiego, począwszy od stanu mojej zdrowotności, aż do wilgotności powietrza. Bardzo trudno jest mi z tym żyć, ale ludzie wkoło mnie próbują mi to jakoś umaić. Mówią, że wszystko będzie dobrze i jakoś to jest. Płytę "13 łatwych utworów tanecznych" przesłuchałem po raz pierwszy 4 lata po jej nagraniu. Dopiero wtedy miałem odwagę po nią sięgnąć. Płyty z recitalem nie miałem jeszcze odwagi posłuchać.

- W kontekście tego, co powiedziałeś, nagranie przez Ciebie piosenek, które śpiewali inni, wydaje się niewykonalne. Coś w tym jest, ponieważ pamiętam, że pierwszy raz o tym projekcie mówiłeś już 2 – 3 lata temu.

- Tak, noszę się z tym projektem lata całe, ale wreszcie doszło do jego realizacji. Album nowi tytuł "SzlafRock&Roll". Jedno, czego musiałem się szybciutko pozbyć, i co wbrew pozorom łatwo mi to poszło, to kontekst osób, które śpiewały te piosenki jako pierwsze. Trudno jest zapomnieć wykonania Maryli Rodowicz czy Edyty Geppert, bo to są rzeczy wzorcowe i piękne. Ale uruchomiłem w sobie algorytm, że jest tak jakbym tę piosenkę napisał sobie i muszę teraz po swojemu ją zaśpiewać. Nie robiliśmy prowokacyjnych odstępstw od aranży. Przenieśliśmy te piosenki z kategorii wykonań pieśniarskich, w kategorię naszej ulubionej dziedziny życia, czyli w kategorię zwierzenia. Bo takimi są piosenki autorskie i poetyckie. Zwierzenie przykominkowe, przyogniskowe, a nawet i bez ognia w chwili spokoju. Muszę tak wycelować by odbiorca odpoczął, ale nie zasnął. To trudna sztuka, ale próbuję.

- Czuję że całą tą opowieścią próbujesz oswoić swój lęk lub tremę i aż trudno mi uwierzyć w to, że tego rodzaju emocje, po tylu latach nieustającego istnienia scenicznego i mierzenia się z najróżniejszymi sytuacjami, ciągle jeszcze w Tobie mogą być.

- Są. Nawet jak patrzysz na mnie na scenie, to znasz mnie na tyle długo, że wiesz, że niektórych rzeczy nie dałbym rady udać i wymyślić na poczekaniu. Jest lęk i jest obawa. Tak naprawdę ja się na scenę nie nadaję. Ale jeśli się dobrze przyjrzeć, w mojej postaci scenicznej ważnym elementem jest rodzaj niepewności lub "pewności nie do końca". Czasem analizuję sobie moje występactwa i widzę, że muszę płynąć. Kiedy jestem konferansjerem, to nie mogę przez 1,5 godziny być niepewny, bo nikt tego nie wytrzyma. Muszę zagrać pewność siebie, ale potem szybciutko się wycofuję w moją niepewność. Wolę operować pytaniem, niż gotową odpowiedzią. Myślę, że dobrze scharakteryzował moje działania pewien obywatel narodowości żydowskiej. W Łodzi, co dwa lata odbywają się zjazdy lodzermenschów, czyli obywateli, którzy wywodzą się z Łodzi, a teraz los ich rozrzucił po całej kuli ziemskiej. Wracają co jakiś czas i z okazji ich spotkania, prowadziłem koncert. Potem jeden z takich panów, obecnie z jakiegoś Massachusetts, podszedł do mnie i powiedział: Obserwowałem Pana i Pan musi być nasz. Powiedziałem, że nic mi o tym niewiadomo. Na co on upierał się, bym podłubał w drzewie genealogicznym, ponieważ jego zdaniem o mojej do nich przynależności może świadczyć fakt, że jestem w stanie 15 minut mówić, że "tak", po to tylko, żeby powiedzieć, że "nie". Coś w tym jest, taka próba uzyskania zbioru pewników wokół własnej niepewności. Pewnie w moim śpiewaniu też jest taki element. Niepewność nie dotyczy tylko dźwięków i melodii. Ona składa się na moją ogólną pewność siebie.

- Gdy odkryłam Twoje istnienie, nie prowadziłeś tylu koncertów i nie było Cię tyle w mediach. Pamiętam taki moment, kiedy tropiłam wszystkie możliwe płyty z Twoimi zapowiedziami, by kolekcjonować wszystko to, co opowiadałeś. Myślę, że tropicieli Twoich zapowiedzi estradowych było więcej i dlatego płyta live jest moim zdaniem bardzo ważna. To ona jest kwintesencją tego kim i jaki jesteś na scenie, nawet jeśli to ubrązowiony moment. Twoje śpiewanie i obecność sceniczna powinny być zapisane i eksponowane. Myślę, że zapis tego recitalu  będzie zawsze najważniejszą płytą w Twojej twórczości, niezależnie od tego ile płyt jeszcze nagrasz... chyba, że nagrasz kolejną płytę "live" za kilka lat.

- Myślę, że właśnie dlatego zdecydowałem się na zapisanie tego recitalu. Wydało mi się to też mało kosztowne czasowo, bo nie dotyczyły mnie już godziny spędzone w studiu. Tylko drobny zabieg decyzyjny przy wyborze z tego materiału nagrań, które bierzemy na płytę, a i tak zrobili to za mnie inni.
Potwierdzasz moje słowa, że jeśli mam jakiekolwiek znaczenie i istnotność w naszej przebogatej palecie poczynań niszowych acz kulturalnych, to polega ona na chwili. Jest taka anegdotka: w Olsztynie, przy okazji Spotkań Zamkowych  "Śpiewajmy Poezję" Magda Umer miała robić jubileuszowy koncert wspominkowy. Zażądała, by przysłano jej materiały, na co usłyszała, że materiałów jest 6 godzin. Poprosiła więc, by to poprzebierali, na co odpowiedzią było, że z tego 3 godziny to są zapowiedzi Poniedzielskiego. Ostatecznie kazała im wyciąć resztę i przysłać te 3 godziny moich zapowiedzi. To miły ukłon Koleżanki w moją stronę, ale coś takiego rzeczywiście działa.
W zapowiedziach moich próbuję zachowywać uczciwość. Mam gotowe formuły, bo to wszystko na nazewnictwie polega. Jeśli uda mi się coś nazwać w miarę ładnie, nawet obszernie, ale ładnie, to staram się to zapamiętać, bo drugi raz za szybko mi się to nie zdarzy.
Na pewno byłem prekursorem na terenie Polski jednego zjawiska... kiedyś bardzo dawno temu poezja śpiewana i piosenka poetycka związane były z estetycznym i dramaturgicznym działaniem. Charakteryzowała je pełna misyjność. Kobiety ubrane w szare lub czarne stroje, mężczyźni ubrani na czarno, świece lub nikłe światełka na sali i zapatrzenie w tę poezję. Byłem prekursorem tego, że śpiewam rzeczy, które bywają poetyckawe, ale przeplatam je opowieściami, które są żartobliwe, humorystyczne lub nienachalnie kabaretowe, powodując uczucie ulgi, odpoczynek od poezji. Wspominana tu Magda Umer, kiedy była pierwszy raz na moim recitalu, powiedziała: "Oj, to tylko wydaje się takie wesołe".
Rzeczywiście, gdy się tym piosenkom przyjrzeć, to wesołe nie są. Myślę, że to dobry sposób by dać człowiekowi od piosenki odetchnąć. I odwrotnie, by od wesołości odpocząć także, mimo że w wesołość i chichot nie wprowadzam, ale odetchnięcie daje gotowość człowieka na przyjęcie kolejnej porcji smutku. Połączyłem te dwie rzeczy i łączę je do tej pory. Nawet przy prowadzeniu poważnych koncertów, nie omijam żartu. Prowadziłem kilka razy koncerty w Bydgoszczy, które emitowane były w telewizji 1 listopada. Poświęcone były odeszłym już twórcom, takim jak np. Mieczysław Fogg, Anna Jantar czy Krzysztof Klenczon. Ze strony telewizji robił to Bronek Pawica, który powiedział, by wokół tych postaci nie budować kapliczki i kolejnego pomnika, ale poprowadzić całość na spokojnie i z lekkim poczuciem humoru. Wobec tego, tam też nie zrezygnowałem z żartu. Mam pewność, że jeśli poczucie humoru nie prowadzi do rechotu, a tylko do półuśmiechu, to może funkcjonować obok dowolnej poezji, dowolnie ciężkich i smutnych słów. Taka jest konstrukcja człowieka, że równie łatwo go rozśmieszyć jak zasmucić.

- Jednakowoż na szczęście jeszcze nie dzieje się tak, że Twoje koncerty są reklamowane jako "Kabaret Andrzeja Poniedzielskiego".

- Ciągle jesteśmy na scenie, więc zajmujmy się nomenklaturą sceny. Scena to dramat, dramat zaś dzielony jest na tragedię i komedię. Są jeszcze w jednym i drugim podgatunku przeróżne zachowania. W tej chwili jest tak, że coś co nie jest ewidentną tragedią jest uważane za komedię, a to wcale nie tak. Myślę, że powinno się oddzielić zachowania sceniczne, które nie zakładają w stosunku do samego siebie dystansu, czyli gramy 1:1 - jest utwór smutny i gramy go smutno, od pozostałych. Jeśli tylko pojawia się cień dystansu, pojawiają się formy mniej zobowiązujące. Ale nie wolno tego wszystkiego, co ten element dystansu w sobie ma, nazywać kabaretem. W tej chwili w ogóle trzeba podzielić to na masowe zjawiska śmiechorodne, kiedy ludzie spotykają się w amfiteatrze, stadionie, hali i umawiają się, że będą się śmiać. Jeśli się tak umówią, a są to ludzie odpowiedzialni, artyści na scenie i publiczność na widowni, śmieją się. Czasem również bez względu na to, czy jest czy nie ma z czego się śmiać. Śmieją się, bo tak się umówili. Kiedyś ukułem takie powiedzonko, z powodu istnienia na świecie zjawiska Stefanii Grodzieńskiej, o technice "dyskretnego sugerowania uśmiechu". Stefania, mimo, że działała w obszarze radosnej twórczości, nigdy do śmiechu nie zmuszała. Myślę, że nachalne zjawiska śmiechorodne nie dają stronom możliwości rezygnacji. Nie pozostawiają wyjścia. W poczuciu humoru istotne jest, by móc z niego skorzystać albo nie. Nie można stawiać widza wobec konieczności uśmiechnięcia się lub zaśmiania. On musi mieć, tak samo jak artysta, dwa wyjścia: wdać się lub się wycofać.

- Takich postaci jak Grodzieńska mieliśmy kilka. Na czele z Jeremim Przyborą. W tej kategorii mieści się również Wojciech Młynarski.

- Oczywiście. Są i byli. Nigdy nie pisali wszystkiego wprost. Czasem Wojtek, na zasadzie cytatu z rzeczywistości, opisywał rzeczy śmieszne, które miały być śmieszne. Natomiast nigdy nie było w tym żadnej nachalności. Wciąż jesteśmy wokół zachowań scenicznych, rodzaju teatru, który nigdy nie będzie życiem. W elementach scenicznych musi być zatem element kreacji na poziomie tworzenia i pisania. Obserwuję rzeczywistość, która przeze mnie za pomocą zmysłów łączy się z moim systemem skojarzeń, nazywanym inteligencją, a potem z tego wszystkiego dopiero, wychodzi coś, co jest rodzajem komentarza. I jeśli jest to komentarz, to fajnie, ale jeśli pochłaniam rzeczywistość i ją w lekko zmienionej postaci wypluwam, to jest to posiłek wielokrotnego użytku, który trudno sobie wyobrazić. Na tym też polega również różnica pomiędzy dobrymi a złymi serialami. Nie wszystkie są złe, niektóre są przyjemne. Podglądam je ponieważ chcę wiedzieć w jakim świecie żyję. W latach 70. pasjami oglądałem festiwal piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu. Wszyscy się dziwili czemu, a ja chciałem wiedzieć w jakim stopniu paranoi przyszło mi żyć. Tak samo jest z serialami. Oglądam je i niektóre rzeczywiście są działaniem twórczym, ale są też takie, które pozwalam sobie nazywać przyrodniczymi filmami o ludziach. Składa się na nie np. zestaw ujęć o wychodzeniu do pracy. Tak samo jest z kabaretem i zachowaniami kabaretowymi. Wiem, choćby z przekazu Stefanii, jak powstał kabaret, to była taka niezbyt formalna i niezbyt wyfiokowana forma bycia wokół teatru. Kabarety miały wtedy swoje miejsce w teatrzykach. Ludzie umawiali się, że przyjdą i poprzebywają ze sobą, ale nie z powodu że mają się uśmiać po pachy. Owszem zdarzało się, że się uśmiali. Ale trudno nazwać poczynaniem kabaretowym pieśni i piosenki Hanki Ordonówny. Tam był czas na smutek, powagę, zastanowienie, refleksję. Taka forma jest mi bliska.

- Potem kultywowała to Piwnica pod Baranami, nie wiem jak było w pierwszych Hybrydach i Stodole...

- Bardzo podobnie. Tam oprócz radosnych poczynań był Jonasz Kofta, który wcale nie miał skłonności do ewidentnego wygłupu, choć miewał takie momenty. Piwnica pod Baranami to bardzo dobry przykład. Tak to powinno wyglądać. Mamy demokrację, czyli większość ma ewentualną rację, ale ona ma rację tam gdzie jest jej większość. Tam gdzie jest jej mniejszość, tam rację mamy my.

- Przewidujesz jeszcze nagranie jakiejś płyty, czy tak daleko w przyszłość nie wybiegasz?

- Chodzi mi po głowie próba nagrania w moim wykonaniu kamieni milowych światowej piosenki z moimi tekstami. Czyli tekstami, które udawało mi się pisać do znanych zagranicznych melodii. Pisałem, że użyję tej formy, z Leonardem Cohenem, Stevie Wonderem, Johnem Lennonem, przy umownej ich świadomości na ten temat, rzecz jasna. Czasem są to rzeczy, które są tłumaczeniem poetyckim 1:1, czasem od tłumaczenia odchodziłem w stronę żartu, czasem brałem tylko pewną frazę brzmieniową, która po polsku oznacza coś zupełnie innego i bawiłem się nią. Uzbierało się tych piosenek trochę. A bywa to dobrym sposobem na przekazanie pomników pieśni światowej, czyli na przekazanie zakodowanej w świadomości ludzi melodii, na nowo.
Myślę, że skończyła się era tłumaczeń akuratnych, ponieważ wyrównały się różnice kulturowe. Kiedyś docierały do nas piosenki w formie bliżej nam nieznanej, a to po francusku, a to po angielsku. To nie były popularne języki w naszym kraju. Prędzej mogliśmy zrozumieć o czym są piosenki rosyjskie. Nie było szans wdania się w niuanse językowe innych zagranicznych piosenek i wtedy tłumaczenia były ważne i potrzebne. Mieliśmy pięknych tłumaczy, takich jak Wojtek Młynarski czy Pan Jeremi Przybora. To był czas, gdy kulturę zagraniczną trzeba było przybliżyć. Dzisiaj kultury same się przybliżyły i czasem przetłumaczenie piosenki niespecjalnie dobrze jej robi, bo okazuje się, że mamy w Polsce lepsze piosenki na ten sam temat. Wtedy można przybliżyć czy też przypomnieć taką piosenkę słuchaczowi, w miły i kulturalny sposób, pisząc inny tekst.

- Bardzo podoba mi się ta teoria. Nigdy nie myślałam w ten sposób o tłumaczeniach piosenek.

- Kiedyś tłumaczyłem jakąś francuską piosenkę i ktoś ze znajomych zapytał, czy znam francuski. Odpowiedziałem, że nie znam, ale po co mam znać francuski, skoro tłumaczę piosenkę na polski, a polski znam. Po prostu muszę przetłumaczyć nie znaczenie, a międzysłowie, doprowadzić polskiego słuchacza na ślad skojarzeń. Wpuścić go w obszar, w którym potem sobie poradzi. Za skojarzenia autora, który żył 50 lat temu nie możemy brać odpowiedzialności. Nie mówiąc już o ludziach młodych, dla których różnica między Janem Kochanowskim a Janem Kiepurą jest nieduża. Na dodatek naszło nam wiele słów do języka i sami nie wiemy, że mówimy po angielsku.

- Kończąc, wrócę jeszcze do Twego stosunku do własnych płyt. Myślę że słuchacze go nie podzielają i niektórzy chcieliby ciągle więcej i więcej Poniedzielskiego, więc kup młoteczek i obłupiaj się z brązu...

- Kiedyś grałem w Krakowie, w koncercie urodzinowym Piotrka Bałtroczyka. Zaprosił mnie, mówiąc: przyjdź, powiedz coś i zaśpiewaj ewentualnie. Poszedłem tam, wymyśle życzenia mu złożyłem, po czym zaśpiewałem, lekko dostosowaną do okoliczności, moją starą jak świat piosenkę. Od razu po zejściu ze sceny, wiedziałem że muszę iść do realizatora i powiedzieć, że pod żadnym pozorem nie wolno na antenie telewizyjnej zamieścić tego nagrania. Siedzę któregoś dnia w domu, nagle słyszę „lube” dźwięki. Spoglądam w telewizor, a tam jestem ja jak ta lala i śpiewam tę piosenkę. Bardzo się zdenerwowałem i potem w rozmowie telefonicznej z Andrzejem Pawlukiewiczem, który mi akompaniuje od wielu lat, opowiadałem o tej sytuacji. Oznajmił mi, że też to widział, więc na fali nieszczęścia przeprosiłem go, jako reprezentanta narodu za to, że musiał tego słuchać. Na co on odpowiedział: "Niepotrzebnie się martwisz. W ogóle nie o to chodzi, że śpiewasz nieczysto czy się zająkniesz. Czy Ty wiesz, jak ludzie czekają kiedy Ty skończysz?" Mam jednak nadzieję, że nie zawsze i nie do końca tak jest...
 
Rozmawiała: Teresa Drozda.
 
 
Wrzesień 2017
Pn Wt Śr Cz Pt So N
4
5
6
7
14
19
21

Nadchodzące wydarzenia


22
Wrz
2017
19:00
22 wrzesień 2017 19:00
WOAK Spodki - Białystok, ul. św. Rocha 14
Koncert Lubelskiej Federacji Bardów. Marek Andrzejewski - śpiew, kompozycje, teksty, gitara, Jan Kondrak - śpiew, kompozycje, teksty, Piotr Selim - [...]
22
Wrz
2017
19:00
22 wrzesień 2017 19:00
Galeria Sztuki i Miejsce Spotkań Slimak - Wrocław, pl. Konstytucji 3 maja 4
Tomek Olesiński (gitara, śpiew) i Mateusz Ulczok (akordeon) w recitalu promującym płytę "Wszystko [...]
22
Wrz
2017
19:30
22 wrzesień 2017 19:30
Kalinowe Serce - Warszawa, ul. Krasińskiego 25
Łukasz Jemioła w recitalu pt. Warszawa w piosence.
22
Wrz
2017
20:00
22 wrzesień 2017 20:00
Musique Cafe - Opoczno, ul. Biernackiego 4
Łukasz Majewski w koncercie promującym płytę pt. Niebajka.
22
Wrz
2017
20:00
22 wrzesień 2017 20:00
Biłgorajskie Centrum Kultury - Biłgoraj, ul. Kościuszki 16
29. Biłgorajskie Spotkania z Poezją Śpiewaną i Piosenką Autorską 22 września (piątek), godz. 20.00Koncert inauguracyjny - [...]
 

Wspierane przez iCagenda

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2017
Projekt i wykonanie CFTB.PL