Drozda notuje - #czeskikousek w Pradze (4)

piątek, 19 październik 2018

W Pradze (i w Czechach) jestem jak dziecko, które dostało wymarzoną zabawkę i nie chce się z nią rozstać, jak dziecko, które wszystkimi zmysłami zachłystuje się światem – wszystko jest nowe, wszystko jest wspaniałe. Obracam tę zabawkę-Pragę w dłoniach już parę lat – i wciąż mi się nie znudziła. Jestem tu wolna. Od siebie z Warszawy. Od codzienności i obowiązków. Ale czasem pytam sama siebie czy rzeczywiście muszę aż tak wszystko przeżywać? Aż tak się cieszyć z byle głupoty? I nieodmiennie odpowiadam sobie „tak”, bo to znaczy, że jeszcze ciągle mam w sobie coś z dziecka, a dziecięca radość jest zaraźliwa (zarażam Was?), a odrobina egzaltacji jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Ale – próbuję też łapać równowagę między zachwytem a krytycyzmem.

Kilkanaście dni temu Marek Dusil – niezależny, śpiewający autor, a przy okazji pracownik Czeskich kolei – zaprosił mnie na plenerowy koncert prezentujący materiał z jego najnowszej płyty „Karlsbad”. Muzyka to mi bliska, bo autorska, wypływająca ze słowa, akustyczna. Koncert miał się odbyć na Střeleckim ostrovie – wełtawskiej wysepce leżącej pod Mostem Legii, wieczorem, ostatniego dnia lata. A trzeba Wam wiedzieć, że poza kilkoma dniami, wrzesień był w Pradze cudownie słoneczny i ciepły, a nawet upalny. Kilkanaście minut przed koncertem rozpętała się wichura i burza z piorunami. Trwała chwilę, ale zrujnowała szansę na granie w plenerze. Koncert nie został jednak odwołany. Wśród publiczności znalazł się ktoś, kto znał kogoś – właściciela niewielkiej knajpeczki ze sceną, na której tego wieczoru nic się akurat nie działo. W ciągu kilkunastu minut wszystko zostało ustalone, a koncert przeniesiony. Rozpoczął się później, był skromniejszy niż zakładano, ale ani artyści ani publiczność, w tym ja, nie poddali się i spędzili zaplanowany wcześniej wspólny czas. Byłam i pozostaję pod wrażeniem tej akcji, która kolejny raz umocniła mój zachwyt Pragą. Być może (krytycyzm) znam niewłaściwych ludzi, być może zbyt rzadko chodzę na takie mocno niezależne imprezy w Warszawie, ale nie wyobrażam sobie u nas podobnej sytuacji. Podobnej determinacji artystów i życzliwości managerów prywatnych knajp.  

W kinach, teatrach, muzeach czy domach kultury Czeskiej Republiki można kupić i pić alkohol. Od lat zachwyca mnie, że Czesi, umawiając się na koncert, przychodzą na niego kilkadziesiąt minut wcześniej, żeby w barze czy foyer wychylić lampkę wina czy piwo. W zależności od miejsca, na koncert także można wejść z alkoholem – żeby daleko nie szukać, Heligonka Jarka Nohavicy to właśnie takie miejsce, w którym podczas koncertu można sączyć to lub owo. W Polsce takie miejsca również istnieją – przede wszystkim kluby, ale także foyer Teatru Narodowego, Romy i kilku innych, gdzie w przerwie spektaklu można zamówić kieliszek wina. Nigdy jednak z alkoholem, a zwłaszcza z alkoholem w kieliszku (szklanym!) nie można wejść na widownię. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy zamawiając wino przed seansem kinowym („Pewnego razu w listopadzie” Andrzeja Jakimowskiego - polecam), dostałam do ręki kieliszek, a kiedy zaoponowałam, mówiąc że idę na salę kinową, kelnerka odparła, że oczywiście mogę z kieliszkiem. Podobną sytuację przeżyłam też w niezależnym, praskim teatrze. Faktem jednak, że w innym kinie, w podobnej sytuacji, dostałam zamówiony napój w plastiku. Zdziwiona byłam również podczas kolejnych winobrań, które w Pradze są po prostu rodzajem pikników w otwartej przestrzeni miejskiej, że mogłam wybrać, czy pić z plastiku czy ze szkła – w Polsce w plenerze szkło jest nie do pomyślenia. Tu zachwyca mnie, że dorosłych traktuje się jak dorosłych. Odpowiedzialnych i uważnych. Bo tym właśnie jest dla mnie kieliszek na seansie kinowym czy spacerze po nabrzeżu wzdłuż winnych stoisk.

Niepomiernie dziwi mnie natomiast, że w Pradze bywa tak bardzo brudno. Najłatwiej obarczyć winą tabuny turystów przetaczających się przez miasto, ale rzecz chyba nie jest aż tak czarno-biała. Codziennie mijam porzucone na skwerkach czy trawnikach butelki, papierki, resztki jedzenia czy plastikowe sztućce. Codziennie widzę przepełnione kosze na śmieci i śmietnik wokół nich. Być może miasto nie nadąża ze sprzątaniem. I to jakoś można zrozumieć i sobie wytłumaczyć, tym bardziej, że ekipy sprzątające także widzę codziennie. Nijak jednakże nie mogę zrozumieć psich kup rozsianych po chodnikach. Ci i rusz trafiam na taką niespodziankę – i tu już raczej turystów winić nie sposób. Nie wiem, czy to tylko domena Pragi, czy w innych czeskich miastach jest podobnie. Mnie jest wstyd. Dokładnie tak samo, kiedy widzę coś podobnego w Warszawie, a mam wrażenie, że u nas w miastach czworonogów jest więcej niż tutaj. Może nie dostrzegam, może nie zwracam uwagi – niemniej rzadko widuję właścicieli z psami na spacerach. Skąd więc te kupy? Pojęcia nie mam. I też dopiero tutaj, patrząc na turystyczne i nie góry śmieci, uświadomiłam sobie jak strasznie śmiecimy, jak mało czujni i uważni jesteśmy w tej kwestii. Nie, nie – żadnego pisania o ekologii, to raczej wpełzające pod czaszkę poczucie wstydu, a zaraz potem odpowiedzialności. I przeganianie przeświadczenia, że nie zmienię świata kupując jedną czy dwie plastikowe butelki mniej. Muszę wierzyć, że zmienię.

Zostawiam i siebie i Was z tą myślą i znów ruszam w Pragę. Pierwszy miesiąc za mną, powinnam go jakoś podsumować, a nowy już przyniósł masę kolejnych. Po prostu – Praga!

 

Artykuł powstał dzięki pasji i zaangażowaniu autorek serwisu strefapiosenki.pl Nikt nie dostał za niego honorarium. Jeśli tekst przypadł Ci do gustu - odwiedź też nasz sklepik (również z czeskimi płytami CD): sklep.strefapiosenki.pl

Może zechcesz wesprzeć artystów, o których piszemy i nasz serwis wybierając coś z jego oferty. Dzięki Twojemu zamówieniu będą mogły powstawać kolejne teksty.

 

Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
5
11
12
13
14
15
16

Nadchodzące wydarzenia

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2018
Projekt i wykonanie CFTB.PL