Marquez, Nohavica i Herzowicz - mówi Grzegorz Bukała

piątek, 06 listopad 2009
Z Grzegorzem Bukałą rozmawia Teresa Drozda.

- Jak doszło do nagrania płyty "Pocztówki z Macondo"? Jaka była do niej droga i czemu ukazuje się ona właśnie teraz, tzn. po 30 latach od powstania Wałów Jagiellońskich?

- Wały to już historia. Przynajmniej dla mnie. Po trzynastu latach wspaniałej zabawy, wyczerpującej tyry na estradach świata i okolic (zagraliśmy w tym czasie prawie 3000 koncertów), nagraniu trzech długogrających winyli o łącznym nakładzie ponad miliona egzemplarzy, paru mniej lub bardziej istotnych nagrodach na rozmaitych festiwalach, formuła na dalsze trwanie się wyczerpała.
Do tego doszło normalne po tak długiej eksploatacji zmęczenie materiału i wreszcie, po naszym trzecim amerykańskim tournee (1989), zdecydowałem się odejść na zasłużony odpoczynek.
A po moim odejściu i zespół obrócił się w perzynę.
 
Życie zawodowe i osobiste zacząłem więc urządzać sobie na nowo. Sporo było spektakularnych sukcesów i porażek, nagłych zmian kursów, długich okresów chandry na przemian z szaleńczymi gonitwami za króliczkim – ot, klasyczne życie na huśtawce.
Każy ma swoje sposoby na przetrwanie. Jedni piją, inni medytują, mnie zaś zdarza się, że myśli, które w stanach ekstremalnych tłuką mi się po łbie, przekładam na słowa i dźwięki. I nagle okazałosię, że w przysłowiowej szufladzie zalega ponad dwadzieścia w miarę sensownych piosenek. Coś trzeba było z tym fantem zrobić.
Podjęliśmy więc decyzję (bardziej chyba Żona Moja niż ja), że się sprężymy i wydamy płytę. Realizacja tego pomysłu kosztowała nas dużo zdrowia. Problemy techniczno-organizacyjne  mnożyły się jak króliki, a końca kłopotów nie widać do dziś.
Nawet Polskie Radio, które namówilismy do współudziału w projekcie, wystawiło nas parę razu  do wiatru. I gdyby nie samozaparcie i mrówcza robota Danii "Pocztówki" nigdy by się nie ukazały.

- Mówimy o merkantylnych problemach, a jakieś ideowe, czemu do nagrania płyty nie doszło 10 – 20 lat wcześniej?

- Wcześniej nie byłem pewien, czy jest jeszcze po co na estradowe dechy wracać. Trzeba było sporo czasu, abym sam siebie przekonał, że chcę i lubię tę robotę. I dlatego decyzja o tym, żeby płytę wydać, zapadła.
    
- Czy piosenki powstawały również w tym czasie, gdy aktywnie nie pojawiał się Pan na scenie?

- Są na płycie piosenki (dokładnie dwie), które powstały jeszcze w czasach, gdy teoretycznie Wały Jagiellońskie istniały. Wówczas nie miały jednak one szans na wejście do programu, bo zespół się sypał i wiadomo było, że nie będziemy robili nowego programu. Inne piosenki rodziły się już po odejściu od zespołu. Nie oznacza to jednak, że nie były nigdy śpiewane. Czasami, gdy ktoś sobie przypomniał o moim istnieniu, pojawiałem się na scenie ze swoimi recitalami. Wtedy właśnie
wykonywałem te nowsze piosenki. Zresztą w wersji bardzo siermiężnej, gdyż na ogół śpiewałem z pianistą, a w najlepszym razie z jakąś ad hoc skleconą, małą kapelką.
Gdy podjęliśmy decyzję o produkcji płyty, zaczęły się poszukiwania kogoś, kto zakceptowawszy moje widzimisię co do klimatu całości, podjąłby się aranżacji piosenek. To było bardzo ważna i – co istotne, trafiona decyzja, bo aranżer sprawił, że"“Pocztówki z Macondo" nie są słuchadłem do jednorazowego użytku.

- Zaiskrzyło pomiędzy Panem, a Marcinem Partyką?

- Mnie Marcin zaskoczył wielokrotnie i to wyłącznie pozytywnie, a czy wapno gaszone jeszcze iskrzy? Trzeba by spytać o to jego.

- Ale gracie wspólnie koncerty od czasu do czasu, więc ta współpraca nie została podjęta wyłącznie na okoliczność nagrania płyty?


- Umówiliśmy się, że z chwilą gdy już jest materiał i z tego tytułu nagle zrodzi się potrzeba – okazja wykonywania go gdzieś w świecie, to zrobimy to razem. Płyta dopiero startuje i w związku z tym zbyt wielu okazji do wspólnego koncertowania nie było. Zdarzyło się jednak, że kilkakrotnie pojawialiśmy się razem i mam nadzieję, że tak będzie dalej.

- Wrócę do tego o czym powiedział Pan przed chwilą, a mianowicie do tych "od czasu do czasu" wykonywanych koncertów:
"Wieczór było chłodny i bardzo wietrzny, wręcz zimny, a zaplanowana impreza miała mieć charakter plenerowy. Na szczęście zgasło światło i z pleneru przenieśliśmy się do domu. W jaki sposób gospodyni zaaranżowała we wnętrzu salę koncertową, nie wiadomo, ale koncert Grzegorza Bukały bez światła elektrycznego, tylko nieliczne świece i bez nagłośnienia zostanie długo w pamięci. Artysta wykonał autorski recital ballad pt. Muzyka w drodze. Świetne teksty, interesująca aranżacja, ciekawa muzyka. Dość wspomnieć, że po występie goście mówili fragmentami tekstów Pana Grzegorza." Pamięta Pan?

- Pewnie chodzi o Podkowę Leśną i jeden z koncertów w ramach tzw. "otwartych ogrodów".
Nasza sąsiadka jest jedną z organizatorek takich artystycznych zdarzeń, nic więc dziwnego, że mnie zaprosiła. Zresztą w następnym roku pojwiłem się ponownie i również wykonałem wersję unplugged. Nie dałem się wypędzić "na pole". Pogoda była wyjątkowo wredna, a na domiar złego musiałem sam sobie akompaniować na gitarze, a to nie jest dla mnie sytuacja komfortowa.
Jakoś się chyba jednak obroniłem, bo recenzje były dość ciepłe, a co najważniejsze – płyty się sprzedawały. Chyba się więc ludziom się spodobało? Wracając do zacytowanej recenzji z koncertu, warto dodać, że fortepian, na którym grał wtedy Artur nie miał dwóch klawiszy, a parę innych potwornie nie stroiło. Ale jak widać, chyba się wybroniliśmy.

- Tytuł tego recitalu jest intrygujący "Muzyka w drodze". Co to za materiał i czy on istnieje? Dlaczego płyta nie nazywa się "Muzyka w drodze"?


- Mogę sypnąć parę kolejnych tytułów na moje recitale. W swoim dorobku mam kilkadziesiąt bardzo różnych piosenek. Zaczynałem od pisania i śpiewania piosenek turystycznych i mam faktycznie w repertuarze takie, które można nazwać piosenkami drogi. Wtedy jednak – o ile pamiętam, chodziło raczej o drogę w sensie egzystencjalnym, czyli o tym jak przebrnąć przez życie, by u kresu bez obciachu powiedzieć Szefowi – "doszłem!". Taki więc tytuł nadałem recitalowi i dobrałem do niego pasujące piosenki.
    
- Trochę uważniej przyjrzyjmy się "Pocztówkom..." zacznijmy od tytułu. Nie ma na płycie piosenki która nosi tytuł taki jak płyta, a jest taka zasada, że płyty biorą tytuły od jednego z utworów...

- Nie wiem, skąd wzięła się zasada tytułowania płyty tytułem jednej z piosenek. Może to pewne lenistwo myślowe tych, którzy tytuły wymyślają. Nazwa mojej płyty oddaje pewien ogólny klimat piosenek, które się na niej znalazły. Każdy, kto wie co to jest Macondo, tzn. ci którzy mieli szczęście przeczytać "Sto lat samotności" Marqueza, wiedzą w jakich okolicznościach ducha i przyrody ta opowieść się dzieje. Myślę, że większość moich piosenek doskonale do tego krajobrazu pasuje.
A przy okazji – jest tam jedna piosenka literalnie Marquezowi poświęcona, więc uzasadnienie dla tytułu jest jeszcze bardziej oczywiste.

- Mam wrażenie, że to jest płyta schyłkowa, tzn. że w jakimś sensie większość z piosenek zawartych na płycie traktuje o przemijaniu. Jest w nich rodzaj żartu w głosie, dużego dystansu i autoironii, a równocześnie niektóre piosenki są ostateczne.

- Pochopnie rzucane słowa potrafią się czasem spełniać. W moim przypadku też się tak zdarzało.
Za młodu niepotrzebnie chyba byłem taki "bosko-dekadencki". Sam więc sobie, w piosenkach, które wówczas śpiewałem, wykrakałem parę rzeczy. Natomiast dzisiaj, po przeżyciu kolejnych kilkudziesięciu lat, staram się na siebie i na to, co wokół mnie się dzieje, patrzeć z pewnego dystansu. I stąd takie, a nie inne nastroje. Jestem już wystarczająco dużym chłopcem, żeby mieć świadomość, że coś przeminęło, coś dzieje się teraz, ale nie wiadomo, ile jeszcze przed nami.

- To są takie rzeczy, których się słucha bardzo dobrze. Myślę, że to też jest taka płyta, przy której może się okazywać, że w różnych momentach życia różne piosenki na tej płycie mogą być najważniejsze.

- Powiem o dwóch ciekawostkach...
Jedna ze znajomych, która w tym roku, na imprezie w Podkowie Leśnej nabyła płytę, zadzwoniła po kilku dniach, żeby powiedzieć, że zrobiła jeden z najlepszych interesów życia. A otwierającej płytę piosenki "Malin czar" słucha na okrągło i nie może – nie chce z tego gąszczu się wyplątać.
Druga recenzja jest jeszcze bardziej frapująca. Córka jednego z mych roztoczańskich sąsiadów,  po wysłuchaniu płyty powiedziała: panie sąsiedzie, fajna płyta, ona momentami jest taka biesiadna.

- Płyta jest bardzo rozbudowana muzycznie, bardzo kolorowa, mam wrażenie że momentami jest zbyt muzycznie, bo uciekają mi słowa.


- To dobrze, bo znaczy to, że z jakiegoś powodu, będzie się do tej płyty wracać. Dla jednych będzie to potrzeba wyłapania kontekstów, dla innych chęć wsłuchania się w dźwięki.
Podstawowym błędem artystów z kręgu zwanej śpiewanej poezji (do którego czasami się mnie również szufladkuje, choć bronię się przed tym, jak mogę) jest niezwracanie uwagi na detale.
Każda piosenka to coś, na co składa się z tekst, muzyka, aranżacja i wykonanie. Jeśli którykolwiek z tych elementów jest kiepski, do bani jest i całość.
Oczywista oczywistość, ale zbyt łatwo przechodzi sie nad tym do rzeczywistości. I dlatego piosenki na jakie jesteśmy narażani w otaczjącym nas kosmosie tak cholernie bolą. Przynajmniej tych, którzy jeszcze zachowali resztki sluchu.

- Czy może Pan opowiedzieć o wybranych piosenkach z płyty, czy one mają jakieś swoje historie?

- O każdej z piosenek można by bardzo dużo mówić...
"Modlitwa o Arkadię" to piosenka napisana dla żony, jako uzupełnienie prezentu. W Zamościu kupiłem kiedyś śliczną akwarelkę przedstawiającą anioła fruwającego ponad dachami miasteczka. Taki ciepły, stylizowany na dziecinny bohomaz pejzażyk. I do tego właśnie obrazka, dopisałem piosenkę.
Zaś do napisania "In sepia cantabile" natchnął mnie niewątpliwie Jaromir Nohavica. Stało sie to po wysłuchaniu jego recitalu w Teatrze "Roma". Śpiewał po czesku, więc oczywiście nic nie rozumiałem w sensie werbalnym, natomiast to co zaśpiewał, zapadło we mnie głęboko i na długo. Po raz pierwszy usłyszałem też na żywo  "Sarajevo". I tak mnie ta pieśń  zafascynowała, że następnego dnia urodziło mi się w głowie "In sepia cantabile".
To ewenement, bo rzadko zdarza mi się tak szybko złożyć tekst z muzyką. Szybciej udało mi się to tylko z "Tawerną pod pijaną zgrają", którą napisałem w godzinę.
"Wariacje na temat skrzypka Herzowicza" to pastisz magicznej, śpiewanej przez Ewę Demarczyk piosenki o “Skrzypku Herzowiczu”.
"Na życie porad niepraktycznego kilka" to jedna z tych piosenek, które nie miały szczęścia zaistnieć w Wałach Jagiellońskich. To leciwy tekst, do którego natchnęły mnie długie, nocne Polaków rozmowy a  Andrzejem Koziołem. Kiedyś wspólnie z Voxami mieliśmy trasę koncertową po Stanach. Jak się jedzie razem 700 mil w ciasnym busiku w 10 chłopa, to coś trzeba robić. Snuliśmy więc sobie różne opowieści Andrzej wykładał mi wówczas filozofię homo-autos, czyli
człowieka wyautowanego, losera z wyboru, ot – takiego skrzyżowania Stachury z Hłaską.
I sprzedał mi motto, które zapisane zostało w książeczcez tekstami: mnie tam na życiu nie zależy, ja mogę żyć i żyć.
"Bilansik dla Madame" to piosenka bardzo osobista. To jest rzeczywiście swego rodzaju podsumowanie. Po przekroczeniu magicznej piędziestki, podobnie jak większość facetów, poczułem taki mus wewnętrzny, żeby  to, co zdarzyło się w minionym półwieczu zapisać.
Ot, taki namacalny dowód na to, że "...byłem z wami, kochałem i cierpiałem z wami".
 
- Będzie po "Pocztówkach..." następna płyta?
    
- Poczekajmy, niech przejdą do historii  "Pocztówki...". Nagranie kolejnej płyty byłoby pewnie dużo prostsze. Zakładając, że może się na niej znaleźć kilka piosenek wygrzebanych z zaszłości "wałowych", ze trzy chętnie bym odkurzył i odświeżył. Kolejnych 6 – 7 jest gotowych i wymaga jedynie oprawy muzycznej i aranżu. A dopisanie paru nowych piosenek nie zabierze dużo czasu, zwłaszcza że nad niektórymi pomysłami już trochę się pochyliłem. Teoretycznie więc jest to możliwe, ale nad sensem takiego przedsięwzięcia trzeba by się mocno zastanowić.
 
Rozmawiała: Teresa Drozda.
 
 
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1
2
3
4
5
6
10
11
12
18
26
27
28

Nadchodzące wydarzenia

Teat Kwadrat - Warszawa, ul. Marszałkowska 138
Teatr Ateneum - Warszawa, ul. Jaracza 2
Teat Kwadrat - Warszawa, ul. Marszałkowska 138
Dziedziniec Zamku - Olsztyn, ul. Zamkowa 3
Dziedziniec Zamku - Olsztyn, ul. Zamkowa 3

Facebook

SFbBox by enter-logic-seo.gr

© Wszelkie Prawa Zastrzeżone - 2018
Projekt i wykonanie CFTB.PL